Przekazujemy wartości i wiedzę.
Kto zdobytą wiedzę pielęgnuje, a nową bez ustanku zdobywa, ten może być nauczycielem innych. Konfucjusz.
***
Pierś – O! Pasja. JądrO! Mania –
chuchać, dmuchać, bez szemrania (plus rzeczy inne – intymne).
Profilaktyka onkologiczna w dobrym miejscu.
***
Szanowni Państwo,
październik jest Miesiącem Świadomości Nowotworów Piersi, listopad z kolei – Miesiącem Świadomości Męskich Nowotworów. W związku z powyższym, w siedzibie Stowarzyszenia MTiJ stworzyliśmy przestrzeń komunikacji dla zdrowia. Zajrzyjcie do nas. Podzielcie się z nami swoimi potrzebami, emocjami, uczuciami oraz punktami widzenia. Dialog ma moc poruszania, generuje nowe spostrzeżenia i inspiruje do działania. Pozytywne zmiany są możliwe. Pozytywne zmiany są konieczne. Pielęgnujemy świadomość i uważność w obliczu niezbędności i nakazu chwili. Promujemy czujność onkologiczną – profilaktyka ma fundamentalne znaczenie w obniżeniu ryzyka zachorowania na nowotwory. Zapewniamy indywidualne podejście oraz pełną poufność.
Spotkania będą odbywać się każdego roku, w dniach:
15 – 21 października
15 – 21 listopada
Zapraszamy!


rys. amberbennettart.com
***
Piersi w biegu
W biegu piersi mogą przesunąć się nawet o 19 cm z przyspieszeniem większym niż bolid Formuły 1
W 1977 r. Lisa Lindahl kończyła studia pedagogiczne. Amerykę ogarniała właśnie moda na jogging. Lisa też zaczęła biegać, ale po treningu bolały ją piersi. W zwykłym staniku piersi podskakiwały, ramiączka opadały, a materiał bielizny obcierał skórę. Lisa opowiedziala o swoim problemie siostrze, a ta zasugerowała, że potrzebne jej suspensorium na kobiece piersi. Suspensorium to pas na męskie krocze. Z tym pomysłem Lisa poszła do swojej przyjaciółki Polly Smith, która pracowała jako kostiumografka. Prototyp sportowego stanika powstał w teatrze na Uniwersytecie Vermont. To tu Lindahl i Smith zszyły ze sobą dwa suspensoria. W 1979 r. opatentowały stanik, który wszedł na rynek jako ,,Jogbra”. Dziś ,,Jogbra” jest w zbiorach nowojorskiego Metropolitan Museum of Art i Narodowego Muzeum Historii Ameryki.
A Polly Smith zdobyła sławę nie tylko dzięki stanikowi – projektowała kostiumy w programach ,,The Muppet Show” i ,,Ulica Sezamkowa”.
Piersi kontra grawitacja i podskoki
Prawie każda część naszego ciała jest podatna na ćwiczenia wzmacniające. Gdy robimy brzuszki albo podnosimy hantle, nasze mięśnie stają się mocniejsze, bardziej widoczne i tworzą wzmacniający gorset tułowia i ramion. Ruch ramion porusza duże mięśnie, które mamy na klatce piersiowej. Z mocnymi mięśniami łatwiej otworzymy ciężkie drzwi, jednak samych piersi ćwiczeniami nie zmienimy. Bo w piersiach nie ma mięśni. – Biust tworzy tkanka gruczołowa i tłuszczowa. Piersi leżą na mięśniach, podtrzymują je tylko więzadła Coopera. To bardzo cienkie pasma tkanki włóknistej, zbyt delikatne, by utrzymać biust na miejscu w czasie biegania czy podskoków – tłumaczy dr n. med. Joanna Wiśniewska-Goryń, specjalistka chirurgii plastycznej. Wiele jej pacjentek decyduje się na zabieg zmniejszenia biustu, ponieważ przeszkadza im w uprawianiu sportu. – Mniejszy biust jest bardziej stabilny w czasie biegania, podskoków czy jazdy konnej. Im biust jest mniejszy, tym mniej jest podatny na działanie grawitacji. Młodych osób biust podtrzymuje jędrna skóra. Jeśli jednak ma do utrzymania duże piersi, rozciąga się szybciej – opisuje dr Wiśniewska-Goryń.
Zadaniem sportowego stanika jest przytrzymanie piersi jak najbliżej ciała. Bieganie bez takiego wzmocnienia oznacza duży dyskomfort – ból, otarcia, czasem nawet odparzenia pod linią biustu. Nie jest o nie trudno, gdy się pocimy. – Przy dużym biuście boli nawet sama skóra, bo piersi ciągną ją w dół. Im więcej w piersi jest tkanki gruczołowej, tym pierś jest cięższa. Tkanka tłuszczowa jest lżejsza. Jednak każdy biust w dużym rozmiarze może powodować dolegliwości kręgosłupa – mówi lekarka.
Stanik może zmienić kości
Każda marka ubrań sportowych produkuje staniki treningowe. Jak wybrać ten najlepszy? Stanik do biegania ma zapewniać duże wsparcie. Producenci zazwyczaj dają informację, czy wsparcie stanika sportowego jest niskie, średnie czy duże. Małe wsparcie sprawdzi się przy spokojnych ćwiczeniach, takich jak joga.
Ramiączka powinny być szerokie, żeby równomiernie rozkładały ciężar biustu. Wielokrotnie widziałam pacjentki z dużym biustem, które od cienkich ramiączek mają trwale wyżłobione wgłębienia w kościach obojczyków. Widać to na zdjęciach RTG. To efekt przewlekłego i dużego nacisku. Pas materiału pod biustem powinien być szeroki, żeby dawał duże wsparcie i chronił przed odparzeniami – podpowiada dr Wiśniewska-Goryń.
Jej pacjentki, które chirurgicznie zmniejszają lub podnoszą piersi, przez trzy miesiące po zabiegu chodzą w specjalnym biustonoszu. Konstrukcją przypomina on zabudowane staniki sportowe. – Stanik po zabiegu nosi się non stop, dzień i noc. Biust jest mocno ustabilizowany do klatki piersiowej, a boczne wzmocnienia sprawiają, że tkanka piersiowa odpowiednio się formuje. Stanik pooperacyjny bardziej przypomina gorset niż biustonosz, a jednak pacjentkom jest w tej konstrukcji wygodnie. To znaczy, że dobrze dobrany biustonosz spełnia swoje zadanie, a jednocześnie nie uwiera. Nie kupujmy staników zbyt ciasnych. Jeśli konstrukcja biustonosza jest dobra, podtrzyma piersi w biegu bez uwierania – podpowiada dr Wiśniewska-Goryń.
Stanik a oddech, czyli szybkość
Aleksandra Brzezińska, dwukrotna mistrzyni Polski w maratonie mówi, że źle dobrany stanik może ograniczyć ruch biegaczki, wpłynąć na komfort biegu, a nawet wynik. – W biegu musimy skupić się na sobie, na oddechu, na ruchu. Wszystko, co jest źródłem jakiegokolwiek dyskomfortu, może nam utrudniać pokonywanie kolejnych kilometrów. Za ciasny stanik może wpłynąć na krążenie krwi i na sposób, w jaki oddychamy – tłumaczy Brzezińska. Badania pokazują, że zbyt ciasny stanik może zmniejszyć pułap tlenowy, zmienić schemat oddychania biegaczki. Z kolei ruszające się piersi mogą skrócić skok biegaczki nawet o 4 cm, co na trasie całego maratonu oznacza utratę ponad jednego kilometra. Brzezińska ostrzega, że nie zawsze pierwszy zakup biegowego stanika jest łatwy. – Czasem dopiero w biegu orientujemy się, który fason jest dla nas najlepszy. Ja szukam konstrukcji, które dają dobre wsparcie pod biustem, i wolę, gdy stanik ma regulowaną długość ramiączek. Ważne, żeby stanik nie przemieszczał się w czasie biegania – podkreśla maratonka.
Za stanik biegowy zapłacimy od ok. 150 do ok. 450 zł. To część sportowej garderoby, na której nie warto oszczędzać. – Oprócz konstrukcji stanika znaczenie ma materiał. Dobry stanik nie obciera, odprowadza pot i doskonale znosi wielokrotne pranie. Jakościowy zakup będzie nam długo służyć – mówi Brzezińska.
Skóra piersi rozciąga się ponad dwukrotnie, jeśli nie jest odpowiednio podtrzymana
Monika Słomska, trenerka biegania, zaznacza, że w kwestii stanika biegowego nie zawsze sprawdzają się rekomendacje koleżanek. Za bardzo się różnimy, żeby wszystkim nam pasowało to samo. – Wybrałam modele dla siebie metodą prób i błędów. Co ciekawe, z wiekiem moje preferencje się zmieniają, bo moje ciało się zmienia – zdradza Słomska. Podpowiada, że jeśli kupujemy stanik online, warto zajrzeć do tabelek, w których producenci opisują wielkość każdego rozmiaru. Jeśli zmierzysz się w domu i odnajdziesz swoje centymetry w tabelce, możesz odkryć, że akurat w tej marce powinnaś wybrać L, chociaż zazwyczaj kupujesz M. Przy wybieraniu pamiętaj, że stanik sportowy, w którym dobrze się czujesz, przez kilka ciepłych miesięcy w roku może zastąpić top.
Stanik obok telefonu
Pięć lat temu konstruktorki pierwszego stanika biegowego zostały dodane do amerykańskiej Narodowej Galerii Sław Wynalazców. Są w towarzystwie m.in. Thomasa Edisona i Alexandra Grahama Bella. Sprawiły, że kobiety mogły masowo wejść w bieganie.
Ale umieszczenie w galerii sław to nie koniec historii sportowego stanika. W ostatnich latach Angielska Federacja Piłkarska, Brytyjskie Stowarzyszenie Olimpijskie i brytyjskie wojsko współpracowały z Instytutem Badań Biomechaniki Piersi Uniwersytetu w Portsmouth, żeby zbadać wpływ biustonoszy sportowych na wyniki i zdrowie kobiet. Badania prowadziła prof. Jo Wakefield-Scurr, która na swojej stronie internetowej sama siebie nazywa stanikową profesorką. – Nasze badania wykazały, że ruch biustu ma kształt ósemki. W ruchu piersi mogą przesunąć się nawet o 19 cm z przyspieszeniem większym niż bolid Formuły 1. Nadmierny ruch piersi może potencjalnie spowodować uszkodzenie tkanki piersiowej. A skóra piersi rozciąga się ponad dwukrotnie, jeśli nie jest odpowiednio podtrzymywana – napisała prof. Wakefield-Scurr.
10 lat temu badania ,,stanikowej profesorki” pokazały, że na ból piersi skarży się połowa kobiet w Wielkiej Brytanii i że przez problemy z biustem kobiety rezygnują z ćwiczeń. Dotyczyło to także uczennic.
Dziś z odkryć prof. Wakefield-Scurr korzystają wszystkie wiodące marki odzieży sportowej i bielizny na świecie, a także brytyjska armia, która chce lepiej zadbać o rekrutów z piersiami.
Więcej o badaniach związanych z biustem możesz poczytać na stronie prof. Jo Wakefield-Scurr www.thebraprofessor.com
Autorką powyższej publikacji, która ukazała się 11 października 2025 r. w Wysokich Obcasach jest Katarzyna Staszak.

