Czytam…
Czytam od zawsze. Czytam, gdy dom dopiero, co zasnął. Czytam, gdy dom na długo przed pobudką. Czytam w przerwach i pomiędzy. Czytam, doglądając pyrkającego leniwie rosołu. Czytam z kotem na kolanach. Dzień książki obchodzę codziennie. Czytam i dzielę się z Wami tym, co ważne.
Drodzy. W tejże zakładce (poniżej relacji ze spotkań autorskich) znajduje się wykaz książek, publikacji oraz rozmów prowadzonych przez doświadczonych redaktorów z ekspertami. Ufam, iż lista ta, w piękny sposób pozwoli nam zrozumieć świat i samą/samego siebie. Miłej lektury. Najserdeczniej, E.
***
Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.
Wisława Szymborska.
***
Akurat wtedy w Lubomierzu nie było wody i wszystkie kurki zostawiłyśmy odkręcone. Wieczorem po powrocie okazało się, że dość dużo książek wypłynęło Panu z półek i poszło z wodą w dół w kierunku wsi. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wiemy przecież, Panie Profesorze, że czytelnictwo we wsi katastrofalnie zamiera. Ten mały potop stworzył nadzieję, że ktoś tę czy ową książkę wyłowi, osuszy, a może nawet przeczyta.
Zabawy literackie, Wisława Szymborska
***
Ale dlatego właśnie uwielbiam czytać książki, a od jakiegoś czasu również je piszę. I zawsze gorąco polecam, nazywając korzystanie z nich biblioterapią. Nie jest to specjalnie popularny sposób myślenia o czytaniu jako metodzie leczniczej, ale niesłusznie. Bowiem już w starożytności faraon Ramzes II (przełom XIII i XII w. p.n.e.) nazywał swoją komnatę biblioteczną ,,domem uzdrowienia dla duszy” i taki napis kazał umieścić nad wejściem. W II w. n.e. Galen, rzymski filozof i lekarz cesarza Marka Aureliusza, założył medyczną bibliotekę dla pacjentów, wierząc, że czytanie pomoże im zdrowieć. Jest też przykład ze średniowiecza, w Kairze, w muzułmańskim kompleksie Al-Mansur Qalawun (zbudowanym w roku 1285) pacjentom tamtejszego szpitala zalecano czytanie Koranu dla przyspieszenia rekonwalescencji. A obecnie zdrożeni podróżni w tysiącach moteli i hoteli amerykańskich znajdują w nocnych szafkach egzemplarze Pisma Świętego. Ponieważ nie ma przy nich karteczki z instrukcją, najpewniej chodzi o biblioterapię łagodzącą trudy i stresy podróży za pomocą ,,świętych słów”. Jeżeli działa i nie szkodzi, każdy pomysł jest dobry.
Przytoczony fr. poch. z książki Ewy Woydyłło: Wszystkiego najlepszego! Jak dbać o własne szczęście.


Galeria – zbiory prywatne.
***
Jeszcze tylko jeden rozdział
W świecie, w którym codziennie pochłaniamy tysiące krótkich komunikatów, coraz trudniej o skupienie. Na szczęście mamy książki. Jak pokazują badania, ich czytanie wzmacnia pamięć, koncentrację, wyobraźnię i odporność psychiczną, a może nawet wiązać się z dłuższym życiem. O tym, dlaczego lektura papierowej powieści lub gazety wciąż jest niezastąpionym treningiem dla neuronów, opowiada dr Asia Wojsiat. Rozmawia Iza Nowakowska-Teofilak
Czy dla naszego mózgu książka, post w mediach społecznościowych i artykuł online są tym samym rodzajem czytania?
Z perspektywy neurobiologii czytanie jest jedną z najbardziej fascynujących czynności poznawczych przede wszystkim dlatego, że nie jest umiejętnością wrodzoną. W przeciwieństwie do mowy ewolucja nie wykształciła jednego wyspecjalizowanego ośrodka odpowiedzialnego za czytanie. Mózg musiał wykorzystać istniejące już sieci neuronalne – odpowiedzialne za wzrok, język, uwagę i pamięć – oraz nauczyć je współpracy. Można powiedzieć, że rozwój pisma i kultury niejako przebudował nasz mózg, tworząc nowe połączenia między tymi obszarami. Dzięki temu litery przestały być jedynie kształtami, a stały się nośnikami znaczeń. Szczególnie interesującym obszarem jest Visual Word Form Area (VWFA), który często nazywam ,,mózgowym portalem dla słowa”. To właśnie tutaj zapisane znaki przestają być wyłącznie obrazami, a zaczynają być rozpoznawane jako słowa. Jest to pierwszy etap czytania – niezbędny zarówno wtedy, gdy przeglądamy nagłówki i krótkie posty w mediach społecznościowych, jak i wtedy, gdy sięgamy po powieść. Na tym jednak podobieństwa w dużej mierze się kończą. Odbiór krótkich komunikatów internetowych często ogranicza się do szybkiego rozpoznania informacji i przejścia do kolejnego bodźca. Natomiast lektura powieści, reportażu czy książki popularnonaukowej angażuje znacznie bardziej złożone procesy poznawcze. Nie tylko odczytujemy słowa, ale również interpretujemy ich znaczenie, odnosimy je do własnych doświadczeń, wyciągamy wnioski, tworzymy skojarzenia i budujemy wewnętrzne reprezentacje opisywanego świata. W przypadku literatury pięknej przeżywamy emocje bohaterów, uruchamiamy wyobraźnię i niejako symulujemy ich doświadczenia we własnym mózgu. Podczas takiej lektury jednocześnie współpracują sieci odpowiedzialne za percepcję wzrokową, język, pamięć, uwagę, wyobraźnię oraz regulację emocji. Czytanie książek – w przeciwieństwie do krótkich, fragmentarycznych i często clickbaitowych treści – nie opiera się na ciągłym poszukiwaniu nowych bodźców i szybkiej gratyfikacji. Wymaga utrzymania uwagi, sprzyja tworzeniu trwałych połączeń neuronalnych, zachęca do integrowania nowych informacji z wcześniejszą wiedzą i wzmacnia procesy odpowiedzialne za uczenie się. To właśnie dlatego regularne czytanie książek uznawane jest za jeden z najskuteczniejszych sposobów wspierania zdrowia mózgu oraz budowaniu rezerwy poznawczej. Oczywiście poszczególne gatunki literackie aktywizują mózg w nieco odmienny sposób. Powieść szczególnie angażuje wyobraźnię, emocje i zdolność przyjmowania perspektywy innych osób. Reportaż pomaga lepiej zrozumieć złożoność relacji społecznych i rzeczywistości, a literatura popularnonaukowa rozwija analizę, myślenie przyczynowo-skutkowe i umiejętność krytycznej oceny informacji. Łączy je jedno – wszystkie wymagają aktywnego zaangażowania poznawczego. I właśnie ta aktywność odróżnia głębokie czytanie od zwykłego konsumowania treści.
A czy ma znaczenie to, w jakiej formie przyswajamy treść?
Przewaga tradycyjnej książki nad tekstem cyfrowym polega m.in. na tym, że papier nas zatrzymuje. To nie jest źródło ,,taniej”, natychmiastowej gratyfikacji. Książka nie emituje światła niebieskiego, nie wyskakują z niej nieustanne powiadomienia, bodźce dźwiękowe i wzrokowe, nie ma pokusy, by coś przełączyć, sprawdzić, kliknąć. Mózg może pracować zgodnie ze swoim naturalnym rytmem – interpretować, nadawać znaczenie, łączyć fakty. Stabilne, przewidywalne środowisko, które tworzy papier, sprzyja wyciszeniu, regeneracji, ale też głębszemu rozumieniu i zapamiętywaniu informacji. Czytając książkę, często kojarzymy konkretną myśl z miejscem na stronie. Sama wielokrotnie łapię się na tym, że pamiętam nie tylko treść, ale również to, że dany fragment znajdował się na lewej stronie, mniej więcej w połowie kartki albo na dole rozdziału. To pokazuje, jak silnie pamięć korzysta z orientacji przestrzennej i skojarzeń wzrokowych. Papier daje też możliwość prowadzenia dialogu z tekstem. Od zawsze lubiłam tworzyć mapy myśli, rozrysowywać koncepcje i zaznaczać zależności. Tak samo traktuję własne książki – podkreślam ważne zdania, robię notatki na marginesach, rysuję symbole, czasem nawet małe szkice. To pomaga mi porządkować myśli i głębiej przetwarzać informacje. Sam ruch dłoni, zaznaczanie fragmentów czy dopisywanie własnych refleksji uruchamia dodatkowe skojarzenia, dzięki którym łatwiej wrócić później do zdobytej wiedzy. Zgodnie z koncepcją ucieleśnionego poznania (embodied cognition), uczymy się nie tylko poprzez samą treść, lecz także poprzez doświadczenie ciała. Pamiętamy, że coś zapisaliśmy czerwonym kolorem, obrysowaliśmy, umieściliśmy w prawym górnym rogu kartki albo połączyliśmy strzałką z inną myślą. Takie fizyczne zakotwiczenie wiedzy wzmacnia proces zapamiętywania, bo mózg uczy się najskuteczniej wtedy, gdy angażujemy wiele zmysłów jednocześnie – czytamy, podkreślamy, zapisujemy własne refleksje, mówimy o nich i wracamy do notatek. Ale równie istotna jest jakość takiego namacalnego wręcz doświadczenia lektury, które sprzyja głębszemu kontaktowi z tekstem i pozwala w pełni skupić się na jego znaczeniach. Nie wyobrażam sobie czytania poezji – Wojaczka, Szymborskiej, Stachury – czy tekstów Mrożka albo wybitnej prozy Myśliwskiego bez zatrzymania, bez kontemplacji, bez pozwolenia sobie na to, by pojedyncze zdania pracowały we mnie jak aforyzmy, do których wraca się jeszcze długo po zamknięciu książki. Takie czytanie na chwilę odkleja nas od doczesności, od zgiełku otaczającego nas świata. Rozmywa się poczucie czasu i przestrzeni, jestem tylko ja i książka. To doświadczenie pełnego zanurzenia jest dziś czymś coraz rzadszym, a jednocześnie niezwykle cennym dla naszego układu nerwowego.
Kiedyś, czytając książkę na peronie, nie zauważyłam, że pociąg przyjechał i odjechał – oczywiście beze mnie. Jakbym była w transie.
Wydaje mi się, że każdy, kto ma swój ulubiony gatunek literacki albo po prostu kocha czytać, doskonale wie, jak ogromną moc ma dobra książka, jak bardzo potrafi nas oderwać od codzienności. Nie chodzi oczywiście o ucieczkę od życia czy jakąś dysocjację. Po prostu na chwilę przestajemy być zanurzeni wyłącznie we własnych sprawach. Czytanie jest niezwykle uważnościową praktyką. Można powiedzieć, że ma w sobie coś z mindfulness, a nawet z medytacji, bo jeżeli nie poświęcamy tekstowi pełnej uwagi, nie zakorzeniamy się w tym procesie i nie jesteśmy w stanie naprawdę zrozumieć analizowanego tekstu. Samo czytanie ze zrozumieniem wymaga obecności, bycia tu i teraz. A kiedy trafiamy na książkę, która nas naprawdę pochłania, dzieje się coś wyjątkowego, wchodzimy w stan głębokiego przepływu, czyli flow. Lektura potrafi nas pochłonąć do tego stopnia, że nawet osoby, które – tak jak ja – są raczej skowronkami i zwykle wcześnie kładą się spać, nagle orientują się, że jest środek nocy, a one wciąż czytają ,,jeszcze tylko jeden rozdział”.
Czy ta sama książka czytana po raz nasty wciąż tak samo angażuje nasz umysł?
To właśnie jest niezwykłe w literaturze, że książki, do których wracamy, nigdy nie są takie same. Za każdym razem wchodzimy w nie jako inni ludzie – z nowym doświadczeniem i inną wrażliwością. Dlatego rezonują z nami w zupełnie nowy sposób. Sama ostatnio wróciłam do ,,Buszującego w zbożu” Salingera, uderzyło mnie, jak bardzo potrafiłam odnieść jego treść mojego życia tu i teraz. Książki dojrzewają razem z nami, zmieniają swoje znaczenia i za każdym razem odsłaniają coś nowego. W pewnym stopniu podobnie działają filmy, ale książka pozostawia znacznie większą przestrzeń dla naszej wyobraźni i własnej interpretacji, bo to my tworzymy obrazy, budujemy światy, nadajemy twarze bohaterom i wypełniamy opowieść własnymi doświadczeniami. Każdy, kto czytał Tolkiena czy inne literackie uniwersum, doskonale wie, że choć wszyscy obcujemy z tym samym tekstem, każdy z nas widzi go inaczej. To doskonały przykład działania qualiów – naszego subiektywnego sposobu doświadczania i interpretowania rzeczywistości. Każdy ma własny sposób interpretowania świata i właśnie przez ten pryzmat odczytuje to, co znajduje na kartach książki. W tym tkwi prawdziwa magia czytania, która nie jest wyłącznie metaforą. Bo choć po lekturze czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzyło się coś niemal mistycznego, to w rzeczywistości stoi za tym bardzo konkretna neurobiologia – efekt neuroplastyczności, czyli zdolności mózgu do tworzenia nowych połączeń i przebudowywania istniejących sieci neuronalnych.
A jak to się dzieje, że czasami cztając książkę i zanurzając się w wyimaginowanym świecie, nagle znajdujemy sposób na poradzenie sobie z realnymi trudnościami, choć fabuła wcale nie jest o tym, co nam doskwiera?
Nawet najlepsza książka nie rozwiąże naszych problemów. Nie załatwi za nas tego, z czym sami musimy się zmierzyć: nie zmieni pracy na mniej stresującą, nie naprawi relacji i nie pomoże wyjść z toksycznego związku. Ale może dać nam potrzebny dystans, bo pozwala spojrzeć na własne życie z szerszej perspektywy, wykonać mentalny zoom out, na chwilę odsunąć uwagę od tego, co nas nieustannie obciąża. Psychiatra Norman Clemens, który rozwinął koncepcję ornitologii terapeutycznej, powiedział, że obserwowanie ptaków pozwala, choć na moment, oderwać się od problemów życia. Dla mnie książki działają bardzo podobnie. Pozwalają wyjść z nieustannego analizowania, racjonalizowania i krążenia wokół tego, co było wczoraj, co wydarzyło się dziś i co jeszcze przede mną. Jednocześnie czytanie wycisza nasz układ nerwowy. Dzięki temu łatwiej przechodzimy od reaktywności emocjonalnej do bardziej spokojnego, refleksyjnego myślenia. W tle zachodzi przecież mnóstwo procesów, których nawet nie jesteśmy świadomi – mózg porządkuje informacje, konsoliduje pamięć, łączy nowe doświadczenia z tym, co już wiemy. Dzięki właśnie tym pośrednim mechanizmom czytanie realnie wpływa na kondycję naszego układu nerwowego i dobrostan psychiczny. Obniża aktywność układu współczulnego, co sprzyja relaksacji i pomaga regulować stres. Wszystkie te procesy uruchamiają całą kaskadę zmian biologicznych i psychologicznych. Niby tkwimy w fotelu z książką, a jednocześnie w naszym układzie nerwowym dzieje się bardzo wiele. W internetowej bazie badań naukowych PubMed znajduje się wiele badań pokazujących, jak obcowanie z tekstem – zwłaszcza w formie analogowej, a nie cyfrowej – wpływa na funkcjonowanie układu nerwowego, poziom stresu czy ogólny dobrostan. Szczególnie interesujące są badania prowadzone wśród osób starszych, które pokazują, że regularne czytanie wiąże się z lepszą jakością życia i utrzymaniem sprawności poznawczej. Z analiz przywoływanych przez naukowców z Yale wynika, że osoby regularnie czytające książki żyją statystycznie dłużej. Oczywiście nie dlatego, że literatura działa jak cudowny lek, który wpływa bezpośrednio na pojedynczy mechanizm biologiczny. To efekt wielu nakładających się procesów. Mniejszy stres może sprzyjać ochronie telomerów, ograniczać neurotoksyczne działanie kortyzolu i przewlekły stan zapalny. Do tego dochodzą: większa aktywność poznawcza, często wyższa świadomość zdrowotna i inne korzystne nawyki współwystępujące z regularnym czytaniem.
Kiedy borykałam się z atakami paniki, lekarz nie odradzał mi czytania kryminałów i thrillerów, które uwielbiam. Za to sugerował, żebym zrobiła sobie przerwę od serwisów newsowych – jakby rzeczywistość była bardziej przerażająca od dreszczowca.
Niestety coraz częściej spotykamy się z nagłówkami, które upraszczają rzeczywistość do granic absurdu. Na przykład: ,,Mieszkańcy miast chorują na demencję!”. Oczywiście wiemy, że kontakt z naturą korzystnie wpływa na układ nerwowy, pomaga redukować stres i wspiera dobrostan psychiczny, ale to nie znaczy, że ludzie mieszkający w różnego typu aglomeracjach są nieuchronnie skazani na neurodegenerację. Tego rodzaju clickbaitowe uproszczenia mają w nas przede wszystkim pobudzić afekt – wywołać lęk, złość, ekscytację czy poczucie zagrożenia. Uczą nas skrótowego myślenia, przyzwyczajają do świata, w którym wszystko ma być natychmiastowe, jednoznaczne i zamknięte w jednym zdaniu. Widząc taki komunikat, zapominamy, że życie jest znacznie bardziej złożone, bo nie ma przestrzeni na refleksję, są tylko emocje. Zupełnie inaczej działa dobrze napisana książka albo wartościowy artykuł, w którym jest miejsce na spokojne wprowadzenie, rozwinięcie argumentów, szerszy kontekst i przemyślane zakończenie. Gdzie autor prowadzi czytelnika krok po kroku, pozwala mu dojrzewać do pewnych wniosków.
Clickbaitowe uproszczenia mają pobudzić afekt – wywołać lęk, złość, ekscytację, poczucie zagrożenia. Nie ma przestrzeni na refleksję. Inaczej działa na nas książka czy artykuł, gdzie jest miejsce na rozwinięcie argumentów i szerszy kontekst.
Oczywiście są książki, które u niektórych ludzi mogą nasilać lęk. Sama, choć bardzo cenię twórczość Stephena Kinga, nie jestem fanką horrorów. Nawet jeśli wiem, że to fikcja, potrafią rezonować z moimi własnymi lękami. Są jednak osoby, na które taka lektura działa wręcz terapeutycznie, bo konfrontacja z fikcyjnym zagrożeniem pozwala na chwilę zdystansować się od własnych problemów. Patrzymy na coś jeszcze bardziej przerażającego i nasze codzienne lęki przestają wydawać się takie przytłaczające. Podobnie jest z reportażem. Uwielbiam książki wydawane przez Wydawnictwo Czarne, które często poruszają niezwykle trudne tematy – wojny, nierówności społecznych czy przemocy. Do dziś pamiętam ogromne wrażenie, jakie zrobił na mnie reportaż ,,Lalki w ogniu” Pauliny Wilk o sytuacji kobiet i dziewczynek w Indiach. To zdecydowanie nie są lekkie lektury, ale jednak ich działanie jest zupełnie inne niż krótkich, sensacyjnych komunikatów w internecie, bo nawet jeśli książka opowiada o cierpieniu, przemocy czy katastrofach, to prowadzi nas przez tę historię stopniowo, daje kontekst, pozwala zrozumieć przyczyny. Nasz układ nerwowy ma czas, by te informacje przetworzyć, nadać im znaczenie i osadzić je w szerszej perspektywie.
Co jeszcze daje nam czytanie analogowe?
Dochodzę do wniosku, że jest ono jednym z najbardziej ludzkich doświadczeń. Zanim pojawiło się pismo, przekazywaliśmy sobie historie ustnie. Później zaczęliśmy je zapisywać. Dzięki temu kolejne pokolenia mogły poznawać doświadczenia swoich przodków, ich sposób myślenia, emocje i wartości. To właśnie czytanie i pisanie stały się fundamentem kultury oraz naszej pamięci zbiorowej. Dziś wiemy, że czytanie na głos w czasie ciąży – choć działa pośrednio – może sprzyjać większemu wyciszeniu i lepszej regulacji stresu u przyszłej mamy, a tym samym tworzy korzystniejsze warunki dla rozwoju dziecka. Można powiedzieć, bez cienia przesady, że czytanie jest jedną z najpiękniejszych inwestycji w rozwój mózgu i całego układu nerwowego. Badania pokazują, że dzieciom, którym regularnie się czyta, łatwiej rozwijać język, koncentrację, pamięć i rozumienie tekstu. Lepiej radzą sobie także z wyrażaniem emocji i budowaniem własnych wypowiedzi. Czytanie – zwłaszcza powieści – wspiera rozwój empatii i teorii umysłu, czy zdolności rozumienia perspektywy innych ludzi. Podczas lektury tworzymy w wyobraźni obrazy, wchodzimy w narrację i przeżywamy emocje bohaterów, a mózg ćwiczy umiejętność patrzenia na świat cudzymi oczami. Czytanie rozwija również cechy, które stają się coraz rzadsze – cierpliwość, wytrwałość i zdolność do odroczonej gratyfikacji. Można wręcz powiedzieć, że jest ono formą spokojnego buntu wobec rzeczywistości nieustannie walczącej o naszą uwagę. Pozwala odzyskać sprawczość i świadomie decydować o tym, na czym chcemy się skupić oraz jak długo chcemy przy czymś pozostać. To my wybieramy, czy sięgniemy po reportaż, powieść, esej czy książkę popularnonaukową – nie algorytm.
Znajoma dziennikarka powiedziała mi ostatnio, że zorientowała się, że w jej życiu jest zdecydowanie za dużo krótkich form cyfrowych, a za mało książek, kiedy zauważyła, że jej teksty stają sie coraz bardziej skrótowe. Co jeszcze może być dla nas sygnałem, że czas jednak odwiedzić księgarnię czy bibliotekę?
Na przykład to, że coraz trudniej jest ci utrzymać uwagę na jednym tekście. Czytasz kilka stron i odruchowo sięgasz po telefon. Masz poczucie, że wszystko powinno być krótkie, szybkie i natychmiast przechodzić do sedna. Warto też wsłuchać się w swoje wypowiedzi. Kiedy ograniczamy się wyłącznie do internetowych treści, nasze słownictwo staje się coraz uboższe, trudniej jest nam znaleźć odpowiednie słowo, opowiedzieć o czymś płynnie czy zbudować bardziej złożoną wypowiedź. To często nie jest kwestia inteligencji ani wiedzy, tylko sposobu, w jaki na co dzień trenujemy swój mózg. Dlatego tak bardzo cenię literaturę, która nigdzie się nie spieszy. Steinbeck, Myśliwski czy Tolkien potrafią poświęcić kilka stron na opis miejsca, drzewa, światła czy atmosfery. ,,Jak dasz koniom jeść, tak cię będą wieźć” – myślę, że to powiedzenie doskonale pasuje do naszego mózgu. To, czym go nieustannie karmimy, wpływa nie tylko na to, jak czytamy, ale również na to, jak myślimy, mówimy i budujemy własne refleksje. Dlatego warto świadomie przywracać sobie umiejętność dłuższego skupienia – czytać powoli, robić jedną rzecz naraz i pozwalać myślom wybrzmieć do końca.
Jeżeli trudno jest ci wytrzymać z książką choćby kilka minut, nie powinno to być powodem do zniechęcenia. Wręcz przeciwnie – to sygnał, że właśnie tego potrzebujesz. Każde 15 minut to inwestycja w koncentrację, pamięć i język.
Tylko jak znaleźć na to czas?
Znalezienie chwili dla książki zawsze jest kwestią wyboru. Oczywiście każdy ma inną sytuację życiową i nie warto się porównywać, ale nawet 15 minut dziennie ma znaczenie. Nie tylko dlatego, że przeczytamy kolejne strony, ale dlatego, że regularnie trenujemy mózg. Dla mnie czytanie jest świętością, czymś w rodzaju codziennego rytuału. Rano, jeśli tylko mam chwilę, piję kawę z książką. Wieczorem natomiast właściwie zawsze staram się zasypiać z papierową lekturą. Nie jestem wtedy dla pracy, dla bliskich, jestem dla siebie. I myślę, że właśnie tak warto mówić dziś o czytaniu – nie jako o kolejnym obowiązku, ale jako o formie dbania o własny układ nerwowy. Nie zachęcam nikogo do czytelniczych maratonów ani rywalizacji o liczbę przeczytanych książek. Wystarczy zacząć od dwóch czy trzech stron. Nie ze stoperem w ręku i nie z poczuciem obowiązku, ale z myślą: ,,To jest mój czas”. Jeżeli dziś trudno jest ci wytrzymać z książką choćby kilka minut, nie powinno to być powodem do zniechęcenia. Wręcz przeciwnie – to sygnał, że właśnie tego potrzebujesz najbardziej, bo każde 15 minut to inwestycja w uwagę, koncentrację, pamięć i język. To chwila, w której uczymy mózg cierpliwości i głębszego myślenia. Już Johann Wolfgang von Goethe zalecał, by ,,każdego dnia posłuchać krótkiej pieśni, przeczytać dobry wiersz, zobaczyć wspaniały obraz i, jeśli byłoby to możliwe, wypowiedzieć kilka rozsądnych słów”. Bardzo lubię tę myśl, bo mam wrażenie, że sprowadza się ona do istoty człowieczeństwa. Zatrzymać się. Przeczytać. Zobaczyć coś pięknego. Zachwycić się. Powiedzieć komuś coś dobrego. Doświadczyć wdzięczności. To nie są wielkie rzeczy, ale właśnie z nich składa się życie. Nie zgadzam się natomiast z wyrażaną coraz częściej opinią, że sztuczna inteligencja jest przedłużeniem Homo sapiens. Dla mnie prawdziwym przedłużeniem człowieka jest jego twórczość – praca ręki, wzroku i wyobraźni, zdolność opowiadania historii oraz nadawania światu znaczeń. Skoro jako gatunek wykształciliśmy niezwykłą umiejętność czytania i pisania, warto z nich korzystać.
Dr Asia Wojsiat – biolożka molekularna, neurobiolożka (neurochemiczka) PAN. Edukatorka, popularyzatorka nauki, wykładowczyni akademicka. Autorka podcastu ,,Wojsiat ogólnie” w Newonce oraz solo projektu ,,Umyślnie”. Kocha przebywanie w naturze, jazdę rowerem szosowym, długie spacery, książki, muzykę i dobre filmy. Związana z buddyzmem zen.
***
Spotkanie autorskie jest jak ziarno, które sadzi się w glebie społeczności literackiej. To jedno z najbardziej satysfakcjonujących i kształtujących doświadczeń, jakie możemy przeżyć. Książki oferują nam nie tylko wiedzę i mądrość, ale także emocjonalne oddziaływanie, które wpływa na naszą osobowość, wartości i postawy życiowe. Serdecznie zapraszam w podróż śladami utworów literackich. E.