Rys. La Doula Illustrations
***
Z misiem i podpaską
Coraz częściej doświadczają dojrzewania, gdy wciąż jeszcze czują się dziećmi
10-letnia Zośka dostała miesiączki tydzień po rozpoczęciu czwartej klasy. – Przez wakacje bardzo urosła i przybrała na wadze. Czułam, że to się zbliża, ale gdy przybiegła zapłakana ze szkoły, wpadłam w panikę. Żal mi jej, bo 10 lat to nie jest jeszcze wiek na podpaski i tampony… A ona nawet nie chce słuchać o miesiączce; mówi, że jest głupia i że jej nienawidzi – mówi mama Zosi. W Polsce średni wiek pierwszej miesiączki (menarche) to około 12 lat. Norma jest jednak szeroka – rozciąga się od 9 do 17 roku życia. Z medycznego punktu widzenia miesiączka u 9- czy 10-latki nie jest więc anomalią. Jednak z perspektywy życia – szkolnej toalety, plecaka, WF-u i komentarzy rówieśników – bywa doświadczeniem, które przychodzi za wcześnie. – Wiek dojrzewania w ostatnich latach wyraźnie się obniżył – przyznaje dr n. med. Katarzyna Skórzewska, ginekolożka i endokrynolożka. – Dziś za przedwczesne dojrzewanie uznajemy pojawienie się u dziewcząt jego oznak przed 8. rokiem życia, a u chłopców przed 9. rokiem życia. To obowiązujące normy, ale trwają dyskusje nad ich przesunięciem. Niektórzy badacze, m.in. z USA i Danii, postulują, by mówić już o granicy 6 -7 lat. Ważne: nie mówimy tu o samej miesiączce. Wielu rodziców błędnie utożsamia początek dojrzewania z jej wystąpieniem, tymczasem to końcowy etap. Proces zaczyna się dużo wcześniej, wtedy, gdy pojawiają się tzw. wtórne cechy płciowe: rozwój piersi, owłosienie łonowe, zmiana zapachu ciała i nagły przyrost wzrostu, czyli tzw. skok wzrostowy. – Jeśli dziecko ma mniej niż 8 lat i widać pierwsze objawy dojrzewania, trzeba iść do lekarza, najlepiej endokrynologa dziecięcego. Im wcześniej, tym większe są możliwości działania – podkreśla dr Skórzewska.
Najwyższa w klasie, najwcześniej dorosła
W przypadku 7- letniej Sylwii sygnał przyszedł z gabinetu lekarskiego. Pediatra podczas bilansu rozwojowego zauważyła zawiązki piersi. Dała skierowanie do endokrynologa dziecięcego. – Sylwia jest bardzo wysoka jak na swój wiek, ma 148 cm wzrostu, ostatnio tak śmignęła do góry. Ale ja mam 178 cm wzrostu, a mąż ponad dwa metry. Uznałam, że to normalne. Przestraszyłam się, gdy lekarka powiedziała, że może więcej nie urosnąć i dlatego trzeba działać – mówi mama. – Teraz jesteśmy pod kontrolą endokrynologa. Dojrzewanie przed 8. rokiem życia może przyspieszać dojrzewanie układu kostnego i prowadzić do wcześniejszego zakończenia wzrastania. To dlatego lekarze sprawdzają tzw. wiek kostny dziecka – badanie RTG nadgarstka i dłoni pomaga ocenić, czy ciało ,,biegnie do przodu” szybciej niż metryka. – Jeśli wiek kostny jest znacznie przyspieszony względem metrykalnego, oznacza to przedwczesne dojrzewanie – mówi dr Skórzewska. – Kluczowe jest wtedy działanie przed zarośnięciem nasad kości długich, bo po ich skostnieniu wzrost na długość jest już niemożliwy. W praktyce leczenie polega na czasowym ,,zatrzymaniu” dojrzewania. Podaje się leki, które wyciszają układ hormonalny. Endokrynolodzy próbują też ustalić przyczynę zbyt wczesnego dojrzewania. Wykonuje się badania hormonalne, USG miednicy mniejszej, niekiedy badania obrazowe mózgu. – Przyczyną mogą być zaburzenia hormonalne, choroby tarczycy, choroby nadnerczy czy rzadkie zespoły genetyczne. Często jednak nie udaje się wskazać konkretnej przyczyny, proces ,,uruchamia się” na poziomie mózgu i osi hormonalnej – wyjaśnia dr Sylwia Szcześniewska, ginekolożka z Warszawskiego Instytutu Zdrowia Kobiet. – Niepokój rodzica zawsze powinno wzbudzić szybkie przyspieszenie wzrostu u bardzo małego dziecka, rozwój piersi oraz krwawienie. W takiej sytuacji należy jak najszybciej zgłosić się do lekarza.
To dopiero początek
Dlaczego dojrzewamy wcześniej? Nie ma prostej odpowiedzi. Jednym z powodów są lepsze warunki życia: dzieci są dobrze odżywione, rzadziej chorują, a to biologicznie sprzyja wcześniejszemu dojrzewaniu. Powód następny: tyjemy, a tkanka tłuszczowa produkuje hormony, m.in. leptynę i estrogeny, które mogą przyspieszać rozwój płciowy. Badania publikowane w ,,Pediatrics” pokazały, że u dziewczynek z BMI powyżej 85. centyla piersi zaczynały się rozwijać nawet o półtora roku wcześniej niż u rówieśniczek z prawidłową masą ciała. Według raportu HBSC (Health Behaviour in School-Aged Children) z 2024 r. nadwaga lub otyłość dotyczy 41 proc. chłopców i 19 proc. dziewcząt w wieku 11 lat. W badaniu COSI z 2025 r. (Childhood Obesity Surveillance Initiative), obejmującym dzieci w wieku wczesnoszkolnym, nadmierną masę ciała miała już co czwarta siedmio- i ośmiolatka. Tropy prowadzą też do środowiska. Tzw. dysruptory endokrynne (np. ftalany, bisfenol A, polichlorowane bifenyle, dioksyny) mogą działać podobnie do estrogenów i przyspieszać rozpoczęcie dojrzewania. Są obecne w tworzywach sztucznych, opakowaniach do żywności, kosmetykach, środkach czyszczących i wielu przedmiotach codziennego użytku. Na ławie oskarżonych jest też stres, choć tu nauka nie daje jednoznacznych odpowiedzi. – Dotyczy to dzieci, które we wczesnym okresie życia doświadczyły przemocy, trudnych warunków życiowych czy przewlekłego napięcia. Częściej obserwujemy u nich wcześniejsze dojrzewanie, ale nie jest to jedyna ani dominująca przyczyna – przyznaje dr Skórzewska.
Jak działa na dzieci mieszanka przewlekłego stresu, braku ruchu, przyrostu masy ciała oraz zmiany stylu życia i wielu godzin spędzanych przed ekranami, pokazała pandemia COVID-19. Naukowcy w wielu krajach po lockdownach z 2020 roku odnotowali duży wzrost przypadków przedwczesnego dojrzewania.
Za wcześnie na dorosłość
Przedwczesne dojrzewanie to jednak nie to samo co wczesne. Miesiączka w wieku 9 -10 lat może być trudna, ale nie jest chorobą, zwłaszcza jeśli w rodzinie już występowały takie przypadki. Dlatego zawsze warto sprawdzić, ile lat miałyśmy my same i nasze mamy, gdy pojawiła się pierwsza miesiączka. Nie zmienia to jednak faktu, że u wielu matek wczesne miesiączkowanie córki wywołuje poczucie winy. – Nie daję córce niezdrowego, wysokokalorycznego jedzenia, nie zaniedbujemy jej emocjonalnie. A kiedy zapytałam na forum w Internecie, czy to normalne, że dostała okresu w wieku 10 lat, wylała się na mnie fala hejtu, że to nie jest normalne i że nic z tym nie zrobiłam – mówi jedna z mam. – Ale co niby miałam zrobić? Internet mocno straszy konsekwencjami zbyt wczesnej miesiączki. Ma zwiększać ryzyko nowotworów związanych z estradiolem (piersi, jajników, macicy), cukrzycy typu 2, nadciśnienia, a nawet depresji i zaburzeń lękowych w dorosłości. – Ale to są bardzo odległe konsekwencje, na które wpływa wiele innych czynników, choćby styl życia – uspokaja dr Skórzewska. – Warto skupić się raczej na tym, co dzieje się tu i teraz. Przedwczesne dojrzewanie niesie ze sobą stygmatyzację i problemy psychiczne. Z powodu wcześniejszych zmian w ciele te dzieci są inne niż rówieśnicy – co może oznaczać wyśmiewanie, odrzucenie i poczucie wstydu oraz brak samoakceptacji. Laura ma 10 lat i 161 cm wzrostu. Nosi buty w rozmiarze 39. Miesiączkuje od roku. Koledzy z klasy sięgają jej do ramion, wygląda jak ich starsza siostra. Na zdjęciach klasowych stoi z tyłu, zawsze chowa stopy pod krzesło, żeby nie było widać, jakie są duże. – Wstydzi się ich – mówi mama. – Do tego zaczęła się garbić, żeby ukryć rosnące piersi, i nosi workowate ubrania. Spędza teraz godziny wpatrzona w lusterko, wypatrując trądziku. Agnieszka, mama Ingi, nie ma wątpliwości, że wczesna miesiączka odebrała córce dzieciństwo. – Ma niecałe 10 lat, śpi z misiem w piżamce w słoniki i ma okres. To ją przerasta. Brzydzi się podpasek, wstydzi się je zmieniać… Tosia Kopyt, psycholożka oraz edukatorka seksualna i menstruacyjna, zwraca jednak uwagę, że to, jak dojrzewająca dziewczynka zareaguje na miesiączkę, częściej wynika z czynników społecznych niż biologicznych. – Dojrzewanie to duża zmiana, a każda duża zmiana jest z definicji trudna, choćby dlatego, że zmienia się nasze ciało, sposób funkcjonowania i to, jak jesteśmy postrzegani przez innych – mówi. – Dlatego o dojrzewaniu najlepiej rozmawiać już z przedszkolakami. Zresztą dzieci często same o to pytają, bo widzą w domu produkty menstruacyjne albo obserwują mamę. To dobry moment, żeby wyjaśniać, co się dzieje. Wtedy nawet jeśli miesiączka przyjdzie wcześnie, to dziecko jest przygotowane. Tak samo uważa dr Sylwia Szcześniewska: – Fizycznie dzieci mogą dojrzewać szybciej, ale emocjonalnie nadal są dziećmi. Często nie są gotowe na zmiany w ciele, na miesiączkę czy na reakcje otoczenia. Dlatego najważniejszą rolę odgrywa rodzic. To od jego podejścia zależy, jak dziecko odbierze tę zmianę. Można ją przedstawić jako coś naturalnego i pozytywnego albo jako problem – i to w dużej mierze kształtuje reakcję dziecka. Wyzwaniem jest raczej to, że wiele dziewczynek w wieku 9 – 10 lat nadal ma bardzo niewielką wiedzę na temat tego, czym jest menstruacja. – A jeśli dochodzi do tego negatywny przekaz od dorosłych, zwłaszcza od matek, które czasem same mają trudne skojarzenia z miesiączką, to lęk się tylko nasila – podkreśla Tosia Kopyt. Badania zrealizowane w ramach kampanii społecznej #OkresNoStres pokazują, że aż 33 proc. młodych dziewcząt w Polsce nie może liczyć na wsparcie dorosłych i musi radzić sobie z pierwszą miesiączką na własną rękę.
Pierwsza miesiączka w plecaku
Dla wcześnie dojrzewających dziewczynek największym wyzwaniem bywa miesiączkowo-szkolna logistyka. Jak zmienić podpaskę, by nikt z klasy tego nie zauważył? Gdzie wyrzucić zużytą? Czy nie widać plam na ubraniu? – Starajmy się, żeby pierwsza miesiączka nie zaskoczyła dziewczynek. Pomaga choćby mała kosmetyczka, tzw. okresówka, noszona do szkoły z podpaską, bielizną na zmianę i mokrymi chusteczkami. Daje poczucie kontroli sytuacji – podpowiada Tosia Kopyt. Wyzwaniem są też zmiany ciała, które stają się widoczne dla otoczenia. – Zosia ma 10 lat i spore piersi. Ciągle skacze, gra w piłkę, wszędzie jej pełno – mówi mama. – Kupiłyśmy stanik, ale mówi, że ją ,,gryzie”. A ja się boję, że te rosnące piersi są takie… widoczne. Tosia Kopyt zwraca uwagę, by nie tworzyć narracji, że dojrzewające ciało dziewczynki wysyła jakieś seksualne ,,sygnały”. – Bo nie wysyła. Jeśli dorosły tak to odbiera, to jest to poważny problem tego dorosłego – mówi. – Nie wolno seksualizować dziewczynek i wpychać ich w poczucie winy, bo ich ciało się zmienia. Jeśli pojawiają się trudne sytuacje, np. nieodpowiednie zachowania dorosłych, trzeba o nich rozmawiać w kontekście granic i odpowiedzialności innych osób, a nie ciała dziecka – podkreśla ekspertka. Zmiana granic dotyczy też relacji rodzinnych. To, co jeszcze niedawno było naturalne, nagle zaczyna krępować. Dziecko ma prawo czuć wstyd, a my mamy obowiązek go uszanować. Nie wszystkie dziewczynki chcą celebrować pierwszą miesiączkę i dzielić się tym ze światem. To bardzo intymna informacja. Jeśli rodzice ignorują tę granicę, mogą podważyć poczucie sprawczości dziecka. Zamiast tego lepiej dać mu czas i narzędzia. Mogą to być książki, podcasty, rozmowy, ale też wspólna wyprawa do drogerii, żeby zobaczyć różne produkty menstruacyjne, przetestować podpaski, zobaczyć, co tampon ma w środku. Oswojona miesiączka przestaje być ,,głupia” i ,,straszna”. Staje się czymś, co po prostu jest. I z czym, nawet mając 9 lat, można sobie dobrze poradzić.