Zaglądnęli do nas:
Krystyna Loch,
nasza przyszywana Mama i Babcia
(…) Wiele z babcią godałam, czyli rozmawiałam, najczęściej przy kawie, herbacie, dla niej tyju, kołoczu i ziście, niekiedy przy kyjksach, ciastkach, czy innych maszketach. I to blisko 30 lat, od czasu jak chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej, do jej śmierci w roku 1978. Godałyśmy po śląsku, tak jak się godało w Hajdukach, w godce typowej dla śląskich dzielnic przemysłowych, pełnej niemieckich ausdruków, które rechtórki, panie w szkole, chciały nas na zawsze oduczyć. Babcie, czy omy to na Śląsku osoby szczególnie ważne, bo bez nich wielu z nas nie znałoby prawdziwej, niecyganionej/!/ historii rodzinnej ziemi oraz żyjących tu ludzi. Tak też było z moją babcią Wiktorią. Ona nie ôsprawiała nam żadnych berów i bajek, ale o tym co było naprawdę na Śląsku, w naszym jak godała – Heimacie. A co godała, to co innego niż mnie i innych uczono w szkole, jak pisano w gazetach i książkach. Dlatego pomyślałam, że warto o tym napisać, to przypomnieć, aby inni mogli przeczytać, do tego tak, jak myśmy godały po śląsku...
W swej książce „W Chorzowie czyli na Śląsku” Krystyna Loch opowiada, w oparciu o życie swoich bliskich dzieje rodzinnego miasta, skomplikowaną historię Śląska oraz losy Ślązaków w XX stuleciu. „Godki z babciōm” są tego kontynuacją, napisaną po śląsku, pełną wspomnień i refleksji, oraz prawdziwych obaw, czy za parę lat Ślązacy jeszcze na Śląsku będą…



Krystyna Loch urodziła się w Chorzowie, a dokładnie w Hajdukach, w cieniu huty Batory. Jest z wykształcenia ekonomistką, a jej zainteresowania to historia Śląska i wszystko, co dotyczy małego Heimatu.
***
Dorota Rodzim

Dorota Rodzim – autorka powieści obyczajowych. Urodzona w Świętokrzyskiem, mieszkanka Tarnowskich Gór. Spełniona mama i szczęśliwa żona. Uśmiechnięta introwertyczka, która uważnie przygląda się otaczającemu Ją światu. To, co widzi, przenosi na papier lub płótno. Z jednego powstają książki, z drugiego obrazy. Pisze powieści, które chwytają za serce – o prawdziwym życiu i ludzkich emocjach. Choć dotyka trudnych tematów – książki oceniane są jako wciągające i wzruszające. To mieszanka lekkiego pióra oraz dobrego humoru. Autorka Powiedziała M, Zagubionej i czekającej na premierę Siubienicy.
***
Dorota Gellner
Dama Orderu Uśmiechu. Poetka, prozaik, autorka ponad stu książek, słuchowisk, bajek muzycznych i sztuki dla Teatru Lalek GULIWER. Debiutowała w Świerszczyku, współpracowała z Misiem, Płomyczkiem, Ciuchcią, Pentliczkiem, radiem i telewizją. Jest laureatką Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego. Otrzymała statuetkę Bursztynowe Nutki. Odznaczona Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis oraz Medalem Serce Dziecku. Jej książki znajdują się na Liście Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej, Międzynarodowej Liście Białych Kruków, Złotej Liście Cała Polska czyta dzieciom oraz liście lektur szkolnych (Wścibscy). Na zaproszenie Instytutu Książki napisała w 2024 roku książeczkę Tyci, tyci, którą w ramach kampanii Mała książka – wielki człowiek otrzymuje w wyprawce czytelniczej każde nowo narodzone dziecko w Polsce.
Dorotkę poznaliśmy w 2013 r.

*



Czarodziej osobisty” to zbiór baśni, bajek i wierszy pisanych ,,czarodziejskim atramentem”. Z ilustracjami Piotra Fąfrowicza, arcyczarodzieja magicznego realizmu. To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. O odwadze i niezwykłych siłach, drzemiących w każdym z nas, o których istnieniu często nie mamy pojęcia. Ale też o smutku, żalu, tęsknocie, rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią. To książka dla marzycieli. Ale nie tylko. Także dla tych, którzy swoje marzenia pogubili. Dla optymistów i pesymistów. Dla stojących na rozstajach dróg. Dla poszukujących i tych, którzy znaleźli już to, czego szukali. Dla kochających i kochanych, oczarowanych, rozczarowanych, zaczarowanych, odczarowanych i dla wielu, wielu innych… (fr.książki)
*

Wścibscy wszędzie nos wtykają!
Podsłuchiwać uwielbiają! Aż na uszach mają dreszcze!
Wciąż chcą coś usłyszeć jeszcze!
Wścibscy wszystkich podglądają! Z każdej strony oczy mają!
Wyskakują spod poduszek, ze słoików, z rondli, z puszek!
Są koło nas! Zawsze blisko!
Wścibscy pragną wiedzieć wszystko!
***
Zbigniew Myga
Poświatowska we wspomnieniach i inspiracjach to swoistego rodzaju biografia opowiedziana przez brata poetki – Zbigniewa Mygę oraz spokrewnioną z nimi dziennikarkę, Kalinę Słomską. Całe życie wierna sobie, swemu ideałowi miłości, nigdy nie szła na kompromis. Była ciekawa życia, ale miała świadomość, że musi się spieszyć. Każdy dzień był dla niej najważniejszy. Te trzy zdania najlepiej podsumowują fascynujące życie Haliny Poświatowskiej. Uzupełnieniem wspaniałej opowieści jest bogaty wybór zdjęć, pochodzących z rodzinnych, prywatnych zbiorów, z których część do tej pory nie była publikowana. To subiektywny wybór poezji oraz refleksje i wspomnienia wielu artystów (Anny Marii Jopek, Hanny Banaszak czy Stanisława Sojki). Książka kreśli obraz Poświatowskiej od nieznanej nam strony. Dostrzegamy kobietę z bogatym życiem uczuciowym, rodzinnym oraz z problemami. Haśka uważała, że kobieta dbająca o urodę musi płakać i śmiać się bezzmarszczkowo – wspomina Zbigniew Myga. Codzienną rutyną Haliny było więc naklejanie na czoło plastra szkockiej taśmy samoprzylepnej, który miał redukować zmarszczki. W kraju, w którym krem Nivea był jedynym kosmetykiem, dbanie o urodę było nie lada wyzwaniem. Poświatowska zmuszona była do robienia zabiegów z pokrzywy i maseczek z żółtek (fr. tekstu).
Szczęście
mam szczęście!
krzyczą dzieci
chwytając piłkę
z nurtów wody
a ono – na niebie świeci
roześmaine złotem – młode
wyciągnij rękę – zamknij
płonący krążek w pięści
i głośno – głośno krzyknij
– mam szczęście –
Halina Poświatowska
wiersze z lat 1956 – 1958

***
Anna Seniuk i Edyta Jungowska!
(…) Astrid jest wesołą, młodą dziewczyną, która chętnie wspina się na drzewa i nic nie robi sobie z panujących w jej rodzinnej miejscowości konwenansów. Wygrywa konkurs na najlepsze opowiadanie szkolne, które w nagrodę zostaje opublikowane w prasie lokalnej. Astrid Lindgren to jedna z najpopularniejszych autorek powieści dla dzieci na świecie. Jej książki sprzedano w liczbie przekraczającej 165 mln egzemplarzy i przetłumaczono na ponad sto języków.
Lindgren nie zajmowała się wyłącznie pisaniem, walczyła również o prawa najmłodszych. Dawała głos tym, którzy głosu nie mieli. Jak ewangeliczna przypowieść brzmi dziś fragment przemówienia, wygłoszonego we Frankfurcie po przyznaniu jej pokojowej nagrody niemieckich księgarzy. Mówiła o matce, która chciała ukarać syna i wysłała go do lasu po rózgi. Chłopczyk poszedł i długo go nie było. W końcu wrócił zapłakany i tak powiedział: Nie znalazłem rózgi, lecz masz za to kamień, którym możesz we mnie rzucić. Wtedy i matka zaczęła płakać, ponieważ zobaczyła wszystko oczami dziecka. Dziecko musiało myśleć, że jeśli matka chce mu uczynić zło, to równie dobrze może to zrobić za pomocą kamienia.
Wkrótce po tym przemówieniu, w 1979 r. parlament szwedzki ustawowo zabronił stosowania klapsów wobec małoletnich.
***
Anna Seniuk – Nietypowa baba jestem, w rozmowie z córką, Magdaleną Małecką – Wippich

Z miłości porzuciła rolę, która trafia się aktorce raz na sto lat. O mały włos – aż trzykrotnie – nie straciła życia. Zwymyślała komisję egzaminacyjną krakowskiej szkoły teatralnej, uwiodła swą grą rosyjskiego dramaturga i jako pierwsza polska aktorka pokazała na dużym ekranie biust. A wszystko to – jak sama mówi – zaczęło się w dniu, w którym biegnąc przez krakowski rynek, „przeskoczyła Sukiennice”. Odżegnuje się od wizerunku ciepłej mamuśki, który przez lata wykreowały media. Marzenia zaczęła spełniać dopiero po sześćdziesiątce. Dziś nie boi się opowiedzieć o swoich życiowych zmaganiach. Znana z powściągliwości, po raz pierwszy szczerze mówi o swoim prywatnym życiu, walce z chorobą, teatrze, pasjach, miłości i drodze do kariery (fr.)
Sięgnijcie po opowieść pełną ciepła, inteligencji i humoru. Nietypowa baba jestem to deklaracja piękna, odwagi i autentyczności.
- 24 maja 2025 r. : spotkanie z Panią Edytą Jungowską – Podróż do Szwecji tropami książek Astrid Lindgren
- 26 sierpnia 2021 r. Spotkanie autorskie z Panią Anną Seniuk – Nietypowa baba jestemW filmowej adaptacji powieści Redlińskiego, Pani Anna wcieliła się w postać wcześniej opisanej, Handzi Bartoszewicz
- 20 lipca 2021 r. Ojezu, co zemno! Praca moja, jako pasja w literaturze, czyli o laktacji kapka :). PS. Wyszperane w ,,Konopielce” E. Redlińskiego Przygotowując się do spotkania z Panią Anną Seniuk, postanowiłam raz jeszcze wziąć pod lupę ww. lekturę. Obejmijcie proszę spojrzeniem obydwa cytaty: – ,,Handzia przysiada, skopek …
***
Czytelnia dla rodziców w siedzibie SMTiJ
(z literaturą, która w piękny sposób pozwoli nam zrozumieć świat i samą/samego siebie)
- Książki Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej – absolutnie wszystkie!
- Być rodzicem. dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, Magdalena Keler, Agnieszka Urazińska
- Rodzina to nie pole bitwy. Joanna Flis, Monika Tutak-Gol
- Jak się pięknie różnić (O dobrej relacji z dorosłymi dziećmi). Wojciech Eichelberger, Alina Gutek
- Szczęście można wypracować. Dr Dorota Jasielska, Patrycja Pustkowiak
- Przytulanie na receptę. Dr n. med. Katarzyna Skórzewska, Zuzanna Kuffel
- Trudności w budowaniu bliskości. Małgorzata Poznańska-Wójtowicz
- Zasłona niesłyszenia ( O życiu osób głuchych). Anna Goc, Paula Szewczyk
- Metki, hałas i inne nieprzyjemności (O dzieciach z wysoką wrażliwością). Prof. Agnieszka Słopień, Ewa Pągowska
- W ciszy dorosłych (O dziecięcej wyobraźni, zdrowiu psychicznym i rodzinnych tajemnicach). Michalina Gajewska, Agnieszka Karp-Szymańska
- Poznać lęk. Artur Gębka
- Zmęczenie, zobojętnienie i zwątpienie (Wypalenie rodzicielskie). Sylwia Włodarska, Monika Kamińska-Wcisło
- Kiedy nie można się rozsypać (O życiu z dzieckiem wymagającym stałej opieki). Olga Ptak
- Matki z ADHD. Ewa Jankowska
- Sztuka odzyskiwania równowagi. Przemek Staroń
- Pokarm dla mózgu. Justyna Żejmo
- Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet. Dr Alicja Długołęcka, Paulina Reiter
- Rozbieżność w pożądaniu. Emily Nagoski, Zuzanna Kuffel
- Mądrość menopauzy. Dr Monika Łukasiewicz, Jagna Kaczanowska
- Inny ból (,,Taka twoja uroda. Jak endometrioza niszczy życie Polek”). Magda Łucyan, Katarzyna Górniak, Zuzanna Kuffel
- Życie z endometriozą. Karolina Wigura, Natalia Waloch
***
Być rodzicem
Nie wolno się na dziecko obrażać. Bo ono uzna, że przestało się dla rodzica liczyć. Od początku życia jesteśmy otoczeni słowami, a tak często zdarza się, że nie umiemy z nich korzystać, nie umiemy wyrażać swoich uczuć. Zazwyczaj my, rodzice, skupiamy się na tym, żeby dzieci nas słuchały. A co zrobić, żeby chciały do nas mówić? Rozmowa Magdaleny Keler i Agnieszki Urazińskiej z dr Ewą Woydyłło-Osiatyńską, psycholożką, psychoterapeutką. Wysokie Obcasy, 02.05.2023
Magdalena Keler, Agnieszka Urazińska: Dlaczego tak często gubimy się w natłoku słów? Gadamy zamiast rozmawiać?
Ewa Woydyłło-Osiatyńska: To gadanie wcale nie jest takie złe, bo jeżeli mówimy dużo, to między innymi mówimy też rzeczy ważne. Ale sztuką jest skupić się nie tyle na ilości, ile na jakości. Bo w końcu w sprawach wielkiej wagi się wyrabiamy, wyszukujemy odpowiednie słowa, odpowiednie okoliczności, żeby wyrazić najważniejszą treść. Ważne jest, żeby uświadomić sobie, że uczucia wtedy zaczynają być częścią relacji – czyli wpływają na drugą osobę i stają się przedmiotem troski czy uwagi – gdy oprócz tego, że my je przeżywamy, to wyrażamy je też słowami. I ktoś, kto dużo mówi, również tej umiejętności szybko się wyuczy. Ktoś, kto mało mówi o sobie, będzie miał wielki problem, ponieważ nie będzie w ogóle miał dostępu do tej części przeżycia, którą trzeba nazwać.
Czy należy te emocje zawsze nazywać, czy wystarczy je przeżywać?
– Samo przeżycie może dyktować rozmaite zachowania, które będą utrudniać porozumienie, na przykład gniew. To niebezpieczne uczucie, bo nasza złość budzi niepokój kogoś obok.
Niektórzy uważają wręcz, że jest to uczucie złe.
– Nie ma złych uczuć. Ale weźmy w takim razie smutek, który, niewyrażony, może się obrócić w zachowanie, które nas oddali od świata. Schowanie smutku sprawi, że nie otrzymamy pomocy. A smutek zwykle występuje przecież z powodu straty, krzywdy, bólu. Człowiek jest wtedy słaby i cierpiący, dlatego tak ważne jest, żeby otoczenie bardzo szybko dowiedziało sie o tym przeżyciu i nam pomogło przez nie przejść. Ale jeśli wcześniej przeżycie smutku było dla nas trudnym doświadczeniem, może się zdarzyć, że będziemy je jednak ukrywać.
Sporo z nas chce być postrzeganych jako silne osoby. Emocje, które mogą pokazać nas jako słabszych, staramy się więc ukrywać. Mamy często mówią: muszę dać radę.
– Powstaje pytanie: Czy lepiej być silnym czy prawdziwym? Jeżeli jesteśmy silne, ale tak naprawdę, bez maskowania uczuć, to w porządku. Ale jeżeli w rzeczywistości wszystko mocno przeżywamy, a na zewnątrz staramy sie uchodzić za silną, to odmawiamy sobie prawa do tego, że ktoś poda nam rękę, zatroszczy się o nas. Bądź sobie silna, mamo, ale skoro ci smutno, to opowiedz mi o tym. Wyobraźmy sobie smutek dziecka, bo zepsuło ulubioną zabawkę. Mama widzi, że dziecko płacze. Podchodzi więc i pyta: ,,Ojej, co się stało?”. Dzięki temu jej zainteresowaniu dziecko uczy się, że można skorzystać z pomocy. A mama pocieszy, a może nawet naprawi tę zabawkę i dziecko z osoby, która coś utraciła, zamienia się w osobę, która coś odzyskuje bądź zmienia punkt widzenia. Słyszy: ,,Wiesz, ta zabawka mogła się popsuć, była już stara, ale poszukamy nowej, coś wymyślimy. Może pobawimy się czymś innym?”. Dziecko rozwiązuje więc swój właściwy problem: nie fakt popsucia zabawki, ale przeżycie z tym związane.
Z maluchami jest różnie. Niektóre prędzej, niektóre później zaczynają te emocje nazywać. W przedszkolu panie często proponują, żeby je rysować. To pomoże w nauce uczuć?
– Każdy pomysł, dzięki któremu dziecko będzie potrafiło zidentyfikować swój stan wewnętrzny, a więc i emocje, jest dobrą drogą. Dziecko uczy się wtedy nie tylko samo u siebie identyfikować te uczucia, ale też patrząc na kolegę, który ma taką samą minę jak na obrazku, będzie już wiedziało, co on czuje. I widząc, że kolega jest zły czy smutny, podejdzie do niego i zapyta, czemu tak się stało. Oczywiście dzieci też mogą ukrywać emocje, co jest na dłuższą metę bardzo niebezpieczne, bo łatwo mogą dojść w tym do wprawy.
Jak uchronić się przed tym, żeby to dziecko do tej wprawy nie doszło? Współcześnie sporo starszych dzieci i nastolatków się zamyka. Te emocje w ogóle z nich nie wychodzą.
– A ja odwrócę to pytanie. Dlaczego dziecko zamyka się na przykład ze swoim gniewem?
Bo nie ma z kim porozmawiać?
– Albo się boi. Dziecko wyraża emocje od pierwszej doby życia. Nie umie jeszcze mówić, ale je wyrazi. Za pomocą płaczu, mimiki. Jak jest głodne albo jest mu niewygodnie, bo położyło się na własną rączkę, to krzyczy. I jeśli wtedy zostanie zignorowane, zostawione same sobie albo ktoś nawet do niego podejdzie, ale szorstkim ruchem, zniecierpliwionym, całym sobą wyrażając: ,,Rany, to dziecko znowu się drze”, to ono to wyczuje. Dziecko chłonie ten komunikat całym sobą. I po jakimś czasie zorientuje się, że dorośli takiego zachowania nie lubią. Wolą, jak gaworzę i się uśmiecham. No to OK, już wiem, że lepiej te emocje chować.
A jak jest starsze, to słyszy ten okropny komunikat: inne dzieci tak nie robią, popatrz, są grzeczne.
– Porównywanie jest bardzo destrukcyjne, a niestety cała nasza edukacja jest na nim oparta. Cierpimy w Polsce na wstecznictwo i zaległości. Owszem, kiedyś tak funkcjonował cały świat. Tylko świat poszedł do przodu, a my stoimy w miejscu. Stoimy w miejscu, bo się nie uczymy. A nie uczymy się dlatego, że nie czytamy. A wystarczałoby zajrzeć za róg. Spojrzeć na kraje skandynawskie, do sąsiadów w Czechach czy na Słowacji. Tam jest zupełnie inaczej, ponieważ tam ktoś, kto chce być nauczycielem, musi się nauczyć jednej zasady, że człowiek – jeżeli ma do wykonania jakieś trudne zadanie – musi mieć dobry humor. Wobec tego my, nauczyciele, musimy zadbać o to, żeby dzięki nam i naszym metodom podopieczni mieli dobry humor.
To zdanie chyba powinno zawisnąć w każdej szkole.
– Każda mama i każdy tata także powinien zadać sobie pytanie: Co muszę zrobić, aby moje dziecko coś osiągnęło, pokonywało przeszkody? Odpowiedź będzie taka sama: muszę sprawić, aby dziecko było szczęśliwe.
A co to znaczy szczęśliwe? Po czym to szczęście u dziecka poznajemy?
– Po radości. Dom bez śmiechu to dom chory.
Ale też krzyku, tak jak padło wyżej.
– Krzyk uczy malucha jeszcze jednego. Że nie wszystko da się załatwić natychmiast. Bo są sytuacje, w których nie mamy warunków na to, żeby towarzyszyć dziecku w każdej sekundzie, i świat wcale nie jest urządzony tak, że ty, mały cesarzu, masz wszystko na zawołanie. Więc jak czegoś potrzebujesz, to wołaj, aż wreszcie ktoś odłoży pracę albo zostawi drugie dziecko, którym też się zajmuje. Ale – i to jest ważne – ten ktoś, gdy w końcu usłyszy to twoje wołanie, nie będzie zniecierpliwiony i zirytowany. Tylko powie: ojej, pewnie długo ci tutaj było niewygodnie, przykro mi, że nie mogłam szybciej do ciebie przyjść.
Nie czekamy więc, aż dziecko dorośnie do tego, że będzie mogło z nami poważnie porozmawiać. Komunikujemy się od pierwszego dnia.
– Tak, i te komunikaty są na początku przez dziecko przyswajane ,,cieleśnie”. Na przykład jeżeli dziecko zanosi się od płaczu i rodzic w końcu podchodzi, to sam sposób wzięcia dziecka na ręce, poprawienia mu pieluszki, odłożenia, ma kolosalne znaczenie. Jeżeli jest czuły, ciepły, pieszczotliwy, to dla dziecka jest to forma komunikacji. Można do niego wtedy oczywiście też mówić, ale najważniejsze jest jednak to, czego dziecko doznaje fizycznie, bo słów jeszcze nie rozumie.
Wobec starszych dzieci sporo rodziców stosuje metodę na przeczekanie: niech sobie nawet poleży na tym chodniku, poczekam, aż się uspokoi, bo teraz i tak nic do niego nie dotrze.
– To teraz wyobraźmy sobie w takiej sytuacji nas samych. Że stoimy na przykład przed sejmem i protestujemy. I nikt do nas nie wychodzi. Jak się wtedy poczujemy? Kiedy dziecko płacze, zastanówmy się, czy sami chcielibyśmy być na przykład zamknięci w drugim pokoju. Czy chcielibyśmy usłyszeć: jak przestaniesz, to wtedy przyjdź. A ile razy zdarza się, że takie rzeczy dzieciom robimy.
Ale chyba każdemu z nas zdarzyło się choć raz podejść do dziecka, będąc bardzo zniecierpliwionym.
– To potem to dziecko należy przeprosić i porozmawiać. Znowu powołam się na analogię z życia dorosłego. Kiedy zezłościmy się na przyjaciółkę, to do niej dzwonimy i mówimy: ,,Słuchaj, wybacz, nawarstwiło mi się tego dnia, przepraszam, chyba sprawiłam ci przykrość”. I tak samo jest z dziećmi. Powiedzmy: ,,Wiesz, gdybym teraz miała zareagować, to zrobiłabym to inaczej. Teraz bym podeszła do ciebie, przytuliła. A wtedy po prostu byłam zagoniona, bolała mnie trochę głowa, miałam okropny dzień w pracy”. Ale też trzeba spytać: ,,Co mogę teraz dla ciebie zrobić, żebyś mi przebaczyła/przebaczył?”.
A co z dziećmi, które powiedzą: ,,Ale ja już teraz nie chcę rozmawiać”?
– Spróbujmy później do tego tematu wrócić. Ale też poruszyć kwestię obrażania się. Bo reakcja: ,,Teraz już nie będę z tobą w ogóle rozmawiać”, to karanie drugiej osoby milczeniem. Spytajmy dziecko, czy w takim razie uważa, że nikt nie może popełniać błędów. A może za mało ci zadośćuczyniłam? Tak samo nam, rodzicom, też nie wolno się obrażać. Bo dziecko wtedy zaczyna zakładać, że przestaje się dla rodzica liczyć.
Rozmowa wymaga więc czasu, uważności, ale też cierpliwości. Tylko my tego czasu współcześnie mamy coraz mniej.
– Warto się zatrzymać i założyć, że skoro już mam dziecko, to ono powinno stać się treścią, moim celem w życiu. Uświadomić sobie, że dzieci są różne – jedne łatwiejsze, inne trudniejsze – i wychowanie wymaga od nas nakładu czasu. Czas jest absolutnie największą wartością. Potem poznajemy, jak kochamy. Wszystko jedno, czy dziecko, czy męża, czy przyjaciółkę. Jeżeli kochasz, to tego czasu masz dla drugiej osoby dużo.
***
Rodzina to nie pole bitwy
Składanie życzeń przy opłatku dla większości ludzi jest niewygodne i krępujące. To dlatego, że wiele osób, szczególnie ze starszego pokolenia, nie umie rozmawiać o emocjach i uczuciach, choć podskórnie pragną więzi i bliskości. To się powoli zmienia. Z Joanną Flis, psycholożką, psychoterapeutką, rozmawia Monika Tutak-Goll. Wysokie Obcasy, grudzień 2025

Znajoma – pozwoliła mi tę historię opowiedzieć – co roku narzeka, że musi jechać do rodziny na Wigilię. Parę tygodni temu jej rodzice zadzwonili, że nie robią w tym roku świąt, wyjeżdżają. Koleżanka, zamiast poczuć ulgę, oburzyła się: ,,Jak oni tak mogą, nikogo nie spytali!”. Decyzja rodziców okazała się nagle katastrofą i zaburzonym porządkiem świata, jaki znała. Tym zachowaniem rodzice przerwali grę w powinności?
Żeby to dobrze zrozumieć, warto spojrzeć na więzi rodzinne na trzech poziomach. Po pierwsze, łączą nas formalne zależności – pewien zbiór praw i obowiązków, wynikający z tego, że jesteśmy rodziną. Po drugie, spajają nas więzi wynikające z tradycji i ról: z tego, że ktoś jest mamą, tatą, babcią, dzieckiem. I dopiero po trzecie – jeśli te dwa poziomy są elastyczne i wspierające – budują się więzi emocjonalne, czyli prawdziwe poczucie przynależności, bliskości i miłości. Jeśli jednak rodzinne role są sztywne, podporządkowane niepisanym zasadom i hierarchii, trudno w takim systemie o autentyczność. A tam, gdzie nie ma miejsca na autentyczność, trudno też o miłość. Rodzinne ,,gry” polegają właśnie na odgrywaniu ról niezależnie od tego, co naprawdę czujemy. W tej konkretnej historii widać, że wszyscy byli już zmęczeni tymi rolami. Rodzice mieli dosyć corocznego przygotowywania świąt, dzieci – konieczności przyjeżdżania ,,bo tak trzeba”. A jednak utrzymywanie tych zasad dawało im wszystkim poczucie ciągłości i bezpieczeństwa. Dlatego w takiej sytuacji pojawia się ważne pytanie: czy potrafimy być sobie bliscy bez gotowego scenariusza na to, jak wygląda bycie rodziną? Decyzja rodziców, choć początkowo odebrana jako zamach na tradycję, w rzeczywistości była zaproszeniem do nowego ułożenia relacji. To mogłaby być idealna okazja, by usiąść razem i powiedzieć sobie: ,,Kochamy się, chcemy być blisko, ale potrzebujemy nowych zasad, bo wszyscy jesteśmy już na nowym etapie życia”. I mam takie przeczucie – oczywiście to tylko hipoteza – że to jest rodzina, w której ludzie nie nauczyli się rozmawiać o miłości.