Umów wizytę u lekarza, jeśli:
- U dziewczynki poniżej 8. roku życia zauważysz powiększenie piersi, owłosienie łonowe lub pachowe
- U chłopca poniżej 9. roku życia zauważysz powiększenie jąder, owłosienie łonowe, zmianę głosu
- U dziecka w każdym wieku pojawi się szybki, nietypowy skok wzrostu (nagle wyrasta ponad rówieśników)
- U dziecka pojawi sie wyraźny trądzik, zmiana zapachu potu lub przetłuszczanie włosów przed typowym wiekiem dojrzewania
Tekst: Iwona Dominik. Wysokie Obcasy, maj 2026.
***
Trzy pokolenia wstydu
Wprowadziła córkę w temat miesiączki krótko i konkretnie. Uprzedziła, że od teraz może zajść w ciążę i musi uważać.
Nie wiemy, kiedy zaczynają się sztafety ani kiedy skończą. Te, które startują wcześniej, tym, które je zmieniają, przekazują dumę, moc, radość, bliskość. Lub przeciwnie: ból, wstyd, upokorzenie. Podają je kolejnym pokoleniom.
Zmiana trajektorii losów kosztuje dużo wysiłku, ale gdy się uda, w opowieściach o kobiecości, dojrzewaniu i miesiączce miejsce wstydu, upokorzenia i lęku zajmuje czułość, akceptacja, zrozumienie. A następne pokolenia przekazują tę zmienioną opowieść swoim córkom.
Eugenia (Nuna) +, Grażyna, 71 lat, Olga, 42 lata, Basia, 12 lat, Małgosia, 10 lat
Babcia Nuna nie lubiła nosić majtek. Nawet w czasie miesiączki. Chodziła wyłącznie w spódnicach, podczas okresu utrzymywała ligninę między pulchnymi udami. Jadnak zdarzało się, że ta zawodna bariera zostawała pokonana i zakrwawiona lignina lądowała na podłodze. Na przykład na domowym przyjęciu. Nuna zgarniała ją bez słowa, goście udawali, że niczego nie zauważyli, i wszyscy bawili się dalej. Była piękną kobietą o obfitych kształtach, za którą uganiali się mężczyźni, Mąż za nią szalał. – Tam był ogień – mówi Olga, ich wnuczka. Nuna lubiła siebie i to, jaką jest kobietą.
Gdy jej córka miała 11 lat, Nuna wprowadziła ją w temat miesiączki – krótko i konkretnie. Uprzedziła, że od teraz może zajść w ciążę i musi uważać. Dziewczynka była dumna, że zaczęła dojrzewać, a Nuna wzruszona, że córka weszła w kolejny ważny etap życia. Po latach otwarcie rozmawiała z wnuczką o seksie, opowiadała o swoim pierwszym razie. Jej pogodne usposobienie i otwartość odziedziczyła Grażyna. Potem Olga.
Temat miesiączki pojawiał się w domu spontanicznie. Był naturalny jak nagość. Mama nie ukrywała swojego ciała ani podpasek. Gdy dziewczynka pytała – odpowiadała. Kiedy 10-letnia Ola przyniosła z podwórka słowo ,,ruchać”, mama tłumaczyła, że to brzydkie określenie na piękną rzecz, jaką jest akt seksualny. Że jeśli ludzie się kochają, czerpią z seksu radość. I że Ola też kiedyś tego doświadczy. Miesiączki Ola dostała w wieku 14 lat na koloniach. Pomyślała: nareszcie! Była jedną z ostatnich w klasie i przez to czuła się wybrakowana. Gdy wysiadła z autokaru, obwieściła radosną nowinę mamie. ,,No to jesteś już kobietą!” – skomentowała mama. Opowiedziała jej o dziwnym przesądzie, o którym dowiedziała sie od sąsiadki: dziewczynkę, która zaczęła miesiączkować, należy uderzyć w policzek, żeby pamiętała, że miesiączka to wstydliwy temat. Nazwała go głupim zwyczajem, mimo to Ola postanowiła go wprowadzić w życie i uderzyła córkę sąsiadki, która właśnie zaczęła menstruować.
Kiedyś tata zapytał: ,,Masz okres? Jak nie, to myj nogi, będziesz ugniatać kapustę”.
Gdy Olę czasem bolał brzuch, mama się nią opiekowała: dawała no-spę i rozgrzewającą poduszkę. Z tatą o intymnych sprawach nie rozmawiała. Ale kiedyś, gdy rodzice kisili kapustę, zapytał: ,,Masz okres? Jak nie, to myj nogi, będziesz ugniatać kapustę”. – W trakcie okresu nie można dotykać kiszonek, wie pani? Psują się. To święta prawda – przekonuje, widząc moją minę. – Mama mówiła, że jakaś kobieta kisiła kapustę, mając okres, i wszystko wykipiało.
Grażyna ufała córce. Puszczała ją na dyskoteki. Pozwalała zostać do późna, pod warunkiem, że Ola będzie o tej godzinie, o której zapowiadała. Córka odwdzięczała się mamie dotrzymywaniem obietnic. Dziewictwo starciła najpóźniej ze swoich koleżanek. Z tatą nie była zbyt związana i myśli dziś, że ten brak więzi wpłynął na jej późniejszy wybór męża. Jest po rozwodzie.
Sztafeta Nuny biegnie dalej. Olga ma dwie córki: 10-letnią Małgosię i 12-letnią Basię. Kąpie się przy nich, czasem zmienia podpaski. ,,Krew ci leci! Co ci się stało?” – spytała kiedyś Gosia. Siostra ją spokojnie pouczyła: ,,Małgosiu, to normalne, też tak kiedyś będziesz miała”.
Olga rozmawiała już z córkami o miesiączce, seksie, złym dotyku. Starszej pokazywała, jak się zakłada podpaskę. Zdjęła majtki i zademonstrowała. Gdy Gosia miała 8 lat, Olga spytała ją, czy wie, co to jest seks. Pokazała jej rysunki z aktem seksualnym ze ,,Zwykłej książki o tym, skąd się biorą dzieci” Alicji Długołęckiej. ,,Ale to musi boleć!” – zakrzyknęła Gosia. ,,Nie, wręcz przeciwnie. Jest całkiem przyjemne, pod warunkiem, że obie strony tego chcą”.
Regina +, Lucyna, 77 lat, Anna, 49 lat, Marianna, 14 lat
Regina nie powiedziała córce nic. Dlatego gdy Lucynka zaczęła miesiączkować, nie powiedziała o tym matce. Była końcówka lat 50. Miesiączka okazała się wstydliwą tajemnicą, którą trzeba ukrywać i przeżywać samotnie. Lucynka o wszystkim dowiedziała się od koleżanek. Gdy po wielu latach jej córka zbliżała się do wieku dojrzewania, zapytała ją szeptem, czy wie, co to okres. Zawstydzona Ania odpowiedziała, że tak, i matka uznała temat za zakończony. Córka dostała miesiączki po dwóch latach – w wieku lat 12. Nie chciała być kobietą, czuła wstyd i obrzydzenie. Przepłakała pół nocy. – Najlepiej, gdyby mnie amputowano od pasa w dół – mówi dziś Anna.
Mama dała jej zwój waty, która skrzypiała przy chodzeniu. Zaraz się wyda, ktoś usłyszy, że mam watę w majtach – myślała. Wstydziła się za każdym razem, gdy szła do szkoły z miesiączką. Czuła się zniewolona ciałem i okresem. Wydawało się jej, że jest gorsza i naznaczona. Myślała z przerażeniem, że okres będzie miała do śmierci, pięćdziesiątka to przecież koniec życia.
Gdy zaczęły jej rosnąć piersi, była załamana. Nosiła podkoszulki pod T-shirtami, żeby je ukryć. Od dziecka bawiła się z chłopakami w wojnę, grała z nimi w piłkę, w kapsle, majsterkowała, jeździła na rowerze. Chciała być chłopakiem, uważała, że faceci mają łatwiejsze życie. Jej brat i ojciec niewiele musieli robić w domu, ona sprzątała, opiekowała się młodszą siostrą. – Mnie tak wkurwiały te darmozjady – wspomina. – To pewnie dlatego tak długo byłam sama. Bo jakbym miała coś robić, kurna, przy facecie, toby mi chyba ręka uschła.
Mama oczekiwała, że bedzie grzeczna, cicha i dziewczęca, a ona nie pasowała do tych wyobrażeń. Była pyskata, głośna, walczyła o siebie. Słyszała, że zachowuje się jak chłopak. Że ma okropny charakter po ojcu i nikt jej nie zechce. W czasie dojrzewania utyła. Nie chciała krągłych piersi i bioder. Wkrótce nabawiła się problemów z odżywianiem. Po czterech latach trafiła na terapię, która trwała siedem lat.
Od trzeciej, może czwartej miesiączki zaczęły się bóle. Cierpiała 10 lat. Co miesiąc przez dwa dni była wycięta z życia. Jest przekonana, że istnieje związek między brakiem akceptacji miesiączki a fizycznymi dolegliwościami. Zastanawia się, czy mama nieświadomie nie przekazała jej niechęci do miesiączki.
W wieku 23 lat wyszła za mąż, rozwiodła się po dwóch latach. Zaczęła szukać przyczyn swoich problemów. Wtedy dowiedziała się o książce ,,Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”. To był przełom. Książka dała jej to, czego nie umiały dać najbliższe kobiety – odkrycie, że bycie kobietą jest piękne. Że miesiączka nie jest przekleństwem, tylko darem. Terapia pomogła jej wyjść z problemów z odżywianiem. Wtedy, w wieku 34 lat, poznała ojca swojej córki, z którym się szybko rozstała. Ale dzięki temu w 2008 roku urodziła się Marianna.
Kiedy córka miała osiem lat, Anna dała jej ,,Niezbędnik dla dorastającej dziewczynki. Maja dorasta” i powiedziała, żeby przyszła, jak ją przejrzy. Gdy Marianna przeczytała książkę i przyszła porozmawiać, powiedziała: ,,Jesteś kobietą, miesiączka to coś, co nas wyróżnia, Może to się wydawać uciążliwe, ale można to opanować”.
Była szczęśliwa, że córka mówiła o miesiączce bez wstydu. Zadzwoniła do przyjaciółki: ,,Zrobiłam dobrą robotę! Nie popełniłam tego błędu, co poprzednie pokolenia!”.
Gdy dziewczynka zaczęła miesiączkować, zrobiły imprezę. Zaprosiły siostrę Anny. Mania dostała od cioci pozłacany łańcuszek, od matki perfumy. Zamówiły sushi.
Wanda +, Krystyna, 63 lata, Natalia, 33 lata
Miała 10 lat, gdy zagadnęła mamę o miesiączkę. Mama się zmieszała, powiedziała, że nie będzie rozmawiać na ten temat. Dodała, że z nią też nikt o tym nie rozmawiał, i wyszła z pokoju. – Poczułam się zignorowana. Jakby moje pytanie było bezsensowne – wspomina Natalia. Byłam ciekawą świata dziewczynką, ale mój entuzjazm został zablokowany na wiele lat. Żyłam w przekonaniu, że kobiecość jest czymś złym i zakazanym.
O swoim dzieciństwie Natalia mówi, że razem z bratem byli trzymani krótko. Rodzice wymagali dobrych ocen, posłuszeństwa, uczestnictwa w kółkach zainteresowań i konkursach. Wychowywanie polegało na wydawaniu nakazów i zakazów. W domu rozmawiało się mało, na tematy intymne – w ogóle. Gdy w telewizji pojawiała się scena erotyczna, rodzice przełączali kanał.