Jak w wielu polskich rodzinach.
To prawda. I wtedy ta złość, która pojawia się, gdy rodzice ,,wychodzą z roli” i decydują się wyjechać, nie jest tak naprawdę złością na nich. To często złość, która ukrywa lęk, że mogą ich stracić – że jeśli przestaną pełnić swoją dotychczasową rolę, to ja nie będę wiedzieć, jak z nimi być. Ale ponieważ nie umiemy o tym lęku ani o potrzebie bliskości powiedzieć wprost, próbujemy zatrzymać innych w starych rolach. Bo tylko wtedy mamy poczucie, że oni ,,nie znikną”. To bardzo typowy wzór rodzin, w których to właśnie role – a nie rozmowa i nie emocje – gwarantują poczucie przynależności, więzi i bliskości. W takich systemach, gdyby zabrać ludziom ich role, musieliby zacząć mówić o uczuciach. A to bywa trudniejsze niż coroczne odgrywanie dobrze znanego scenariusza.
A my potrafimy w ogóle mówić o uczuciach i bliskości w rodzinach?
Są rodziny, które to potrafią. Spotykam ich coraz więcej, chcą mówić o miłości albo wiedzą, że muszą się o niej nauczyć mówić. Generacji millenialsów dużo łatwiej to przychodzi niż starszym pokoleniom. Rodzice-millenialsi mówią ,,kocham cię” do własnych dzieci. Mają za to problem, by powiedzieć ,,kocham cię” swoim rodzicom. To z kolei wiąże się z lękiem przed odrzuceniem: a jak powiem ojcu, że go kocham, i nie dostanę takiej samej informacji zwrotnej? Mówienie o uczuciach dzieciom wydaje się nam łatwiejsze, zwłaszcza małym dzieciom. Im mówimy o uczuciach bez problemu, ,,kocham cię, jesteś taki słodki, malutki”. Przy nastolatkach odpala nam się często stara, tradycyjnie zapisana rola.
Im dziecko starsze, tym mniej słyszy o uczuciach od rodziców?
Niestety bywa to dla nas ciągle w jakiś sposób krępujące, zawstydzające, by nastolatkom mówić ,,kocham cię”. Dokładnie tak jak mówienie o swoich uczuciach naszym rodzicom.
Nie mówimy ,,kocham cię” matce czy ojcu przy świątecznym stole, ale składamy sobie życzenia, okazujemy sobie bliskość. Jest okazja, żeby się przytulić.
To jest piękna definicja tego, co w Polsce w kształtowaniu zachowań związanych z byciem w rodzinie jest wiodące. Wiodące są role, rytuały i tradycje, a nie spontaniczna bliskość emocjonalna. Czasem się o nią otrzemy, kiedy na przykład dzielimy się opłatkiem, możemy przy okazji przekroczyć granicę cielesną i się przytulić, albo powiedzieć sobie coś miłego. Tutaj tradycja dopuszcza okienko na rozmowę o uczuciach między ludźmi. Ale tych okienek w polskiej rodzinie jest niestety niewiele. I dlatego składanie życzeń przy opłatku dla większości ludzi jest takie niewygodne. Mówią: ,,Wstydzę się, jakoś tak dziko się czuję, nie wiem, co powiedzieć. Szczęścia, zdrowia, radości, dużo pieniędzy?”. A tak naprawdę mamy pod skórą niezaspokojoną potrzebę głębokiego wyrażenia więzi. Kiedy już do tego dojdzie, ludzie natychmiast się rozpadają, zaczynają drżeć im podbródki, pojawia się jakieś wewnętrzne, dziecięce rozedrganie, czyli tęsknota za potrzebą powiedzenia sobie, że się po prostu kochamy. Myślę, że powoli się oduczamy, że o głębokich uczuciach w rodzinie nie można rozmawiać. Ale jeszcze sporo pracy przed nami.
Kiedyś znajoma spytała swoją mamę, dlaczego nigdy nie mówi jej, że ją kocha. I jej mama powiedziała: ,,Wiesz, ja też nigdy nie słyszałam tego od moich rodziców”.
To prawda, w dawnych czasach relacja z dziećmi wyglądała inaczej. W wielu kulturach – także i w Polsce – przez pierwsze miesiące życia dzieci były traktowane z ostrożnym dystansem, bo śmiertelność niemowląt była bardzo wysoka. Miłości nie wyrażano tak, jak robimy to dzisiaj. Imię nadawano dziecku dopiero przy chrzcie, często kilka tygodni po narodzinach, a w codziennym życiu posługiwano się nim jeszcze później. Ta praktyka rodziła się w realiach wojny, głodu, biedy, kiedy kobiety umierały przy porodach, a wielu niemowląt nie udawało się uratować. To były czasy, w których okazywanie przywiązania zbyt wcześnie mogło oznaczać jeszcze większy ból straty. Dodatkowo kiedyś w rodzinach po prostu nie było przestrzeni na uczucia – nie pełniły znaczącej roli, były uznawane za mało ważne. Dlatego dzieci rzadko słyszały, że są kochane. Nasi dziadkowie, a często nawet rodzice, wychowywali nas na czasy, w których liczyła się twardość: mieliśmy radzić sobie sami, ,,mieć twardy tyłek”, nie rozczulać się. W pierwszych latach życia, kiedy dziecko najbardziej potrzebuje bliskości, czułości i regulacji przez dorosłego, rodzice zwyczajnie nie mieli na to przestrzeni. Musieli pracować całe dnie w polu, zajmować się gospodarstwem, walczyć o przetrwanie. Nie chodzilo o brak miłości, tylko o brak warunków – większość potrzeb emocjonalnych dzieci była więc niezaspokojona, a często nawet niezauważona. I ta emocjonalna oszczędność przeniosła się dalej, z pokolenia na pokolenie.
Jeśli rodzinne role są sztywne, podporządkowane zasadom i hierarchii, trudno o autentyczność i miłość.
Tylko, że dziś już chyba potrzebujemy żyć inaczej. Mamy więcej możliwości, więcej świadomości i więcej odwagi, by budować relacje nie na twardości, ale na bliskości.
Nasze babcie nie potrafiły mówić o uczuciach naszym matkom i ojcom, ale nam – już tak.
Ale to wynika właśnie z rozpisania ról w rodzinie. W rolę babci wpisane jest ciepło, bliskość, bycie dostępną, przytulanie wnuków. Jest takie powiedzenie: ,,Babcia może rozpieszczać dzieci, od wychowania są rodzice”. Babcia ma okienko na okazywanie bliskości. W niektórych rolach tych okienek w ogóle kiedyś nie było – na przykład w tradycyjnie postrzeganej roli ojca.
W książce ,,Gry rodzinne” opisałaś role, w które wchodzimy w swoich rodzinach: czasem to bohater rodzinny, czasem maskotka, niewidzialne dziecko. Co te role charkateryzuje?
Gdy mamy zdrowy system rodzinny, czyli taki, w którym są pewne reguły, ale te reguły ułatwiają życie rodzinie, a nie utrudniają – czyli pozwalają na to, żeby było w tej rodzinie elastycznie, by zmieniały się pewne przekonania, żeby ludzie mogli swobodnie czuć się ze sobą – to nazywamy te role adaptacyjnymi. To rola mamy, taty, siostry, brata, babci, dziadka. Role, o których wspomniałaś, pojawiają się w systemach dysfunkcyjnych, czyli takich, które nie dźwigają swojej podstawowej roli opiekuńczo-wychowawczej. To rodzina obarczona jakimś problemem, czy to alkoholowym, czy wynikającym z przemocy. To role destrukcyjne dla nas. Pojawiają się po to, żeby system rodzinny przetrwał. Bo musimy pamiętać, że system zawsze dąży do tego, żeby przetrwać, nawet kosztem pojedynczej osoby w rodzinie. Rola bohatera rodzinnego dotyczy takiego sposobu funkcjonowania dziecka, które po prostu stara się pomagać rodzicom, nie sprawiać kłopotów, być reprezentantem rodziny na zewnątrz, przynosić splendor i chwałę. Najczęściej jest to najstarsze dziecko, które doświadcza tzw. parentyfikacji, czyli odwrócenia ról w rodzinie. Jeżeli mamy więcej dzieci w tej rodzinie, to często pojawia się tam na przykład jakiś kozioł ofiarny, czyli dziecko, które kumuluje na sobie napięcie, staje się czarną owcą, na której wszyscy się wyładowują, albo jakaś maskotka rodziny, czyli dziecko, najczęściej najmłodsze, które przynosi trochę radości. Pamiętajmy o tym, że przyjęcie pewnej roli w rodzinie nie oznacza zaburzenia osobowości. To przybranie pancerza ochronnego, żeby przetrwać, pancerza, z którego ludzie wyrastają i w dorosłym życiu muszą się go pozbyć, bo jest niszczący. Taki bohater bywa często nadodpowiedzialny, pracoholiczny, ma obniżone poczucie własnej wartości. Te osoby muszą włożyć dużo pracy terapeutycznej w to, żeby się z tych wyuczonych sposobów przetrwania otrzepać. Niestety, wyuczone sposoby przetrwania szybko wracają, na przykład kiedy jedziemy do rodziców na święta.
Czyli wiem, jak rola bohaterki rodzinnej wpłynęła na moje dorosłe życie, już nie chcę nią być, sięgam po wsparcie, ale gdy jadę do domu rodzinnego, siadam przy stole i co się dzieje?
Nagle realizuję stary scenariusz na życie. Wszystkich uspokajam, uciszam, mediuję, sprzątam, pilnuję tego, kto ile wypił alkoholu, tego, kto i jak wraca do domu, doradzam, dźwigam nagle na swoich plecach całe to spotkanie rodzinne. I dlatego ludzie często nie lubią jeździć na święta do domu rodzinnego, bo to jest zaproszenie do wejścia w stary układ.
Czemu mimo wielu lat terapii niektórzy nadal wchodzą w destrukcyjne dla nich role?
Pamiętajmy, że terapia jest naszą terapią, a nie terapią całej naszej rodziny. My sobie uświadamiamy, że w systemie rodzinnym pełniliśmy jakąś rolę, która pozwoliła nam przetrwać, ale dzisiaj niszczy nam życie i my to widzimy. Natomiast nasi bliscy często tego nie widzą.
Znam dorosłe osoby, które jadą do domu na święta, ale nie mówią o pewnych rzeczach, bo ciągle boją się reakcji matki czy ojca. O czym to świadczy?
Pokazuje to, jak bardzo idealizujemy pojęcie ,,rodziny”. Lubimy myśleć, że rodzina to po prostu ludzie, którzy nas kochają i wspierają, przy których możemy być sobą. Ale kiedy przyjrzymy się temu z bliska, okazuje się, że rodzina nie jest tylko zbiorem osób – rodzinę tworzą mechanizmy, które w niej działają. I to one w dużej mierze decydują o tym, jak się w tej rodzinie wzajemnie traktujemy. W wielu polskich rodzinach te mechanizmy są niestety niezdrowe. Przy świątecznym stole nagle widać, że nie możemy być sobą: trzeba udawać, że lepiej sobie radzimy, mniej cierpimy, więcej potrafimy. Że związek jest udany, choć nie jest. Że nic nas nie boli. To nie wynika ze złej woli – to wynik systemu, który rządzi się niepisaną zasadą: nie sprawiać kłopotu, nie przynosić wstydu, nie obciążać innych. W takim układzie ludzie szybko uczą się, że bezpieczniej jest milczeć, niż przyznać, że coś jest trudne – i tak właśnie rodzi się rodzinne udawanie. Druga rzecz to brak umiejętności wzajemnego wspierania się. W rodzinach, w których system jest zaburzony, zamiast wsparcia pojawiają się porównania, rywalizacja, zazdrość. Ludzie siadają razem do stołu i zaczyna się festiwal przechwałek: kto lepiej sobie radzi, komu lepiej wiedzie się w pracy, kto ma bardziej udane życie. To paradoks, bo wszyscy chcą bliskości, ale działają pod dyktando mechanizmów, które tę bliskość uniemożliwiają.
No więc nie mówię, że martwię się, bo dziecko jest zagrożone z fizyki, bo nie chcę słuchać ocen i nie chcę słyszeć, że sobie nie radzę, chciałabym usłyszeć: ,,pomożemy, jesteśmy z tobą”.
Przy takim stole nie ma na to przestrzeni, nie ma wsparcia, pojawia się pouczanie, moralizowanie, wiele przekroczeń, pytań typu: ,,Ile wydajesz, że ci nie wystarcza?”. Inni słyszą przy takim stole: ,,Kiedy się zdecydujecie na dziecko?”, ,,A ty masz już jakąś dziewczynę?”. Abstrahuję już od tematów politycznych, od tego, że wszyscy przy tym stole musimy myśleć bardzo podobnie, kierować sie tym samym systemem wartości.
Bo w naszej rodzinie ,,powinniśmy wszyscy być tacy sami”.
Tak, a kiedy myślimy inaczej, często to ukrywamy, żeby nie generować konfliktu. To jest zaprzeczenie tego, co sobie o rodzinie wyobrażamy. I dlatego bycie przy tym stole jest dla nas tak bardzo trudne i generuje tak dużo napięcia. Ale kiedy przygotowujemy się na święta, to oczywiście chcemy, żeby było inaczej. Nie znam ludzi, którzy nie marzą o tym, żeby się spotkać ze swoimi najbliższymi przy jednym stole i wspólnie świętować tę obecność.
Czego my dziś potrzebujemy od rodzin?