Kiedy w wieku 13 lat dostała miesiączki, podeszła do tematu na zimno: jest miesiączka, potrzebne są podpaski. Mamie nie powiedziała. Od 13 roku życia dorabiała jako kościelna organistka, więc podpaski kupiła sobie sama. Miesiączki miała bolesne, skąpe, nieregularne, z długimi przerwami, nawet półrocznymi, jakby ciało chciało jej coś powiedzieć. Lekarze mówili, że taka jej uroda, albo dawali tabletki antykoncepcyjne.
Dojrzewanie było burzliwe: imprezowała, paliła, kłóciła się z mamą, buntowała przeciwko kontroli. Nie lubiła siebie. Była niezadowolona z nadprogramowych kilogramów, kręconych włosów. Czuła, że nie umie sprostać oczekiwaniom rodziców. Gdy zdała maturę, mama powiedziała, że z takimi wynikami nigdzie się nie dostanie. Zdała na prawo.
Gdy miała 20 lat, trafiła na terapię. Terapeutka poleciła jej książkę ,,Biegnąca z wilkami”, która miała jej pomóc w zaakceptowaniu kobiecości. Wciąż do niej wraca. Miesiączki powoli stawały się regularniejsze, chociaż proces godzenia się ze sobą trwał długo i jeszcze się nie skończył.
Myśli, że jej problemy w dużej mierze wzięły się z braku wsparcia, którego nie dostała od matki, a której tego samego zabrakło w dzieciństwie. Matka w swojej rodzinie pełniła funkcję opiekuna. Miała dwie starsze siostry, ale to ona miała silniejszą osobowość. Jej matka miała problemy psychiczne i sama potrzebowała pomocy. Natalia nie zna szczegółów, a babcia już nie żyje.
Relacje z mamą trochę się poprawiły, gdy urodziła synka. Mama czasem pomaga w opiece nad nim. Ale blizny po walkach o niezależność zostały.
Helena +, Elżbieta +, Joanna, 47 lat, Zuzanna, 15 lat
Joanna nie pamięta jednej rozmowy. W domu rozmawiało się o wszystkim, było dużo swobody. Rodzice lubili się bawić. Przed zamkniętym przejazdem kolejowym potrafili włączyć muzykę i tańczyć. Gdy Asia się urodziła, tata miał 23 lata, mama 18. W temat miesiączki wprowadzała ją swobodnie. Córka rewanżowała się zaufaniem. O pierwszym pocałunku mama dowiedziała się pierwsza. Dziewczynka miała 14 lat, gdy zaczęła miesiączkować. Była przygotowana, ale trochę wystraszona, bo akurat spędzała kilka dni poza domem. Żałowała, że nie ma przy niej mamy, tylko ciocia. Ciocia ją przytuliła, dała watę, upewniła się, że mama rozmawiała z nią na temat dojrzewania. Gdy przyjechały do domu, ciocia powiedziała mamie: ,,Zabrałam dziewczynkę, przywiozłam kobietę”.
Gdy po latach była w ciąży i okazało się, że urodzi córkę, ucieszyła się. Pomyślała: będziemy blisko, jak ja z mamą. Na pierwszą miesiączkę córki zaplanowała niespodziankę. Ognisko w lipcowy wieczór w gronie spokrewnionych kobiet. Działka w lesie nad Narwią. Słychać było tylko kumkanie żab. – Chciałam powitać Zuzię, która dołączyła do naszego grona i będzie stawać się kobietą – wspomina. Wręczyła córce jej maleńką różową sukieneczkę z czasu, gdy miała dwa latka. Poprosiła, by się pożegnała z dzieciństwem i wrzuciła ją do ognia. Na szyję zarzuciła jej różowe boa.
– Moja mama już wówczas nie żyła, więc jej siostra, która dla córki jest babcią, dała jej złoty pierścionek mojej mamy. Na koniec wszystkie wyściskałyśmy Zuzię. Czułyśmy, że ten wieczór nas połączył.
Joanna zawsze otwarcie rozmawiała z dziećmi. Ma jeszcze starszego syna. W domu leżała wata, podpaski. Mówiła: ,,Ale mnie brzuch boli”. ,,A dlaczego cię boli?” ,,Bo mam okres”. ,,A co to jest okres?”
Kiedy córka zaczęła miesiączkować, zabrała ją do sklepu i pomogła wybrać podpaski. Opowiadała, jak przechodzi miesiączkę, że przed nią może mieć zły nastrój. Zgrały się i miesiączkują w tym samym czasie.
– Czasem stoimy we dwie przed lodówką i się gapimy. ,,Boże, nie wiem, czego mi się chce”. ,,No, ja też nie wiem, czego mi się chce” – śmieje się Joanna. – Albo chodzimy po sklepie. ,,Muszę sobie kupić rybę”. ,,A ja czekoladę”. Potem wychodzimy ze sklepu każda ze swoimi wiktuałami na przedokresowy czas.
W domu Joanny nie ma tematów tabu. Rozmawiają o tym, że Zuzi podobają się koleżanki, a nie koledzy. Z synem rozmawiała o seksie. Jego tata był zawstydzony, a dla niej to nie problem.
Joanna wraca do wspomnień o mamie. Okres, gdy była wczesną nastolatką, wspomina bardzo dobrze. Mama była cudowna, wszyscy ją kochali. Tylko że nieszczęśliwa w miłości próbowała się pocieszać alkoholem. A Joanna myślała, że to przez nią. Dlatego starała się być perfekcyjną córką. Zero buntu. Najlepsza w klasie. W domu myła, czyściła, gotowała. Gdy okresy picia były coraz dłuższe, a niepicia coraz rzadsze, relacja z mamą zrobiła sie trudna. Zmarła, gdy Asia miała 18 lat. Dwa miesiące przed jej maturą.
– Skąd się brała jej otwartość? Nie wiem, może stąd, że mnie urodziła w wieku 18 lat? Czy babcia też była otwarta? Niewiele o niej wiem. Tyle że była pracowita i swoje córki trzymała krótko. W tym sensie, że goniła do roboty. Zmarła, gdy mama miała 18 lat. Miałam tyle samo, gdy moja mama odeszła.
Leokadia +, Marzena, 75 lat, Ewa, 50 lat, Magda, 12 lat
Ewa miała 13 lat. Wystraszyła się. Pomyślała, że jest chora albo że się zraniła. Zapytała mamę, czy coś jej się stało. Mama powiedziała, żeby wzięła watę i że teraz już tak będzie. Opowiedziała o tym, jak dbać o higienę i że powinna zapisywać, kiedy ma okres. Ewa wiedziała, że będzie krwawienie, bo jeszcze przed pierwszą miesiączką mama dała jej książki na ten temat – ale nie umiała połączyć teorii z praktyką. Były lata 80., używało się ligniny albo waty – jeśli się je wystało w kolejkach. Lignina się przesuwała, przeciekała, powodowała odgniecenia. Kiedyś ojciec wrócił z zagranicznego wyjazdu służbowego i przywiózł podpaski. Kolorowe, pachnące, cieniutkie i wygodne. Koleżanki patrzyły z zachwytem i zazdrością. Tata został bohaterem. Mama pytała czasem, jak córka się czuje, ale mało z nią o miesiączce rozmawiała.
– Pomyślałam, że mogła się bardziej postarać – przyznaje Ewa. – Ale dziś spytałam o pierwszą miesiączkę moje młodsze współpracownice i okazało się, że ich matki nie powiedziały im nic. One po kryjomu podbierały matkom podpaski!
Koleżanki z klasy na miesiączkę mówiły ,,ciota”. Ciota była czymś paskudnym, złym i niepotrzebnym. Czymś za karę. Ewa wstydziła się rosnących piersi, na WF-ie wiązała je bandażem. W szkole średniej miesiączki przerodziły się w tortury. Uważa, że to ze stresu. Gdy zbliżał sie okres, wpadała w panikę. – Wiedziałam, że miesiączka jest potrzebna, ma swoje uzasadnienie. Nie odrzucałam siebie jako kobiety, ale jednocześnie nie akceptowałam swojego wyglądu. Od przedszkola. Zawsze uważałam się za grubą. Teraz jak patrzę na zdjęcia z młodości, myślę: mój Boże, czemu tak źle się oceniałam?
Była dobrą uczennicą, ale słyszała, że jest rozpieszczoną księżniczką. Że okres to nie choroba, a zwalnianie się do domu to fanaberia. ,,Trzeba zacisnąć zęby, każdą boli” – mówiły nauczycielki, a ona mdlała w szkolnej toalecie.
W 1995 roku wyszła za mąż, urodziła trójkę dzieci. Po trzecim porodzie nie miała juz okresów, tylko ciągłe krwawienia. Szła do pracy, wstawała z krzesła i dostawała krwotoku. Nabawiła się choroby krwi. Była wycieńczona. Zapadła decyzja, żeby usunąć macicę: – To była radość! Skończył się ból i krwawienie.
Bardzo chciała mieć córkę. Nie, nie miała obaw, że odziedziczy po niej dolegliwości. Magda dostała miesiączki, kiedy miała 11 lat. Gdy czuje się gorzej, mama pozwala jej zostać w domu. Nikt nigdy jej nie powiedział, że to fanaberia czuć się źle podczas miesiączki.
Ewa z dzieciństwa pamięta babciną starą szafę, a w niej podpaski z troczkami, szyte z pościeli w kwiatki. Dziś jej córka używa aplikacji śledzącej cykl miesięczny, a w jej szkole jest różowa skrzyneczka ze środkami higienicznymi.
Imiona niektórych bohaterek zostały zmienione.
Autorką powyższego reportażu, który ukazał się 10 września 2022 r. w Wysokich Obcasach jest Aleksandra Warecka.
***
Ciało pełne wstydu
On jest w twoich piersiach, w twoim brzuchu, w kroczu, podczas miesiączki i karmienia piersią. Masz go cały czas w sobie. Od dziecka jesteś ubrana w ten wstyd jak w sztywny gorset. Z Kamilą Raczyńską-Chomyn, edukatorką seksualną, doulą, rozmawia Monika Tutak-Goll. Wysokie Obcasy, 17 października 2020
Pantone Color Institute zaprezentował właśnie nowy odcień czerwieni – period, kolor krwi menstruacyjnej.
I już słychać komentarze, że to głupie, obrzydliwe i kto by pomalował taką farbą ściany.
Piszą w ten sposób nie tylko mężczyźni, ale też kobiety. Z czego to wynika?
Sądzę, że wciąż nie akceptujemy i wstydzimy się naszej fizjologii. Kiedy zakładałam fanpage Pani Miesiączka, za którym obecnie stoi Basia Pietruszczak, słyszałam – właśnie ze strony kobiet – podobne reakcje: że to bez sensu, nie do pomyślenia, że fizjologia nie powinna być tematem publicznym. Te kobiety nigdy nie pisały o sobie: to ja mam z tym problem, mnie to dotyka. Zawsze powoływały się na oburzenie – w gruncie rzeczy anonimowego – ogółu: ,,Przecież nikt tego nigdy nie polubi”, ,,Wiadomo, że wszyscy uważają to za odstręczające”. Dlaczego tak mówią? Zapewne ile kobiet, tyle odpowiedzi, które mogłyby tłumaczyć opór przed opowiadaniem o miesiączce czy akceptacją tego tematu w przestrzeni publicznej. Ale jakby spojrzeć na to z punktu widzenia społecznego, to fizjologia kobieca, chociażby krwawienie związane z miesiączką, jest cały czas uznawana za brudną, nieestetyczną, niechcianą.
W ten sposób o miesiączce opowiada się od wieków.
I od wieków kobiecą ,,nieidealną” fizjologię porównuje się z ,,wzorcową” fizjologią męską. Jest to doskonale przedstawione w książce ,,Niewidzialne kobiety” Caroline Criado Perez, która pisze, że kobieta była traktowana trochę jak mężczyzna odwrócony na lewą stronę. Męskie ciało stanowiło ideał, któremu kobietom nie udało się dorównać. Zawsze byliśmy wychowywani i wychowane tak, że normą jest męskie ciało, a wszystko, co kobiece, to odstępstwo. Myślę, że wieki wmawiania nam, iż jesteśmy ,,niedorobionymi” mężczyznami, położyły się ogromnym cieniem na narracji o kobiecych ciałach i na tym, jak nasza fizjologia jest traktowana przez same kobiety. Na szczęście widzę wreszcie przestrzeń na nowy feminizm, tzw. feminizm darwinowski – jak go z kolei określa dr Martie Haselton – który szanuje naszą biologię, dąży do jej zbadania i mówi, że nasza fizjologia to siła, potencjał i nasz zasób.