Przede wszystkim potrzebujemy nowej definicji rodziny: kto tak naprawdę jest moją rodziną? Czy to moi przyjaciele? Mój partner, moja partnerka? To, co czujemy wobec drugiego człowieka, staje się dziś punktem wyjścia do bycia rodziną. A nie powinności, które wynikają z ról, nie miejsce urodzenia, nie wspólne nazwisko. Wiodące zaczynają być relacje. I to jest bardzo pozytywna zmiana. Nasze pokolenie zadaje sobie coraz częściej pytanie o to, co my w rodzinie czujemy, co nam służy, co nam nie służy, kogo kochamy, a kogo nie lubimy. I w ogóle czym rodzina jest? Jakie potrzeby pozwala nam zaspokajać. I dajemy sobie prawo też do tego, żeby z niektórymi ludźmi z naszej rodziny nie utrzymywać relacji; zaczynamy potrzebować otaczać się ludźmi, przy których czujemy się dobrze.
Rodziny można nie kochać?
Tak, oczywiście, tylko przez lata o tym nie mówiliśmy, bo to się wiąże z ogromnym wstydem, przerwaniem tabu. ,,Czcij ojca swego i matkę swoją” było przecież nadrzędnym moralnym przykazem, papierkiem lakmusowym naszej moralności. To dlatego, że kiedyś początkiem nowej rodziny często nie była miłość i nie można było mówić o tym, że klejem podstawowym relacji społecznych były uczucia. Małżeństwa aranżowano, decydowały inne prawa. My dziś jesteśmy w innym świecie i zaczynamy zwracać uwagę na to, jak się czujemy. Źródłem naszego poczucia bezpieczeństwa jest już nie tylko nasza rodzina, tylko prawo, które nas otacza, nasza społeczność, przyjaciele. Myślę, że ogromne znaczenie w tym świecie ma ekonomiczna niezależność kobiet, która sprawia, że te role rodzinne na nowo zostają rozpisane. Kobiety stają się niezależne i mogą wybierać, w jakiej roli chcą funkcjonować. Stary porządek był porządkiem, w którym panowała większa przestrzeń na przemoc, na brak granic, na patriarchalny sposób patrzenia na rolę kobiet i mężczyzn.
Jakie mity budujemy wokół własnych rodzin?
Na przykład: ,,w naszej rodzinie nigdy nie było rozwodów”, ,,w naszej rodzinie ze wszystkim radzimy sobie sami”, ,,nie wynosimy problemów na zewnątrz”, ,,u nas są tylko silne kobiety”. To niepisane, niewidzialne umowy, które powtarzają się z pokolenia na pokolenie. Rolą kolejnych pokoleń jest nauczyć się rozróżniać, co buduje więź, a co ją niszczy – i przestać pielęgnować zasady, które oddalają nas od siebie i uniemożliwiają zdrowe, wspólne życie.
Rodzina ciągle jest dla nas jedną z największych wartości.
I dlatego chcemy by była dla nas dobra. W Stanach Zjednoczonych od ponad 80 lat prowadzi się jedno z najdłuższych badań nad ludzkim życiem. Przez osiem dekad obserwowano tysiące osób, śledząc ich wybory, zdrowie, relacje i jakość życia. I okazało się, że jest jedna zmienna, która w największym stopniu przewiduje, czy komuś będzie się żyło dobrze: głębokie, stabilne więzi z innymi ludźmi. To mogą być przyjaźnie, partnerskie relacje, ale dla większości z nas naturalnym pierwszym źródłem takich więzi jest właśnie rodzina. Dlatego tak bardzo próbujemy o nią dbać, nawet jeśli czasem robimy to w sposób nieporadny albo bolesny.
Czasem jest tak, że odtwarzamy wzorce rodzinne, których wcale nie chcemy nieść dalej.
Robimy to często nieświadomie, wnosimy ze sobą w nowe związki rozpisane przez naszą rodzinę role, reguły i zasady postępowania. Czasem bywa tak, że wnosimy rzeczy, które działały w naszych systemach rodzinnych, ale już niekoniecznie działają w tym, który w tej chwili tworzymy. I właśnie dlatego często kryzysy w związkach są pierwszym takim momentem, w którym ludzie w ogóle zaczynają się zastanawiać, jak funkcjonowała moja rodzina, jaka była rola mojej mamy, taty, jak oni postępowali ze złością w rodzinie. Czy była przestrzeń na mówienie o lęku, jak regulowali napięcie, kto podejmował decyzje w tej rodzinie, jak oni spędzali czas wolny. Wtedy dopiero zadajemy sobie takie pytania i kiedy odkryjemy odpowiedzi, możemy zobaczyć, z czym weszliśmy do związku, który tworzymy, i co my próbujemy tutaj odtworzyć. Przy bardzo sprzyjających wiatrach możemy nauczyć się nowych sposobów funkcjonowania. I dlatego właśnie rodziny patchworkowe wbrew pozorom mają często tę lekcję lepiej odrobioną niż rodziny tradycyjne.
Czemu?
Bo one już na wstępie mają kryzys, tam już na wstępie nic nie pasuje i dlatego od początku lepiej się przygotowują do wspólnego życia. Rozmawiają ze sobą, zastanawiają się, jak to będzie: jak będziemy traktowali dzieci, czy tak samo, czy inaczej, kto za które dziecko odpowiada, jak to wszystko połączyć, żeby nikt się nie poczuł odtrącony. Rodziny tradycyjne nie zadają sobie takich pytań, bo zakładają, że będą umiały to zrobić intuicyjnie. Bywa jednak, że nie potrafią.
I jak zaglądamy głębiej, okazuje się, że tworzą się tam różne sojusze, koalicje, układy.
Tak, ale trzeba to rozróżnić. Sojusze mają ochronić jakieś cele albo zbudować jakąś bliskość w relacji. Sojusz jest na rzecz czegoś, np. to sojusz między dziećmi, żeby chronić siebie przed rodzicami, jeden brat ukrywa, że drugi gra na tablecie pod kołdrą. Mają jeden front. Rodzice mają sojusz na rzecz wychowywania dzieci. Nawet jak ten tata powie coś jednak nie za mądrego, to mama nie podważa jego autorytetu, tylko próbuje go ochronić. Problem jest wtedy, kiedy mama chce mieć np. sojusz z młodszym dzieckiem, który pozwala jej jakoś wpływać na tatę. Tworzy się wtedy koalicja, a koalicje są przeciwko czemuś. Tu zaczyna się destrukcyjna gra. Nawiązujemy koalicję, żeby wygrać jakąś walkę. A przecież rodzina to nie jest pole bitwy. To powinno być pole współpracy.
Czy współpraca w rodzinie buduje odporność rodzinną? Czym jest w ogóle odporność rodzinna?
Odporność psychiczna to wszystko to, co pozwala nam radzić sobie z sytuacjami trudnymi. Ale mamy też coś takiego jak odporność systemową, pewne grupy są odporne dzięki temu, że są właśnie grupami. Rodzic choruje, łamie nogę, nie może iść do pracy i w tym momencie rodzina zawiązuje sojusz. OK, tata teraz nie ma pracy, mama nie ma pracy, musimy zmienić sposób zarządzania kasą, decydujemy, że w tym roku nie wyjeżdżamy na wakacje, nie kupujemy zabawek, do czasu, kiedy tata lub mama tę pracę odzyska. Czyli rodzina ma zdolność do tego, żeby wspólnie poradzić sobie z problemami. Częścią właśnie takiej odporności rodzinnej jest też to, że okresowo wchodzimy w różne role, czyli na przykład mama jest w połogu, urodziła malutkie dziecko, więc na jakiś czas starsze dziecko zajmuje się trochę młodszym. I nie ma w tym nic złego. Jeżeli to jest okresowe, czyli proszę moje starsze dziecko, żeby przez następne trzy dni robiło dla młodszego brata śniadanie do szkoły, to jest rodzaj radzenia sobie z sytuacją. Złe jest wtedy, kiedy jednak stanie się normą, wtedy mamy negatywną parentyfikację.
Jak wyjść z rodzinnych ról, w których nie chcemy już tkwić?
Powiedziałabym, że najłatwiej będzie, kiedy mamy po drugiej stronie osobę, która ma ochotę na to samo. Role są trochę jak buty. My w nich sobie chodzimy, dopóki niosą nas przez świat. Jeżeli zaczynają uwierać, zaczyna nam być w nich niewygodnie, to moment na zmianę. I pary, które nie potrafią pertraktować na temat tej zmiany, idą dalej. Czyli np. dotychczas koncentrowaliśmy się na rozwoju kariery zawodowej męża, ale teraz to ja chcę trochę się porozwijać, więc potrzebuję przegadać rozkład ról, mówię mu: ,,Chciałabym, żebyś to ty odprowadzał dzieci do szkoły, robił im kanapki, bo ja teraz chcę się bardziej skupić na sobie”. Związki, które potrafią się dogadać, nie boją się łamania konwenansów. Bo czym są konwenanse? Są tymi sztywnymi, rozpisanymi rolami, co jest powinnością mężczyzny, co kobiety, co jest wstydem, co nie jest, co to znaczy być dobrą matką, dobrym ojcem.
O wyjściu z tych ról jest też twoja nowa książka ,,To samo, ale inaczej”, o tym, jak opowiadać o sobie na nowo, w inny sposób.
Kiedy doświadczamy zmiany w rodzinie, potrzebujemy nowej narracji. Zmieniają się wtedy zadania w życiu rodzinnym i my zmieniamy się jako ludzie.
Na przykład?
W pewnym momencie mówimy: ,,Właśnie wymyśliłam, że chcę zmienić pracę” albo: ,,Chcę pójść na zajęcia tanga”. Kiedy zmieniamy opowieść o sobie, zmieniamy to, jak na siebie patrzymy. Zmienia się wtedy nasza tożsamość i często potrzebujemy ludzi, którzy powiedzą: ,,OK, nie jesteś już tą dziewczyną, którą poznałam 15 lat temu, jesteś już inną osobą, ale przyjmuję te zmiany”. Dobrze byłoby, gdyby rodzina elastycznie przyjmowała zmiany jej członków, nie tylko dzieci, ale też dorosłych. Gdyby także nasi rodzice popatrzyli na nas i powiedzieli: ,,Nie jesteś już małą córeczką, jesteś dorosłą kobietą, o innych rzeczach marzysz, innymi wartościami się kierujesz, a ja jestem ciebie ciekawa”. Wyjście z ról rodzinnych pozwala na odkrywanie nowych narracji na swój temat. Czasem zachęcam rodziny do pracy przy jednym stole. Mówię: zadajcie sobie na nowo pytania tak, jakbyście się przy tym stole dopiero poznali. Kim jesteś w tym roku? Co cię interesuje, o czym w tej chwili marzysz, co jest dla ciebie najważniejsze? Tak możemy o sobie na nowo opowiedzieć i to prawdopodobnie będzie też sprzyjało okazywaniu uczuć. Bliscy, którzy chcą nas zobaczyć i dają nam prawo do nowej narracji, czyli prawo do tego, żeby się zmieniać, to ludzie, przy których czujemy, że możemy być sobą. Przed rodzinami, w których są sztywne reguły, trudno się otworzyć. Opowiem taki przerysowany obrazek: przyjeżdżamy na święta do naszej rodziny z jakiejś Amazonii, do której uciekliśmy, żeby doświadczyć przebudzenia duchowego, siadamy przy stole, zaczynamy mówić, co nam się przytrafiło i co teraz myślimy o świecie, a oni pukają się w czoło, że nam odbiło. A często jest tak, że rodzina kompletnie nie pozwala nam na nowe opowieści, brat czy siostra mówią na przykład: ,,No jasne, teraz mówisz, że ci się życie odmieniło, ale my dobrze wiemy, jak to się kończy”. Nie ma wtedy przestrzeni, żeby szczerze opowiedzieć o sobie, a bliskość staje się raniąca.
Czyli najlepiej otworzyć się na opowieść, żeby przy stole rodzinnym spędzić ten czas autentycznie.
Za każdym razem, kiedy siadamy z bliskimi, których dawno nie widzieliśmy, dobrze by było, żebyśmy siadali z otwartą głową i chęcią poznania, kim oni się stali, dzięki doświadczeniom, które w tym roku przeszli. Bo my jesteśmy jednak co chwilę trochę nowymi ludźmi. Zmieniamy się, rozwijamy, dojrzewamy i ciekawość drugiego jest ogromnie ważną częścią miłości i bliskości. To od nas zależy też, ile tej bliskości otrzymamy i ile damy z siebie.
Joanna Flis – psycholożka, psychoterapeutka, autorka takich książek jak ,,Po dorosłemu” (wyd. Agora), ,,Co ze mną nie tak?” (wyd. Znak), ,,Gry rodzinne” (wyd. Znak) i ,,To samo, ale inaczej. Opowiedz siebie na nowo” (wyd. Agora).
***
Jak się pięknie różnić?
Wierzą w co innego niż my, mają inne poglądy polityczne, hołdują innym wartościom. Jak mimo to mieć dobrą relację z dorosłymi dziećmi, podpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. Rozmawia Alina Gutek. Zwierciadło, wrzesień 2026.

Dorosłe dzieci robią często światopoglądową woltę. Rodzice są tym rozczarowani, mówią: ,,Żle ich wychowaliśmy”. A warto spojrzeć na to inaczej: może właśnie wcale nie źle ich wychowali, tylko całkiem dobrze, skoro dzieci mają odwagę myśleć po swojemu?
Zdecydowanie tak. To, że dorosłe dzieci włączają krytyczne myślenie o przekonaniach i życiu rodziców, może świadczyć dobrze nie tylko o nich, ale także o ich rodzicach. Widocznie ci ostatni nie stłamsili swoich dzieci aż tak bardzo, by pozbawić zdolności do samodzielnego myślenia. Zważmy, że młode pokolenie jest lepiej poinformowane, mniej dogmatyczne, a także żywo współuczestniczy w tworzeniu kulturowych preferencji środowiska rówieśniczego. Bo jeśli młodzi odrzucają na przykład wiarę przodków i odchodzą od Kościoła, to przecież nie robią tego bez powodu czy na złość rodzicom. Kościół dzisiaj nie jest dla nich ani sexy, ani trendy. Dużo czytają na ten temat w internecie, wymieniają się informacjami i łatwo dostrzegają zasmucającą hipokryzję wielu przedstawicieli tej instytucji.
A może trzeba zastanowić się, czy nasze dzieci nie odeszły od wiary, bo byliśmy opresyjni w egzekwowaniu praktykowania?
Tak też może być. A to znaczy, że prawdopodobnie byliśmy wobec Kościoła dogmatycznie bezkrytyczni. Z takimi rodzicami młodzi boją się dyskutować. Bo oni nie potrafią uznać zasadności pytań, krytyki i światopoglądowych wątpliwości. W zamian przy każdej okazji walą w dzieci z grubej rury: bluźnisz, grzeszysz, będziesz się smażył w piekle.
Jak rodzice powinni rozmawiać z dorosłymi dziećmi, które zaczynają głosić i wyznawać inne wratości niż te, w jakich były wychowywane? Unikać tych tematów? Tylko czy unikanie to dobry pomysł?
Jeśli mówimy o dorosłych dzieciach, to lepiej się w to nie wtrącać. Światopogląd jest bowiem sprawą bardzo osobistą i delikatną. Można najwyżej delikatnie zapytać: ,,Dlaczego?”. Dorosłe lub dorastające dziecko ma prawo wybrać własny światopogląd. Jak mówiliśmy już wielokrotnie, dziecko po 16. roku życia jest już strzałą wystrzeloną z rodzicielskiego łuku, więc wszelkie nasze przemocowe naciski na zmianę światopoglądu czy systemu wartości dziecka będą spóźnione i przeciwskuteczne. Młodzi często mają na to prostą i gniewną odpowiedź: ,,Popatrzcie na siebie! Jak praktykujecie swoją wiarę? Czy jesteście bardziej szczęśliwi z tego powodu albo przynajmniej mniej nieszczęśliwi?”. To bardzo ważne pytania ze strony młodych. Oznaczają, że z ich punktu widzenia nie stanowimy dla nich dobrego wzorca ludzi wiary, że grzeszymy pustosłowiem, hipokryzją i arogancją. Jednak jako rodzice na ogół nie podejmujemy w rozmowch z dziećmi tych trudnych tematów. Widocznie niewiele mamy na swoją obronę.
Ale rodzice często żarliwie wierzą, praktykują, więc cierpią, gdy dorosłe dzieci odchodzą od wiary i tak też wychowują swoje dzieci, a ich wnuki. Chcą o tym rozmawiać.
Moim zdaniem częściej naciskają, domagają się, wymuszają. To nie ma nic wspólnego z rozmową. Rozmowa o charakterze dyskusji czy debaty polega przede wszystkim na tym, że chcemy wysłuchać i zrozumieć naszego rozmówcę. Że traktujemy jego poglądy i wybory z szacunkiem. Zakładamy przy tym, że sami możemy się mylić i że nasze stanowisko, a także ocena stanowiska z drugiej strony są z zasady subiektywne – szczególnie na temat wiary i światopoglądu. Więc stanowczo trzeba zrezygnować z postawy wiedzącego lepiej, pouczającego nauczyciela, pamiętając, że nikt nie może być prorokiem we własnym domu i że rozmowa jest możliwa wtedy, gdy obie strony się na to decydują. W przeciwnym razie zamienia się w pouczanie lub nawet w przesłuchanie. Problem w tym, że my, rodzice, i w ogóle my, dorośli, niezmiernie rzadko potrafimy tak rozmawiać. nasze rozmowy i dyskusje to najczęściej bezproduktywne, raniące kłótnie, w których chodzi o to, aby rozjechać i upokorzyć przeciwnika. Te pseudorozmowy są, niestety, poszukiwane, prowokowane i promowane przez niemal wszystkie media, stając się przez to wszechobecnym negatywnym wzorcem. Trudno się więc dziwić, że przestaliśmy zarówno w domach, jak i na publicznych forach, prawdziwie rozmawiać o najważniejszych sprawach. Szczególnie dzieci w obawie przed hejtem i wyśmiewaniem boją się mówić o swoich wątpliwościach i dylematach, o tym, co czują, co myślą, czego naprawdę potrzebują. Trudno więc oczekiwać, że będą to inicjować. W tej sytuacji rodzice mogą jedynie delikatnie, bez presji wyrazić chęć i gotowość do takiej rozmowy. Jeśli jednak mimo niechęci dzieci rodzice będą do tego wracać i naciskać, to jedynym rezultatem będzie usztywnianie i uskrajnianie pozycji dziecka lub jego całkowite zamknięcie i wycofanie.
Wydaje mi się, że całkowite unikanie tych tematów nie jest zdrowe. Bo przecież różnice światopoglądowe mogą nas czegoś nawzajem uczyć. Może kluczem do rozmowy na temat różnic są pytania zadawane właśnie z ciekawością?
Zgoda. Jeśli rodzicielskie pytania zadawane są z ciekawością, życzliwością i otwartością, to rozmowa oczywiście jest możliwa. Ale przypuszczam, że to się rzadko zdarza, bo rodzice na ogół są przekonani, że to oni mają rację i że dzieci powinny bezkrytycznie przyjąć ich poglądy. Na szczęście nasze dzieci potrafią patrzeć na rodziców krytycznie, dostrzegać naszą niekonsekwencję, hipokryzję, zakłamanie. Z czasem stajemy się więc dla nich niewiarygodnymi orędownikami wiary. To wprawdzie bywa bardzo przykre i bolesne dla rodziców, ale mimo to warto głęboko docenić to zjawisko. Bo właśnie dzięki buntowi dzieci i młodych nie zanika mechanizm zmiany społecznej i światopoglądowej w megaskali. A to daje nadzieję, że nasze dzieci i wnuki kiedyś naprawią ten świat, a także odkryją nową i własną duchowość.
Czyli nie namawiać, nie przekonywać, nie wywierać presji, tylko słuchać. To jednak trudne, bo dla rodziców to, co mówią dorosłe dzieci, to ,,herezje”. Są często rozdarci – chcą mieć z nimi relację, ale nie mogą znieść różnic światopoglądowych. To dotyczy także polityki. Jak rozmawiać o polityce, jeśli jesteśmy po drugiej stronie barykady?
W wielu rodzinach programowo się na ten temat nie rozmawia. I to wcale nie jest pozbawione sensu. Bo każdy ma prawo głosować na kogo chce, nie musimy się z tego ani zwierzać, ani tłumaczyć. Jeśli rozmowy na ten temat zawsze kończą się awanturą, to lepiej ich nie zaczynać. Winę za to ponoszą osoby publiczne i politycy, którzy nie potrafią rozmawiać ze sobą, nie słuchają siebie nawzajem, nie szukają kompromisów ani też nie inspirują się stanowiskiem opozycji. Politycy uznali, że muszą sprawiać wrażenie zagorzałych fanatyków liderów swojej partii i ich poglądów, bo to im zapewni sukces w wyborach. Ta niefortunna i w gruncie rzeczy niemądra postawa przenosi się, niestety, na dyskusje polityczne w rodzinach. W Polsce i na świecie nie ma dyskursu między rządzącymi a opozycją, przegranymi i wygranymi. Jest wzajemna nienawiść, pogarda i niechęć, co prowadzi do groźnej dla pokoju społecznego światopoglądowej polaryzacji.
Jeśli nie potrafimy rozmawiać na poziomie rodziny, którą łączą więzy krwi, to co dopiero mówić o politykach.
Ale my się tego uczymy właśnie od polityków! W tak zwanych – pożal się Boże – debatach politycznych politycy wręcz zieją nienawiścią i plują na siebie nawzajem. A ponieważ prowadzący programy polityczne są tym zachwyceni, bo rośnie klikalność i ogladalność, to ludzie uważają, że na tym polega dyskusja polityczna i światopoglądowa. Kogo wtedy wybieramy? Wygadanego pseudowojownika, który celnie i chętnie obraża przeciwników. Trudno się więc dziwić, że podobne pseudorozmowy odbywają się w rodzinach, a także w szkołach i w mediach społecznościowych. W tej sprawie powiedzenie, że ryba psuje się od głowy, okazuje się bardzo trafne. Dlatego trzeba zacząć od nauki debatowania i dyskutowania już na poziomie wyższych klas szkoły podstawowej. Wspaniałą lekcją jest uczestniczenie w tak zwanych debatach oksfordzkich, które polegają na tym, że przyjmujemy stanowisko drugiej strony i w dobrej wierze robimy wszystko, żeby je obronić. Warto z reguł takiej debaty skorzystać także w dyskusjach światopoglądowych. W takiej rozmowie zamieniamy się rolami i prowadzimy debatę w taki sposób, że dziecko broni katolicyzmu, a rodzic broni ateizmu. Trzeba się do tego dobrze przygotować, ale warto. Bo to wspaniałe ćwiczenie, które pozwala zobaczyć, że po obu stronach jest wiele słusznych rozwiązań, ważnej wrażliwości, którą można uwzględnić i zasymilować.
Często w wygłaszanych przez jedną i drugą stronę polemikach światopoglądowych pada zdanie: ,,Nie mogę tego słuchać”. A bez słuchania ani rusz.
To prawda. Podstawową kompetencją w relacjach międzyludzkich jest umiejętność słuchania ze zrozumieniem, szacunkiem i nieprzerywaniem mówiącemu. Ale dyscyplina sprawiedliwego podziału czasu wypowiedzi jest tutaj bardzo ważna. Tymczasem patrząc na awantury polityków i innych dogmatyków w mediach, uczymy się czegoś kompletnie innego – że rozmowa polega na tym, że ludzie się nie słuchają, nie odnoszą się do argumentów partnera w rozmowie, przerywają sobie co chwila, mówią swoje, nie zważając na nic, czasami jednocześnie, próbując siebie nawzajem zagłuszać.
Nie umiemy słuchać, ale też do siebie nawzajem mówić. Padają wyzwiska, inwektywy.
Tak zwane argumenty ad personam, czyli w istocie obrażanie ludzi na zasadzie ,,nie masz racji, bo jesteś brzydki, obcy, niewykształcony, młody, stary” itp., są niemądre i niedopuszczalne, świadczą o tym, że obrażający nie ma rzeczowych argumentów i jest bezradny. Nie zapominajmy, że jesteśmy z zasady subietktywni. Używajmy więc często w naszej narracji zwrotów takich jak: ,,moim zdaniem”, ,,według mnie”, ,,sądzę, że”, itp. Pamiętajmy też o tym, że dyskutujemy z poglądami, a nie z osobą. Poglądy nie są osobą, która je kiedyś nabyła i teraz w nie wierzy. Nasze poglądy na świat i na życie w miarę nabywania przez nas różnorakich doświadczeń z czasem się zmieniają. Możemy też sami je zmieniać, wystawiając je na próby poprzez konfrontowanie ich z poglądami innych ludzi w uczciwych dyskusjach i debatach. Tak więc jako rodzice powinniśmy brać pod uwagę niemożliwą z pozoru możliwość zmiany naszych poglądów pod wpływem argumentacji naszych zbuntowanych dzieci. Pamiętajmy też, że poglądów innych ludzi nie sposób zmienić szantażem ani przemocą. Szantaż i przemoc tylko je usztywnią i zradykalizują.
A jeżeli w dyskusji rodzice czy dzieci mówią nieprawdę, przytaczają fake newsy? Reagować?
Oczywiście, że tak. Ale koniecznie powstrzymywać się od dewaluowania i obrażania rozmówcy. Aby zdemaskować jakąś manipulację czy nieprawdę, trzeba mieć mocne dowody i argumenty. Bo największym zagrożeniem dla twórczych debat i dyskusji zarówno światopoglądowych, jak i naukowych jest dogmatyzm, inaczej zwany ,,ślepą wiarą”. Wtedy po prostu wierzymy w coś, czego ani nie rozumiemy, ani nie doświadczyliśmy. Wierzymy tylko dlatego, że pochodzi ze źródła, któremu z jakichś powodów bezgranicznie ufamy. Wtedy jedynym sposobem na zmianę takiego dogmatycznego poglądu jest podważenie rzetelności źródła – co jednak jest zadaniem delikatnym, trudnym, wymagającym świetnego merytorycznego przygotowania i czasu. Bo jak to zgrabnie ujął Mark Twain ,,ludzi jest bardzo łatwo oszukać, lecz bardzo trudno jest ich przekonać, że zostali oszukani”. Co więcej, ci najbardziej oszukani, chętnie stają się zagorzałymi propagatorami nieprawdy. Wiedzą o tym dobrze szczególnie psychoterapeuci. W każdym razie jeśli w dyskusji spotka się dwoje dogmatyków, to nie będzie żadnej konstruktywnej rozmowy. W najlepszym razie jedynie żałosna kłótnia zwana osądzaniem od czci i wiary. To w kontekście prowadzenia dyskusji światopoglądowych z dziećmi stawia nas, rodziców, przed arcytrudnym zadaniem, jakim jest zdiagnozowanie siebie co do stopnia dogmatyczności naszych poglądów.
Rodzice głęboko wierzący po prostu przekazują swoim dzieciom to, co przekazali im rodzice.