Ponad połowa kobiet w Polsce wstydzi się z powodu miesiączki: plama krwi na spodniach staje się tragedią, podpasek na biurku w pracy nie położymy, przemykamy z podpaską do toalety, żeby nikt nie zauważył. Co trzecia kobieta nie chce, by ktokolwiek wiedział, że ma miesiączkę. Kiedy pobrudzimy ręcznik, wkładamy go od razu do pralki, ukrywając przed domownikami. Niby już wiemy, że nie ma się czego wstydzić, ale ciągle staramy się menstruację ukryć, wyprzeć.
I ja też nie jestem od tego wolna! Powiem szczerze, że czasem samej jest mi trudno uchwycić granicę, kiedy za moim zachowaniem stoi wstyd, a kiedy troska o komfort drugiej osoby, która zauważywszy zakrwawiony ręcznik, mogłaby się zaniepokoić, bo krew w pierwszym odruchu kojarzy się z krzywdą, raną, skaleczeniem. Wciąż się zastanawiam, czy kobiece zachowania wynikają z wdrukowanego wstydu, czy z chęci bycia grzeczną, z myśli, żeby nikomu nie przysparzać problemów, żeby nikt nie miał kontaktu z naszymi płynami ustrojowymi.
Nawet jeśli mówimy o miesiączce otwarcie, z tyłu głowy mamy to, że kogoś może to krępować. Czyli tak naprawdę wstydzimy się nieustannie?
Jeśli nie będziemy mówiły o swoich doświadczeniach, nigdy nie zrobimy dla nich przestrzeni. Z drugiej strony – jak o nich mówić, skoro nie mamy wypracowanego języka, który wszyscy zaakceptują? A może to nierealne, więc po prostu trzeba opowiadać o miesiączce, nie bacząc na opór? Ja mam cieplarniane warunki, pracuję z samymi kobietami, i tak naprawdę nie wiem, jak to by było pracować w korporacji i trzymać pudełko tamponów na biurku. Do tego pracuję w gabinecie osteopatii ginekologicznej, więc poród, połóg czy nietrzymanie moczu omawiamy non stop. Ale poza moją bańką jest zupełnie inaczej i zdaję sobie z tego sprawę. Gdy kobieta mówi mi, że ,,nie może zrozumieć tej nowej mody na miesiączkę”, że to ,,obrzydliwe”, to mam dla niej empatię i nawet jeśli nie uda mi się wejść z nią w dialog, umiem sobie wytłumaczyć jej reakcję.
I jak ją tłumaczysz?
Wiekami patriarchatu, wychowaniem – prawdopodobnie przez mamę, która przekazała jej to, co sama dostała od własnej matki – brakiem rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach. Mam dużo zrozumienia dla tych kobiet, uważam, że edukacja menstruacyjna została zaniedbana, kiedy były młode. Odnoszę wrażenie, że ich silne reakcje dotyczą tak naprawdę nie samego tematu, nie miesiączki, lecz stosunku do własnej seksualności i ciała. Ale zaznaczam, że nie jest moją rolą zmuszanie kobiet do bycia ,,bardziej otwartymi”, cokolwiek to znaczy, czy zawstydzanie ich z powodu niechęci do pewnych tematów. Podczas naszego wystąpienia jako Pani Miesiączka na TEDxWUM Basia Pietruszczak mówi mniej więcej tak: ,,To, jak opowiadamy o miesiączce jest papierkiem lakmusowym tego, jakie w ogóle mamy podejście do ciała, kobiecości, płodności, edukacji seksualnej w danym społeczeństwie”. Wciąż się pod nim obie podpisujemy.
Czasem się zastanawiam, czy my nie wstydzimy się po prostu przed mężczyznami. Kiedyś na rowerze zorientowałam się, że mam plamę na spodniach, i pierwsze, co pomyślałam, to czy chłopak jadący za mną to widział. Gdyby jechała dziewczyna, nie miałabym problemu.
Coraz częściej myślę, że ten wstyd jest w oku patrzącego, a potwierdzenie tego widzę w swojej pracy. Kobiety się mnie nie wstydzą, choć same często mówią, że są tym odkryciem zaskoczone, bo na co dzień wstydzą się prawie wszystkiego: tego, jak wygląda ich ciało, fantazji erotycznych, orgazmów lub ich braku. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak jest, i doszłam do wniosku, że to po prostu nie jest ich wstyd – on pochodzi z zewnątrz. To dwie zupełnie różne kategorie – wewnętrzna potrzeba intymności (gdy np. chcę być w toalecie sama) to coś innego, niż bycie upokorzoną przez kogoś.
Może kiedyś usłyszały od rodzica, partnera: ,,Taka nerwowa jesteś, bo masz te dni!”, ,,Napięcie przedmiesiączkowe?”.
W ten sposób wstyd mógł zostać zasiany i wykiełkował. Mówimy już o period-shamingu, zawstydzaniu z powodu miesiączki.
Czym jeszcze się objawia?
Najbardziej skrajny przykład: rok temu 14-letnia Jackline Chepngeno z Kenii zabiła się, ponieważ nauczycielka ośmieszyła ją, gdy dziewczynka niespodziewanie dostała pierwszej miesiączki. Została przed całą klasą nazwana m.in. ,,brudną”. Kiran Gandhi, sportowczyni, perkusistka, przebiegła maraton bez tamponu, by pokazać, że dla większości kobiet na świecie środki sanitarne to luksus. Krew oczywiście spływała jej po nogach, za co doświadczyła ogromnego hejtu. Natomiast nikt nie hejtuje kolarzy, którzy oddają mocz w trakcie jazdy, albo piłkarzy, którzy smarkają na boisko podczas meczu. Myślę, że krew wydaje się ludziom po prostu brudna, jakbyśmy w tych damskich łazienkach zostawiały po sobie co najmniej górę brudnych, śmierdzących bandaży. Uważam, że ten wstyd dotyczy opowieści o brudzie – przecież nikt nie chce być źle pachnącą, ,,nieczystą” osobą wśród pachnących, czystych osób. A przecież krew miesięczna nie jest brudna, w pochwie mamy mniej bakterii niż w jamie ustnej, ale mówiąc o menstruacji, używa się zwrotu ,,macica się oczyszcza”, a skoro się ,,oczyszcza”, to znaczy, że jest zepsuta. A czy przypominasz sobie, jak się mówi na krwawienie, które pojawia się po połogu?
Jak?
Odchody porodowe. Fachowo tak to się nazywa: odchody. Urodziłaś dziecko, dla niektórych kobiet to najpiękniejsza chwila, niesamowite poczucie siły i mocy. Otworzyły się wrota, żeby dziecko wyszło na świat, a od lekarza słyszysz o odchodach macicy i ziejącym sromie. Jakby ktoś mi tak powiedział, to też by mi się niespecjalnie fajnie patrzyło na tę połogową krew. A już na pewno nie sięgnęłabym po lusterko, by obejrzeć swoją wulwę nazwaną przez lekarza ,,sromem ziejącym”. Język, jaki słyszymy wokół siebie, ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie i chęć poznawania własnej fizjologii. Może dlatego mamy taki słaby dostęp do niej na co dzień.
Mężczyźni mają większy dostęp?
Oczywiście. Mają większą samoakceptację oraz akceptację grupy dla tych żartów fekalnych, które sobie opowiadają, dla tych bąków, które puszczają bez skrępowania. Gdy kobiecie przytrafi się coś podobnego, nie daj Boże podczas seksu, to koniec, klęska i wstyd. A ogłaszanie przez chłopców i mężczyzn: ,,Idę na dwójkę!”? Ile znasz kobiet, które by tak powiedziały w grupie koleżanek? Albo jak często widujesz na ulicy kobiety, które smarkają na chodnik? Mężczyźni nadal to robią! Kobiety u mnie w gabinecie nie wstydzą się rozebrać, ale nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo przepraszają, że burczy im w brzuchu. Kiedy je masuję i słyszymy ,,bul, bul”, to już jest powód, by wciągnąć brzuch i powiedzieć: ,,Przepraszam cię najmocniej!”. Wyobrażasz sobie, że mężczyzna przeprasza za coś takiego?
Co mówisz wtedy tym kobietom?
,,Nie przepraszaj! Jest super, to znaczy, że brzuch się rozluźnił, a jelita pracują, bardzo dobrze, o to chodziło!” Ale kobiety przepraszają za ziewanie, przeciąganie się. Uczę je na spotkaniach między innymi tego, jak głęboko odetchnąć. Kobiety nie umieją sie porządnie przeciągnąć, jęknąć, stęknąć, bo to wszystko zostało uznane za niegrzeczne i niekobiece. Jestem przekonana, że także mali chłopcy, nie tylko dziewczynki, słyszeli, że ziewanie jest bardzo niekulturalne, absolutnie nie wolno tak robić w szkole, bo to znaczy, że na lekcji się nudzisz. A przecież to fizjologiczna reakcja, zupełnie normalna, musimy się dotlenić, taka regulacja jest potrzebna naszemu układowi nerwowemu. Przeciąganie się czy ziewanie to normalny odruch każdego człowieka i zwierzęcia.
Niekobiece jest być rozluźnioną, mieć bulgoczący brzuch, a wszystko, co opuszcza nasze ciało, jest nieestetyczne tak bardzo, że powinnyśmy się tego wstydzić.
Niestety, nasze katolickie wychowanie narobiło tu dużo złego. Uważam, że to, jaki mamy stosunek do ciała, bardzo zależy od wiary, w jakiej wzrastaliśmy. Spójrzmy na Duńczyków: na plaży są nadzy, a przecież nie mają wcale idealnych ciał – jak my wszyscy. Jak to jest, że mają taki wyluzowany stosunek do swojego wyglądu? Podobnie Niemcy, Czesi – są bardzo swobodni, jeśli chodzi o ciało, miesiączkę, fizjologię. Ale nie my. My wszystko ukrywamy, robimy ukradkiem, przepraszamy.
Ten wstyd, którego jesteśmy uczone od dziecka, cały czas służy do dyscyplinowania kobiet.
Oczywiście. My same się dyscyplinujemy! I nie podoba nam się, że tracimy kontrolę nad ciałem, np. podczas miesiączki, że ono nam się wymyka, że pewne rzeczy dzieją się nie po naszej myśli. Bo nie możesz sobie zaplanować wyjazdu, białej sukienki, bo wszystko cię boli. A do tego ten wstyd, który nam towarzyszy i nie wiadomo, jak go rozbroić.
Ten wstyd ma swoje konsekwencje: powstrzymuje młode dziewczyny od pójścia do lekarza, np. z obfitą miesiączką.
I nie tylko z tym! Nam się w gabinecie zdarzają pacjentki, które są np. po trzydziestce, nie odbyły stosunku seksualnego waginalnego i wstydzą iść do ginekologa – właśnie z tego powodu. Bo były wcześniej przez lekarza ośmieszane. Poszły np. z nieregularnym cyklem, a ginekolog, zorientowawszy się, że pacjentka nie współżyje waginalnie, komentował: ,,A ile pani ma lat? Na co pani czeka?”. Gdybym nie zaczęła pracować z kobietami z tak różnych środowisk, nie wiedziałabym, jak bardzo jesteśmy w tym kagańcu wstydu wszystkie, bez względu na to, jaką mamy ekspresję seksualną, jak wyglądamy, czy mamy dzieci, czy ich nie mamy. Zawsze byłam w feministycznej bańce i myślałam, że problemem jest slut-shaming, wymierzony w aktywne seksualnie kobiety. Po czym zaczęłam spotykać osoby, które mówią: ,,Czekam z inicjacją seksualną do ślubu, mam 32 lata”. I słyszę od nich o identycznym zawstydzaniu! A więc czy jesteś aktywna seksualnie, czy wręcz przeciwnie, zawsze ktoś będzie cię shamingować. Nie ma możliwości, żeby zadowolić ludzi, którzy nas oceniają.
A oceniają za wszystko. Nie będziesz karmić piersią – usłyszysz, że jesteś złą matką. Będziesz – powiedzą ci, że za długo albo za krótko. Masz plamy na bluzce, gdy karmisz swoim mlekiem – jesteś zaniedbana.
Za plamy na bluzce to się dostaje kobietom nie tylko z powodu karmienia piersią, ale także za ślady pod pachami. Jakiś czas temu plotkarskie portale obiegły zdjęcia prezenterki, która podniosła w telewizji rękę i na bluzce widać było pot. Zrobiono zbliżenie, a na prezenterkę wylał sie hejt, że jest zaniedbana, nie myje się, nie używa skutecznych dezodorantów, że to nieestetyczne. To znowu oko patrzącego zawstydzało. Chciałabym zobaczyć np. takiego Jacka Nicholsona, który się wstydzi, bo ma plamy potu na T-shircie.
U faceta to jest odbierane jako coś męskiego.
Tak, testosteron, seks i podniecenie. Kobieta na każdym kroku musi się pilnować. I wstydzi się absolutnie wszystkiego: tego, że ma dołki w pośladkach, albo tego, że pod paskiem stanika robią się jej wałeczki. Nie odpuszcza nawet w sytuacjach, w których wstyd bardzo utrudnia rozwój sytuacji.
Na przykład?
Podczas porodu. Kobiety wstydzą się wydawać głośne dźwięki, bo dosłownie i w przenośni jesteśmy wiecznie uciszane. Słyszymy, że kobieta nie powinna być za głośno, nie powinna śmiać się donośnie, więc nagle ten krzyk podczas porodu jest często pierwszym razem, kiedy kobieta tak naprawdę słyszy moc swojego głosu. Gdy prowadzę warsztaty o miednicy, rozmawiamy o odgłosach w trakcie porodu i seksu, czasem imituję kobietom różne dźwięki. Mówię: ,,Zobaczcie, w filmach porno kobiety wydają odgłosy z zaciśniętym gardłem. Tak samo rodzące w filmach. To nie brzmi jak prawdziwy jęk z głębi brzucha”. My często nawet nie mówimy swoją prawdziwą wartością głosu, bo nie rozluźniamy brzucha ani gardła, więc nie jesteśmy przyzwyczajone, by słyszeć swój donośny, ostry, mocny głos. Kobiety nie wydają dźwięków, wstydzą się, więc czasem trenuję z moimi klientkami przed porodem jęki i stękanie potrzebne, żeby ,,pchnąć” głosem i oddechem dziecko w kierunku wyjścia. Często się zdarza, że już po porodzie opowiadają: ,,Wow, to było niesamowite, nauczyłam się krzyczeć”, ale potem dodają żartem: ,,Co prawda myślałam, że mąż się ze mną rozwiedzie po tym wszystkim, ale się udało”. Rozumiem, że to żart, ale co to za myśl? Czy facet by pomyślał: ,,Ojej, jak będę za głośny, to ona się ze mną rozwiedzie”?
Czego jeszcze wstydzą się kobiety w czasie porodu?
Tego, że zrobią kupę. To zupełnie normalne, ale kiedy jest z nimi położna i jeszcze partner – często się krępują. Przez wieki faceci nie byli dopuszczani do porodu, nie widzieli rozwarcia, krwi, potu, fizjologii, mogli zobaczyć tylko czystego, umytego bobaska. Położne wykonują fantastyczna robotę, tłumaczą kobietom, żeby wyluzować, że gdyby nie chciały miec kontaktu z płynami fizjologicznymi i ciałem, toby poszły pracować do kwiaciarni. Przyznam, że uwielbiam ten jednoczesny podziw i szacunek dla kobiecej fizjologii w porodzie, jaki mają położne, wraz z luźnym i ,,nieobrzydliwym” podejściem do niej.
A czego wstydzimy się w połogu?
Brzucha! I tego, że jesteśmy ,,,zaniedbane”. Ale brzucha najbardziej, także wiele miesięcy później. Wciąż sporo kobiet nie wie, że po porodzie ich brzuch nie zrobi się od razu płaski, i nikt je na ten brzuch poporodowy nie przygotował. Czasem miną tygodnie, czasem miesiące, a czasem nigdy nie będzie taki sam. Wstydzą się tego brzucha, bo najbardziej na świecie nie chcą usłyszeć: ,,O, a ty znowu w ciąży”. Bardzo mało tych brzuchów poporodowych się ogląda w mediach, na zdjęciach ich nie ma, kobiety nie lubią się fotografować. Dlatego często mówię, żeby wpisały w Google frazę ,,postpartum body” i oswoiły się ze zdjęciami, które zobaczą.
To co my z tym wstydem możemy zrobić? Skoro wstydzimy się tak wielu rzeczy – każda być może czego innego – to da się go rozbroić?
Budujące jest to, że widzę zmianę; już słyszę od kobiet 30-, 40-letnich, że chcą swoje dzieci wychowywać zupełnie inaczej. Chcą, by były wolne od tego wstydu wdrukowanego z zewnątrz, wolne od bycia zawstydzanymi. A więc w domu swobodniej pojawia się nagość (coś, czego one same często nie doświadczyły w domu rodzinnym), kobiety powstrzymują się przed komentowaniem swojego ciała przy dzieciach. Mówią mi: ,,Już miałam ochotę stanąć przed lustrem i powiedzieć: >>O rety, jak ja wyglądam?!<<, ale nie mogłam, nie przy córce! Wiem, że ona na mnie patrzy i słyszy, co mówię”. Te oczy i uszy dziecka, które widzą i słyszą wszystko, sprawiają, że kobiety zaczynają o sobie mówić dobrze. Pamiętają często swoją matkę, którą słyszały mówiącą wiecznie: ,,Jestem brzydka, jestem za gruba”. Nie chcą takich wspomnień dla własnych córek. Ale też – co bardzo ważne – matki uczą swoje dzieci asertywności i wpajają im poczucie własnej wartości. Osobę z wysokim poczuciem własnej wartości trudno jest zawstydzić czy upokorzyć.
Matki przygotowują córki na miesiączkę?
Nie tylko córki, rozmawiają też z synami. Kiedy dwulatek wejdzie do łazienki, gdy zmieniają podpaskę, tłumaczą: ,,To krewka, ale ta krewka nie boli, nic się nie stało, to nie >>bam<<, nie uderzyłam się”. Cudownie słucha się historii, w których matki przygotowują małe dziewczynki na to, że kiedyś nadejdzie miesiączka, krew. Słyszałam o kilkulatce, która mówi, że jak będzie miała ,,krewkę”, to zostanie panią, i pytała, czy będzie mogła kupować sobie różowe podpaski, i oczywiście już nie może się tego doczekać. Naprawdę myślę, że jest światełko w tunelu. Już słyszę od klientek często cudowne rzeczy o młodych, 20-, 25-letnich chłopakach, naprawdę! Wygląda na to, że wyrosną na mądrych, fajnych mężczyzn. Miesiączka? Naturalna sprawa. Seks w czasie miesiączki, nawet oralny? Normalka. Zakrwawiłaś prześcieradło? Kompletnie się nie przejmuj, wypierzemy. Składają się na antykoncepcję bez proszenia, tak samo na ginekologa. Już są tacy mężczyźni. I oni na pewno nie będą zawstydzać kobiet.
Kamila Raczyńska-Chomyn – edukatorka seksualna, doula, instruktorka treningu mięśni dna miednicy i autorka projektu ,,Dobre ciało”.
***
Pokonać wstyd
Kobiety ciągle zderzają się z mitem, że ,,boli, bo taka nasza uroda”. Zawsze wtedy im mówię: ,,Jeśli tak ci mówi twój lekarz, to zmień lekarza”. Z Eweliną Tyszko-Bury rozmawia Magdalena Keler. Wysokie Obcasy, 19 lutego 2022

Niektóre kobiety nigdy nie widziały swojej wulwy, nie przeżyły orgazmu ani nie wiedzą, gdzie mają mięśnie dna miednicy. Niejedna dała sobie wmówić, że ból miesiączkowy lub w trakcie współżycia to ,,taka pani uroda”. Wiele kobiet milczy w samotności, bo myśli, że tylko one tak mają. To z myślą o nich powstała ta książka?
Ze współautorką książki Kamilą Raczyńską-Chomyn pracujemy z kobietami i dla kobiet od wielu lat. Kamę poznałam, kiedy przyszła do mnie jako pacjentka. Okazało się, że na co dzień zajmuje się treningiem dna miednicy, którego wtedy nikt inny w naszym kaju nie prowadził. Ja z kolei zajęłam się osteopatią ginekologiczną i ludzie też pukali się w głowę, że to jakieś wydumane widzimisię. Połączyła nas więc chęć pomocy kobietom i droga trochę pod prąd. Wspólnie utworzyłyśmy grupy wsparcia dla kobiet. I zaczęłyśmy wsłuchiwać się w te kobiece problemy. To, co usłyszałyśmy, tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że droga przed nami jest bardzo długa. Bo nawet te kobiety, które wiedziały, że powinny pracować nad ciałem, zapominały o tym, jak ważne jest jego połączenie z psyche. A braki wiedzy o własnym ciele pojawiały się już na bardzo podstawowym poziomie. Miałam kiedyś pacjentkę, której pokazałam model dna miednicy. Mówię: ,,Tu masz wejście do pochwy, to jest cewka moczowa, wyżej masz łechtaczkę…”. Na co pacjentka: ,,O kurczę, a ja myślałam, że to w ogóle jest w zupełnie innym miejscu, że tam, gdzie jest odbyt, to jest cewka!”.
Wiedza kuleje, bo nikt nas tak naprawdę nie edukuje. Nie ma porządnych zajęć w szkole, w domu ciągle pokutuje przeświadczenie, że rozmowa o ciele to tabu.
Dlatego chcemy, aby nasza książka dotarła jak najszerzej. Choć myślę, że ta pokoleniowa zmiana już idzie. Ze mną też rodzice o seksualności nie rozmawiali, ale moje dzieci wiedzą już, co to jest cipka, co to jest siusiak. Często jeździmy na plażę naturystów, bo dla mnie ciało jest do kochania i traktowania go normalnie, każdej jego części. Fajnie by było, gdybyśmy zaczęli szczerze i bez skrępowania rozmawiać na ten temat. Choć czasy przyszły ekstremalnie trudne i wiem, że kilka tematów poruszonych w naszej książce może przez niektórych zostać odebrane jako kontrowersyjne.
Ale nie boicie się ich poruszać. We wstępie do rozdziału o terminacji ciąży piszecie: ,,Uważamy, że rozmowa o kobiecym zdrowiu intymnym i reprodukcyjnym jest niepełna, jeśli nie mówi się uczciwie i szczerze o aborcji”.
Bardzo nam zależało, aby ten rozdział był napisany bez odwoływania się do skrajnych emocji. I myślę, że Kamili się to udało. Nie nam przecież osądzać kobiece decyzje, ja nigdy swoich pacjentek nie oceniam, bo tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. I naprawdę, mówienie ,,zawsze” i ,,nigdy” w ogóle nie działa. Też kiedyś myślałam, że coś ,,nigdy” lub ,,zawsze”, a potem życie to szybko weryfikowało. Życie uczy pokory, jeśli chcesz zrozumieć przychodzące do ciebie lekcje. Chciałabym, aby w moim gabinecie pacjentki o terminacji ciąży mówiły całkowicie swobodnie, i fajnie by było, żeby coraz więcej lekarzy i lekarek również wyzbyło się oceniającego podejścia.
Piszecie też o kobiecości i seksualności osób po chemio- i radioterapii. Burzycie mit, że kobieta po leczeniu onkologicznym, często usunięciu narządów, nie jest już w pełni sobą. Podkreślacie, że wciąż ma prawo cieszyć się życiem w każdym jego aspekcie, że nie musi stać z boku.
Rozmawiamy z psychoonkolożką, która sama przez to przeszła. Uparłyśmy się, żeby ten wywiad powstał, bo tej tematyki też nikt jakoś nie chce w naszym kraju poruszać. Nikt się nie zastanawia nad tym, jak pacjentki czują się po leczeniu. One naprawdę są odsuwane na boczny tor, żyją w poczuciu, że nic ich już w życiu więcej nie czeka. A przecież po leczeniu onkologicznym nadal mamy seksualność, nadal mamy swoje potrzeby. Nikt nie pamięta też o zabezpieczeniu płodności tych kobiet. Naprawdę promil promila lekarzy mówi swoim pacjentkom o onkofertility (onkopłodność), a ten temat powinien pojawić się już podczas pierwszej wizyty! Pacjentki muszą wiedzieć, że mogą zamrozić swoje komórki jajowe.
To holistyczne podejście do kobiety, o którym wspomniałaś wyżej, czyli połączenie ciała z umysłem, to jedno z głównych założeń waszej książki. Stąd też wasz dwugłos – twoje rozdziały dotyczą kwestii medycznych, Kamili mówią o emocjach i psychice. Tymczasem wciąż dla wielu lekarzy kobieta składa się tylko z ciała.
Tych dwóch aspektów nie da się po prostu traktować oddzielnie. To, jak żyjemy, co jemy, jak przyjmujemy stres – to wszystko ma wpływ na funkcjonowanie organizmu. Zawsze mówię swoim pacjentkom, że życie nie jest stresujące, ono jest stresujące na tyle, na ile je takim bierzemy. Są więc kobiety, które będą cierpiały na więcej dolegliwości, bo bardziej się przejmują i to wszystko wrzucają w ciało. A będą i takie, których psyche działa super, i problem wtedy będzie miał faktycznie źródło stricte medyczne. Dwugłos wziął się więc z tego, że same na co dzień tak z pacjentkami pracujemy.
Często słyszycie w gabinecie, że ,,przecież musi boleć”?
Tak, kobiety ciągle zderzają się z mitem, że ,,boli, bo taka nasza uroda”. Zawsze wtedy im mówię: ,,Jeśli tak ci mówi twój lekarz, to zmień lekarza”. Pamiętam jedną z kursantek, która przyszła do mnie po porodzie, który przebiegł z nacięciem krocza, i którą lekarz prowadzący próbował przekonać, że nie ma sensu chodzić z tą blizną na fizjoterapię czy do osteopatki, bo przecież to ,,samo minie”. Ciekawa jestem, co taki pan by powiedział, gdyby to jemu rozcięto obszar między odbytem a kroczem. Że jak boli, to przejdzie? Wspaniały ginekolog Tomek Songin, z którym rozmawiamy w książce o bolesnych miesiączkach i bolesnym współżyciu, też to podkreśla: ból nie oznacza normy. Chciałabym, żeby po lekturze naszej książki kobieta w gabinecie lekarskim miała tego świadomość.
O ból pytamy często siebie i lekarzy. Odpowiedzi na pytania: ,,Czy posikałaś się kiedyś ze śmiechu?”, albo ,,Czy potrafisz sikać?”, mało która z nas chyba szukała.
Bo to wciąż tematy wstydliwe. A tymczasem problem wysiłkowego nietrzymania moczu dotyczy co trzeciej kobiety i wprawdzie zaczynamy więcej o tym mówić, ale wciąż poruszamy się w przestrzeni tabu. A to tak jak z tym bólem, który wcale nie musi trwać. Jeśli kichnę i popuszczę, to nie mogę przyjąć tego za fizjologiczną normę. I dobrze by było od razu zacząć nad tym pracować, bo potem będzie jeszcze gorzej. Na szczęście dr Jacek Kociszewski, uroginekolog, z którym wspólnie odpowiadamy na te dwa pytania, potrafi mówić o tym problemie w niezwykle lekki i przystępny sposób, całkowicie zrozumiały nie tylko dla fizjoterapeutek czy osteopatek.
A osteopatię wciąż się traktuje jako metodę niekonwencjonalną?
W Polsce, by zostać osteopatą, należy ukończyć studia medyczne – lekarskie lub położnicze – bądź fizjoterapię. Osteopatia bazuje na anatomii i fizjologii. To nie są jakieś czary-mary. W codziennej pracy mówimy o połączeniach, które dla wielu są nieoczywiste, ale mamy ku temu naukowe podstawy. Żeby pracować nad dnem miednicy, czasem muszę najpierw zająć się podstawą czaszki, by terapia przyniosła skutek. Takie po prostu mamy połączenia anatomiczne. Może jeszcze nie wszyscy rozumieją do końca, czym się na co dzień zajmuję, ale na szczęście jest coraz więcej lekarzy, którzy potrafią już spojrzeć na pacjentki holistycznie i kiedy widzą taką potrzebę, kierują je do mnie na terapię. Trochę działa tutaj zasada niewiernego Tomasza. Gdy słyszą, że kobieta bardzo cierpiała, a po wizytach u mnie ten ból minął, to zaczynają wierzyć w to, że osteopatia jednak działa.
Ja jednak włożę kij w mrowisko i będę się upierać, że lekarze wciąż patrzą na nas pod kątem jedynie swoich specjalności. Kiedy mamy problem z płodnością, to dostajemy hormony. Który z lekarzy skieruje nas chociażby na ćwiczenia z oddechu?
Musimy w końcu nauczyć się patrzeć na swoje ciała globalnie. Płodność to nie tylko miednica, macica i jajniki. Owszem, macica musi przyjąć zarodek, a jajnik wyprodukować komórkę jajową, ale te wszystkie narządy muszą być w dobrej kondycji, żeby w ogóle do tego doszło. I to nie tylko w tym konkretnym miejscu. Musimy pamiętać też o tym, co się dzieje na linii podwzgórze – przysadka – jajnik. Zatem OK, podejdźmy do pacjentki od medycznej strony, sprawdźmy odpowiednie hormony, zróbmy rozszerzoną diagnostykę, jeśli jest taka potrzeba, ale również zwróćmy uwagę na to, jak pacjentka funkcjonuje. Może warto jej zasugerować, że wyciszenie układu współczulnego i przejście na przywspółczulny przyniesie jej zdecydowanie więcej korzyści. Warto wspomnieć o oddechu – tak wielu przedmiotów uczymy się w szkole, ale nikt nas nie uczy, jak oddychać… Bo jeśli nie mamy świadomości swobodnego oddechu, to chodzimy w ciągłym napięciu, brzuch jest jak skała. Nie ma dobrego drenażu, więc narządy są gorzej odżywione, a co za tym idzie, słabiej funkcjonują.
To gdzie szukać pomocy? Poza Warszawą istnieją już ośrodki podobne do waszego?
Przyjeżdżają do mnie pacjentki z całej Polski, ale na szczęście mogę je odesłać bliżej ich miejsca zamieszkania, bo specjalistów znaleźć można już w zasadzie w każdym większym mieście w kraju. My, specjalistki, znamy się, jeździmy na wspólne szkolenia, więc wiem, kogo polecić w Krakowie czy w Suwałkach.
A możemy ćwiczyć np. mięśnie dna miednicy same?
Ważne jest właściwe zdiagnozowanie problemu. Zdarzają się pacjentki, które myślą, że ćwiczą, a w zasadzie nic nie ćwiczą, bo na przykład głowa zupełnie nie ma połączenia z dołem. Nie rozumieją, jak mają zaktywizować mięśnie dna miednicy. Teraz jest trend, aby się wszędzie wzmacniać, więc wzmacniamy się często bez wcześniejszej weryfikacji, czy nam to przypadkiem nie zaszkodzi. Ogromną popularność zyskały np. kulki gejszy, za którymi niespecjalnie przepadam.
Co jest nie tak z tymi kulkami?
One zazwyczaj mają odpowiednią gramaturę, są więc ciężkie. Zatem jeśli zaaplikujemy je sobie dopochwowo i zaczniemy z nimi chodzić, to nie sprawdziwszy wcześniej, jak pracują nasze mięśnie, możemy zrobić sobie krzywdę. Bo co robisz, kiedy wkładasz kulkę do pochwy, a ona jest ciężka? Zaciskasz mięśnie. I chodzisz w podniesionym napięciu przez cały czas, a to może powodować dolegliwości bólowe, zastoje czy dyspareunię (bolesne współżycie). Możemy więc ich używać, ale w odpowiedni sposób. Może najpierw zróbmy sobie trening na leżąco, żebyśmy poczuły, na czym i jak się zaciskają. Najlepszym rozwiązaniem byłoby udanie się wcześniej do specjalistki/specjalisty zajmującej/zajmującego się uroginekologią, by się dowiedzieć, jaki trening jest dla danej osoby zalecany. Praca ze sprzętami jest super – np. właśnie w przypadku pacjentek z dyspareunią – tylko wszystko musi być dobrze dobrane indywidualnie dla pacjentki.
Zaczęłam tę rozmowę pytaniem, dla kogo jest ,,Ona”. A w zasadzie powinnam od razu powiedzieć, że dla wszystkich. To chyba pierwsza pozycja o takiej tematyce na polskim rynku, która jest tak inkluzywna.
Bardzo nam zależało, aby każda osoba czytająca naszą książkę czuła, że to pozycja dla niej. Żeby miała pełny komfort bez względu na to, czy ma macicę czy nie, jak się identyfikuje i gdzie się na szerokim spektrum umieszcza. ,,Ona” jest także dla was.
Ewelina Tyszko-Bury: osteopatka. Dzięki swojej pracy nauczyła się słuchać kobiecego ciała. Od dziewięciu lat zgłębia tajniki pracy z pacjentkami z problemami ginekologicznymi.
***
Abrazja
Drodzy! Czas jest jednym z najbardziej fundamentalnych pojęć w naszym życiu. Znalazł mnie czas. Znalazł i zatrzymał. Zatrzymał w miejscu, z którego nie było ucieczki. Abrazji, czyli łyżeczkowaniu macicy zostałam poddana z marszu. Abrazja pozwala na wczesne wykrycie zmian przednowotworowych lub nowotworu, umożliwiając szybkie wdrożenie leczenia. Czy obawiałam się zabiegu? Nie. Bałam się zaskoku, bezruchu, diagnozy i jej następstw. Zabieg trwa krótko i jest bezpieczny, zwłaszcza gdy przeprowadzają go doświadczeni specjaliści. Nie dokładaj do pieca, staraj się traktować siebie z szacunkiem. Łagodność jest mądra, siła miękka, a prawda prosta. Nie szczędź czasu, żeby być zdrową i szczęśliwą. Zawiąż sojusz z cytologią! Pani dr Joannie Mercie – dziękuję! Zdrowia! Najserdeczniej, E.

Rys. La Doula Illustrations
***
Męskie badanie
Pierwsza wizyta kobiety u ginekologa często odbywa się w wieku dojrzewania, w towarzystwie matki. Tak przynajmniej powinno być. Kobiety są w ten sposób wprowadzane w świat opieki medycznej, profilaktyki i dbania o zdrowie. Chłopcy, jeśli nie chorują, nie mają styczności z żadnym lekarzem, z którym pozostawaliby w kontakcie po osiągnięciu pełnoletności. Po zakończeniu cyklu szczepień i opieki pediatrycznej mężczyźni, którzy dobrze się czują, często wcale się nie badają. Kobiety też zaniedbują profilaktykę, ale to męska średnia długość życia jest niemal o dekadę krótsza. W zeszłym roku według danych GUS wynosiła 73,4 roku.
– Mężczyźni są dużo bardziej oporni na profilaktykę niż kobiety. Przeprowadziliśmy kiedyś badania, które wykazały, że 70 proc. panów zgłaszało się na wizyty urologiczne za namową kobiet z rodziny, żon i córek. Teraz z kolei u 20- i 30-latków obserwuję odwrotny fenomen – nieracjonalnej i nieuporządkowanej profilaktyki, nieuzasadnionej potrzeby badania się. Z dobrą intencją zużywają zasoby medyczne, które i tak im nie pomogą – mówi dr Stefan W. Czarniecki, urolog, ordynator Oddziału Urologii w Szpitalu św. Elżbiety w Warszawie.
Zdrowe jądra
W urologii mężczyzn dzieli się na tych, którzy są przed czterdziestką i po niej. Tym, którzy są przed 40. r.ż. i nie mają żadnych objawów związanych z oddawaniem moczu albo dolegliwości ze strony jąder, zaleca się comiesięczne samobadanie. Powinni je wykonywać już 16-latkowie.
– Najpierw trzeba poznać konsystencję i kształt swoich jąder, zlokalizować i poznać pod palcami powrózek nasienny i najądrze. Badanie polega na przesuwaniu jąder między palcami, najlepiej pod ciepłym prysznicem lub w wannie, i porównywaniu tego, co czujemy, do tego, co czuliśmy w poprzednim miesiącu – mówi dr Czarniecki.
Samobadanie to jedyna zalecana i wystarczająca forma profilaktyki raka jądra, który najczęściej dotyka młodych mężczyzn. To nowotwór stosunkowo rzadki – choruje na niego około 800 Polaków rocznie. Może być śmiertelny, ale wcześnie wykryty jest wyleczalny prawie w stu procentach. Jądro to narząd bardzo dobrze unerwiony. Zmiany w jego obrębie najczęściej szybko powodują dolegliwości lub są wyczuwalne. Rak tego narządu może objawiać się obecnością krwi w nasieniu, wyczuwalnym stwardnieniem w obrębie jądra, a także jego powiększeniem lub bolesnością.
Nie ma polskich statystyk dotyczących samobadania jąder, ale amerykańskie badanie z 2011 roku wykazało, że zaledwie 4 proc. mężczyzn w wieku 18-50 lat kiedykolwiek słyszało o zaleceniu samobadania. – Z moich obserwacji wynika, że w Polsce w ostatnich latach znacznie wzrosła świadomość potrzeby samobadania jąder, m.in. dzięki medialnym kampaniom, więc myślę, że jesteśmy na znacznie lepszym poziomie niż pokazują te zachodnie dane sprzed ponad 10 lat. W ostatnich kilku dekadach w Polsce liczba zachorowań na choroby onkologiczne wzrosła pięciokrotnie, a według prognoz będzie rosła jeszcze bardziej, więc mężczyźni naprawdę nie powinni zaniedbywać profilaktyki – mówi dr Czarniecki.
Aby jądra były w jak najlepszym zdrowiu, a co za tym idzie, prawidłowo produkowały plemniki i testosteron, potrzebują odpowiedniej temperatury. Mężczyźni powinni uważać na kładzenie laptopa na kolanach i podgrzewane fotele w samochodzie. Jak wyjaśnia dr Czarniecki, najważniejsze jest to, żeby jądra funkcjonowały fizjologicznie – podnosiły się do góry, kiedy jest zimno, i obniżały się podczas upału. Dlatego zaleca się noszenie bielizny, która na to pozwala, czyli nie jest zbyt obcisła. Produkcję testosteronu przez jądra zwiększa aktywność fizyczna.
– Testosteron odpowiada nie tylko za popęd seksualny, ale też za koncentrację, pamięć, czujność – wylicza urolog.
Rak prostaty, czyli cichy zabójca
Samobadanie jąder należy wykonywać do 50. r.ż., ale już od 40. urodzin trzeba zadbać o profilaktykę raka prostaty. Z wiekiem ryzyko jego rozwoju wzrasta. Bardziej narażeni na tę chorobę są mężczyźni, którzy mają obciążenia rodzinne, np. mutacje genów BRCA1/BRCA2.
Rak prostaty to najczęściej wykrywany nowotwór u mężczyzn. W Polsce taką diagnozę rocznie stawia się 17 tys. pacjentów. To cichy zabójca, długo niedający żadnych objawów. Podstawą profilaktyki tego nowotworu u mężczyzn, którzy nie mają żadnych objawów, jest oznaczanie stężenia PSA we krwi, czyli białka wydzielanego przez prostatę.
– Od lat stosuje się stratyfikację pacjentów pod kątem ryzyka rozwoju raka prostaty i zgodnie z tym różnie analizuje się wartość PSA. U jednego mężczyzny wartość PSA 1, 2 albo 3 ng/ml będzie prawidłowa, a u innego będzie alarmująca. Dlatego ważne jest, żeby mężczyźni konsultowali wynik z lekarzem, a nie sami oceniali go, opierając się na normach podanych przez laboratorium – przestrzega dr Czarniecki.
Jeśli stężenie PSA jest podwyższone, wykonuje się płynną biopsję z moczu SelectMDx lub rezonans magnetyczny prostaty. Pierwsze z tych badań nie jest jeszcze refundowane przez NFZ, jednak wytyczne je uwzględniają. Następnie w razie potrzeby wykonuje się zaawansowaną technologicznie i bezpieczną biopsję fuzyjną prostaty. – Profilaktyka raka prostaty nie jest prostolinijna i nie jest możliwa do samodzielnego prowadzenia. Dlatego każdy mężczyzna powinien trafić do urologa w 40. r.ż. i ustalić zindywidualizowany plan profilaktyki – mówi dr Czarniecki.
Chociaż z profilaktyką urologiczną nadal kojarzone jest badanie palpacyjne per rectum, dziś jest ono już badaniem właściwie archaicznym i nie stanowi podstawy profilaktyki. Jak wyjaśnia dr Czarniecki, niewielki odsetek badań palpacyjnych rzeczywiście pozwala na wykrycie guza w obrębie prostaty. Znacznie zredukowana jest też rola USG. – Weszliśmy w nową erę. Mamy mniej krępujące dla mężczyzn, a dużo bardziej precyzyjne badania. To dla panów bardzo dobra wiadomość. Wczesne wykrywanie nowotworu prostaty stało się dużo bardziej komfortowe. Leczenia też nie należy się obawiać. Nastąpił ogromny postęp w zastosowaniu chirurgii robotycznej oraz terapii z wykorzystaniem fal ultradźwiękowych, laserów. Dzięki takim formom terapii mężczyzna po leczeniu może funkcjonować nawet całkowicie normalnie, co jeszcze dekadę temu nie było normą – mówi dr Czarniecki.
Nie tylko genitalia
Chociaż na raka prostaty statystycznie zachoruje jeden na ośmiu mężczyzn w Europie, nie można zapominać też o innych nowotworach. Chociaż występuje rzadziej, częściej niż rak prostaty mężczyzn zabija rak płuca. Pamiętać trzeba też o profilaktyce raka jelita grubego i wykonywaniu kolonoskopii zgodnie z zaleceniami. Często zapominany, a również groźny jest rak pecherza moczowego diagnozowany najlepiej w USG. Dwukrotnie częściej u mężczyzn niż u kobiet rozpoznaje się raka żołądka. Pacjenci czesto lekceważą objawy zarówno raka pęcherza, jak i żołądka, przez co te choroby bywają wykrywane zbyt późno.
– Rozmawiając o zaniedbywaniu profilaktyki przez mężczyzn, często skupiamy się na genitaliach i sprawach, którymi zajmuje się urolog. Jednak największym zagrożeniem dla mężczyzn są choroby cywilizacyjne, związane ze stylem życia i dietą. Niezmiernie ważne jest też ich zdrowie psychiczne. Zgłaszającym się do mnie pacjentom często zalecam zaskakujące dla nich badania – pomiar stężenia glukozy we krwi na czczo i pomiar ciśnienia tętniczego, a także podstawowe badania krwi. Wczesne wykrycie nadciśnienia tętniczego albo cukrzycy przyniesie potencjalnie większą korzyść niż profilaktyka nowotworowa. Oczywiście, tym też się w następnym kroku zajmuję, ale jako lekarze musimy patrzeć na mężczyznę całościowo – mówi dr Czarniecki i dodaje, że sam w tym roku skończył 40 lat i rozpoczął profilaktykę raka prostaty. Zdziwił się, jakie to proste. E-skierowanie na badania w ramach programu profilaktycznego (refundowane przez NFZ) wygenerował po wypełnieniu ankiety na Internetowym Koncie Pacjenta.
Andropauza
Ważnym pod względem zdrowia okresem w życiu mężczyzny jest andropauza. Jak wyjaśnia dr n. med. Tomasz Wiatr, urolog i androlog, ten czas charakteryzuje się ujawnieniem postępujących wraz z wiekiem niedoborów hormonalnych i powoduje wystąpienie lub nasilenie się różnych dolegliwości. Andropauza jest zwykle procesem powolnym i stopniowym, podczas którego wraz z wiekiem obniża się poziom testosteronu.
Lekarz wyjaśnia też, że nie należy stawiać znaku równości między kobiecą menopauzą i męską andropauzą. – Podczas andropauzy funkcje wewnątrz- i zewnątrzwydzielnicze u mężczyzn są zachowane, dlatego lepszym określeniem dla tego stanu klinicznego wydaje się pojęcie andropenii – mówi dr Wiatr. W przeciwieństwie do menopauzy andropauza jako proces trwa do końca życia mężczyzny, nie można wskazać jej końcowego etapu.
Andropauza dotyka połowę mężczyzn po 55 roku życia. Wiadomo, że z wiekiem jej częstość występowania wzrasta. To, czy andropauza wystąpi i jak się będzie objawiać, w znacznym stopniu zależy od stanu zdrowia danego mężczyzny, co z kolei wynika m.in. ze stylu życia, sposobu odżywiania czy stosowania używek. Nie bez znaczenia są też uwarunkowania genetyczne. Na nasilenie objawów andropauzy wpływają również choroby współistniejące.
W tym okresie w organizmie mężczyzny zachodzą zmiany w sferze psychoseksualnej oraz zmiany narządowe i czynnościowe. Mężczyźni często dostrzegają, że wraz z wiekiem ich możliwości seksualne czy zainteresowanie tą sferą są mniejsze niż w młodości. Z andropauzą mogą się wiązać m.in. zaburzenia erekcji, spadek libido, obniżenie potrzeb seksualnych, a także zmiany w wyglądzie zewnętrznych narządów płciowych.
Dr Tomasz Wiatr: – Okres starzenia się niesie ze sobą ryzyko zaburzenia rytmów biologicznych – w tym rytmu dobowego – powodującego chroniczne zmęczenie i zmniejszenie tolerancji wysiłku psychofizycznego. Pojawiają się kłopoty z pamięcią, zmniejszona zdolność kojarzenia. W fizjologicznym procesie starzenia dochodzi do gromadzenia tkanki tłuszczowej, zmniejszenia masy mięśniowej oraz spadku zawartości wody wewnątrzustrojowej. Gospodarka hormonalna mężczyzn po 50 r.ż. może wpływać na ich stan emocjonalny, determinując tym samym jakość życia. Androgeny wpływają nie tylko na struktury układu płciowego, ale również na układ nerwowy. Zaburzenia gospodarki hormonalnej doprowadzają do powstania zespołu objawów psychicznych: niepokoju, lęku, rozdrażnienia, stanów depresyjnych, upośledzenia pamięci, trudności w koncentracji oraz zaniżonej samooceny.
Androlog leczy przyczynowo
Problemem andropauzy zajmuje się przede wszystkim lekarz androlog. Niejednokrotnie konieczna jest jednak multidyscyplinarna opieka, dlatego pomocna może być również konsultacja urologiczna, seksuologiczna, psychologiczna lub nawet kardiologiczna. – W diagnostyce andropauzy wykorzystuje się badania stężeń hormonów androgenowych, a także kwestionariusze oceniające ogólny stan mężczyzny. Dlatego warto, by pacjent zgłosił się na wizytę do androloga z panelem badań hormonalnych z uwzględnieniem badania poziomu testosteronu całkowitego, wolnego, DHEA, LH, FSH, prolaktyny, estradiolu, TSH i SHBG. Niekiedy należy poszerzyć diagnostykę o badanie morfologii, lipidogramu, poziomu glukozy we krwi i badania PSA – wylicza dr Wiatr.
Andropauzę leczy się przyczynowo, dążąc do normalizacji stężenia hormonów. – Terapia hormonalna pomaga wrócić do sprawności seksualnej, poprawia gospodarkę węglowodanową i lipidową we krwi oraz spowalnia ubytek masy mięśniowej. W miarę utrzymywania terapii poprawie ulegają również objawy w sferze psychicznej. Poprawa kliniczna powinna być oceniana po kilku miesiącach stosowania leczenia. Jeżeli pacjent jej nie zgłasza, leczenie należy przerwać i rozpocząć diagnostykę w celu ustalenia innych ewentualnych przyczyn występowania objawów – mówi dr Wiatr. – Najważniejsze jest budowanie świadomości wśród mężczyzn, jak wielu z nich może dotyczyć problem andropauzy i jak bardzo można poprawić komfort życia po wdrożeniu leczenia przyczynowego.
Autorką powyższej publikacji, która ukazała się 16 września 2023 r. w Wysokich Obcasach jest Zuzanna Kuffel.


Rys. Hanna Łukasik (2025 r.)
***
Dorota Rodzim – pisarka


19.01.2026 r.
***


21.10.2023 r.

14.10.2023 r.

29.09.2023 r.
***
Kilka lat temu zwróciłam się z prośbą do trzech fantastycznych Kobiet o wsparcie naszego programu – Pierś – O! W dłoni trzymałam blok rysunkowy i flamaster. Panie Anna Seniuk, dr Mira Rządzka oraz moja córka, Hania – odpowiedziały na prośbę. Spójrzcie na poniższe, jakże piękne rysunki. Drodzy – badajmy się! Profilaktyka jest kluczem do długiego i zdrowego życia. Mens sana in corpore sano.


26 sierpnia 2021 r.


11 listopada 2021 r.