Jeśli jest to bezduszny, rodzinny rytuał, a jedynym argumentem za przyjęciem naszej wiary przez dziecko jest to, że dziadowie i pradziadowie tak wierzyli – to dla współczesnych dzieci dużo za mało. Bo jest to propozycja wiary w imię konformizmu, w imię dostosowania się do najbliższego otoczenia, a nie w imię odnalezienia swojej prawdziwej tożsamości poprzez relację z tym, co nazywane jest Bogiem. Lepiej wtedy pozwolić dzieciom szukać dalej na własną rękę.
Czy zdrowa rodzina polega na tym, żeby wyznawać podobne wartości i poglądy, czy mieć relację pomimo różnic?
Oczywiście, że to drugie. Budujemy więc w rodzinach relacje oparte na szacunku dla różnorodności światopoglądów, płci, wyglądu, koloru skóry, talentów, ograniczeń i życiowych wyborów. W dzisiejszym coraz bardziej zróżnicowanym i podzielonym świecie jest to warunek konieczny do przetrwania instytucji rodziny jako takiej. W przeciwnym razie bowiem coraz więcej młodych będzie uciekać ze swoich pierwotnych, opresyjnych rodzin i z niechęcią myśleć o zakładaniu własnych. Przypuszczam, że jest to istotny czynnik wpływający na coraz częstsze decydowanie się młodych na życie bez rodziny. Więc nie tylko dla dobra własnej rodziny, ale dla dobra całej ludzkiej społeczności szanujmy różnorodność. Bo to przede wszystkim w rodzinach kształtują się postawy i przekonania przyszłych obywateli świata, którzy będą w stanie różnorodność cenić i korzystać z obfitości, którą ze sobą przynosi. To przecież prosta analogia do oczywistych zalet różnorodności w przyrodzie. Niestety w obecnych czasach troska o różnorodność i jej docenianie wydają się zanikać nie tylko w rodzinach i w ochronie przyrody, lecz także w życiu społeczno-politycznym w skali świata, na co wskazują budzące się na nowo demony totalitaryzmu, szowinizmu i rasizmu.
Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca Instytutu Psychoimmunologii (ipsi.pl) oraz portalu PositiveLife (positivelife.pl).
***
Szczęście można wypracować
To stan w dużej mierze subiektywny, który wiąże się z naszą postawą wobec życia. Żeby być szczęśliwymi, potrzebujemy przekierowywać uwagę na to, na co mamy wpływ. Sami decydujemy, jak chcemy daną sytuację zobaczyć. Z dr Dorotą Jasielską, psycholożką i psychoterapeutką, rozmawia Patrycja Pustkowiak. Wysokie Obcasy, grudzień 2025

Da się stworzyć uniwersalną receptę na szczęście?
– Gdyby tak było, ktoś by już to zrobił i zbił na tym fortunę. Tymczasem to złożona sprawa i w dużej mierze indywidualna. Jednak wielu próbowało się do definicji szczęścia przybliżyć.
I co ustalili?
– Kluczowe koncepcje związane ze szczęściem wywodzą się z tradycji filozoficznej antyku i dzielą na dwa nurty: hedonistyczny i eudajmonistyczny. Według hedonistycznego szczęście to gromadzenie dobrych, zmysłowych doświadczeń, dogadzanie sobie. Teraz, w sezonie jesienno-zimowym, to może oznaczać coś, co Duńczycy określają mianem Hygge – kocyk, ciepłą herbatę, świeczki, miłą muzykę, ale też delektowanie się posiłkami, wyjście do kina, masaż. W hedonistycznym rozumieniu szczęścia efekty mamy od razu. Kiedy idziemy do restauracji w dobrym towarzystwie i jemy coś pysznego, ta przyjemność od razu oddziałuje na nasz nastrój. Ale tkwi tu pewna pułapka.
Jaka?
– Do przyjemności szybko się przyzwyczajamy. Pierwsza kolacja w tygodniu jest wspaniała, ale już każda kolejna będzie cieszyć trochę mniej. Hedonistyczne uciechy dają szybki efekt, ale gdybyśmy tylko na tym budowali szczęście, to musielibyśmy ciągle szukać nowych podniet. Dlatego przedstawiciele nurtu eudajmonistycznego, wśród których byli Epikur i Arystoteles, uznali, że same radości zmysłowe nie wystarczą do odczuwania szczęścia. Potrzebujemy też tych duchowych. A XX-wieczny ojciec psychologii pozytywnej, Martin Seligman, postawił przed nami być może jeszcze większe wyzwanie.
To znaczy?
– Jego koncepcja szczęścia obejmuje pełen pakiet elementów składających się na nasz dobrostan. To czerpanie radości z życia, czyli po prostu odczuwanie pozytywnych emocji, zaangażowanie w istotne dla nas działanie, jakość relacji z ważnymi dla nas ludźmi, poczucie sensu, czyli realizowanie wyższych wartości, wreszcie dążenie do osiągnięć. Seligman uważa, że aby odczuwać prawdziwą satysfakcję, człowiek potrzebuje spełnienia we wszystkich tych dziedzinach.
Koszmar. Rozwijanie szczęścia w takim pełnym pakiecie wydaje się ogromnym wysiłkiem. To niemal syzyfowe prace.
– Niekoniecznie. Eudajmonistyczny sposób rozumienia szczęścia, w który wpisuje się teoria Seligmana, opiera się na rozwijaniu w sobie czegoś dobrego. To subiektywne podejście – każdy sam określa, czym jest dla niego wartościowe życie, zakładając, że droga do szczęścia może obejmować pewien dyskomfort. Maratończyk poddaje swoje ciało morderczemu wysiłkowi, by ostatecznie przeżyć chwilę triumfu na mecie, podobnie pisarz czy naukowiec, który ponosi liczne wyrzeczenia w imię stworzenia swojego dzieła. Patrząc na nich z boku, można by uznać, że to dalekie od przyjemnego życia, ale dla nich to właśnie taka droga do celu będzie źródłem spełnienia i satysfakcji.
A jeśli nie jestem sportowcem ani artystką, nie mam takich talentów, chcę za to mieszkać w większym mieszkaniu, to gdy mi się uda, nie będę szczęśliwa?
– Przez pewien czas na pewno tak, ale tu też tkwi pułapka. Do poprawy sytuacji życiowej i nowo nabytych dóbr szybko się przyzwyczajamy i zmienia się nam punkt odniesienia. Jeśli ktoś mieszka w kawalerce i marzy o dużym mieszkaniu, to tuż po przeprowadzce będzie szczęśliwy – im większa zmiana, tym trwalsze efekty. Jednak z każdą zmianą na lepsze rosną aspiracje i zaczyna się analizowanie: a może dom pod miastem? Z perspektywy ewolucyjnej takie nienasycenie – tak zwana hedonistyczna adaptacja – jest dla nas korzystne, bo stanowi napęd do zmiany. Nie zostaliśmy w erze kamienia łupanego, bo pragnęliśmy nowości. Ale jest też druga strona medalu: trudno się cieszyć tym, co mamy, bo ciągle chcemy więcej.
Jednak zawsze drażniło mnie powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Musiał stworzyć je ktoś, kto nigdy nie borykał się z kłopotami finansowymi.
– Jeśli ciągle brakuje nam pieniędzy, to zastrzyk gotówki poprawi nasz dobrostan. Ale generalnie polskie badania Dominiki Maison pokazały, że w większym stopniu nasze aspiracje, a nie realne zarobki, wiążą się z poczuciem szczęścia. Oznacza to, że ważniejsze jest poczucie zadowolenia z tego, ile zarabiamy, niż to, ile naprawdę zarabiamy. Możemy zarabiać bardzo dobrze, ale ciągle czuć się niezadowolonymi, bo widzimy, że inni zarabiają jeszcze więcej, i to wyznacza horyzont naszych dążeń. Czasem, by im dorównać i także odbywać zagraniczne podróże, jeść w drogich restauracjach, kupować markowe gadżety, zadłużamy się, a więc popadamy w stres. A możemy też mieć zarobki na średnim poziomie, ale nie chcieć wcale więcej i oszczędzać, a w efekcie być szczęśliwszymi niż ci o dużo wyższych od nas zarobkach. Inny faktor wiąże się jednak z poczuciem szczęścia nierozerwalnie i odnosi się do nas wszystkich.
Niech zgadnę: dobre relacje z innymi.
– Tak! Osoby szczęśliwe zawsze deklarują, że mają przyjaciół. Niekoniecznie wielu, bo ważna jest jakość relacji, a nie ich liczba. Sama świadomość bycia kochanym, lubianym, zwiększa satysfakcję z życia. Dzięki bliskim łatwiej nam pokonywać życiowe trudności, uzyskać wsparcie, uchronić się przed samotnością, a więc i depresją. No i możemy z nimi dzielić pozytywne emocje.
Jednak kiedy tymi bliskimi są dzieci, sprawa się, o dziwo, komplikuje. Niektóre badania pokazują, że posiadanie dzieci zmniejsza poziom szczęścia.
– Rzeczywiście, ale tu znów musimy podkreślić czyjąś indywidualną perspektywę. Badania potwierdziły coś, o czym wiedzą wszyscy rodzice – posiadanie dzieci w wieku przedszkolnym i nastoletnim wiąże się z dużą ilością stresów. Nic dziwnego, że na poziomie hedonistycznym tracimy. Jednak jeśli poddać ocenie coś więcej niż stan emocjonalny, to bycie rodzicem może być źródłem satysfakcji i spełnienia oraz odgrywać ważną rolę w budowaniu sensu życia. W badaniach prowadzonych w ramach Diagnozy Społecznej Polacy przez lata niezmiennie wskazywali dzieci jako główne źródło ich zadowolenia.
Bez poczucia sensu życia chyba rzeczywiście trudno o szczęście. Ale pytanie o nie bywa tym najtrudniejszym. Nie każdy potrafi sprecyzować, co nim jest.
– Może trzeba wtedy zapytać siebie o to, co wprowadza mnie w radość, daje poczucie spełnienia, satysfakcji? Ta świadomość to warunek do bycia szczęśliwym. I to wcale nie wiąże się z ciągłym przeżywaniem tego stanu. Już mówiłyśmy o wyrzeczeniach, jakie ponoszą artyści czy sportowcy, mimo to pozostając szczęśliwymi. Posiadanie celów życiowych to motor rozwoju jednostki. Dzięki temu, że je posiadamy, mamy motywację i energię do działania. Realizowanie ich buduje poczucie skuteczności i podnosi samoocenę. W badaniach okazało się, że im więcej celów miały osoby badane, tym wyższe były ich wskaźniki szczęścia.
Ale cele mogą być przecież źródłem frustracji, jeśli bardzo czegoś chcemy, a przez lata nie możemy tego osiągnąć.
– Prawdziwą sztuką jest bowiem stawiać sobie cele realistyczne, konkretne, ale i elastyczne, zakładające jakąś możliwość modyfikacji. Ważne, aby nie dotyczyły tylko poprawy uwarunkowań życiowych, ale wiązały się też z wprowadzeniem nowej jakości do swojego życia, czyli czegoś, co będzie dla nas źródłem radości. A inną sprawą jest nadzieja. Szczęście może się przejawiać także w orientacji na przyszłość. Amerykański psycholog Charles Richard Snyder udowadnia, że ci, którzy mają wysoki poziom nadziei, to chociaż przeżywają wiele komplikacji, traktują je jako przeszkody do przezwyciężenia. Potrafią adaptować się do wyzwań i walczyć z przeciwnościami losu.
Ale czy za to nie odpowiadają w dużej mierze określone cechy charakteru? Zaraz dojdziemy do pesymistycznej konkluzji, że szczęśliwym trzeba się urodzić.
– Co więcej, jest ona po części prawdziwa. Mamy pewne predyspozycje genetyczne do szczęścia, całkiem zresztą spore. Na podstawie badań przyjmuje się, że około 50 proc. poczucia szczęścia to geny. To dużo, ale możemy ten potencjał zarówno wykorzystać, jak i zatracić. Dobra wiadomość jest taka, że sami też poprzez naszą własną aktywność możemy wpłynąć na poczucie szczęścia.
Jak?
– Zgodnie z kołowym modelem szczęścia Sonji Lyubomirsky i jej współpracowników przyjmuje się, że choć, jak powiedziałam, w 50 proc. szczęście zależy od genów, to w 10 proc. od okoliczności życiowych, a w 40 proc. od intencjonalnej pracy nad szczęściem. Oznacza ona podejmowanie świadomych działań ku temu, by zwiększyć zakres odczuwanego szczęścia w stosunku do tego, co otrzymaliśmy w genach.
Jak to zrobić?
– Stosując techniki, które służą wzmocnieniu psychicznemu. Dobrze działa wyrażanie wdzięczności, prowadzenie dziennika sukcesów, akty życzliwości w stosunku do innych. Korzystny jest sport, bo dodaje energii i wyrabia silną wolę, oraz medytacja, bo ułatwia skupienie uwagi, zwiększa odporność na stres. Dla wielu osób korzyści przynosi świadome i uważne czerpanie radości z życia – znajdowanie czasu na to, co nas autentycznie cieszy, nawet jeśli są to małe rzeczy. Tych technik budowania szczęścia jest całkiem sporo, a oczywiście mówię tylko o tych popartych badaniami naukowymi.
Drobne, codzienne chwile radości ważą więcej niż wielkie przełomy?
– Z tych pierwszych składa się nasze życie. Wielkie sukcesy, punkty zwrotne przydarzają się raz na jakiś czas. Wyniki badań pokazują, że nawet niewielka radość, choćby wynikająca ze zjedzenia dobrej rzeczy czy obejrzenia wciągającego filmu, powoduje, że ludzie są bardziej kreatywni i deklarują większe zadowolenie z życia. To się wiąże pewnie z również potwierdzonym naukowo faktem, że nasz aktualny nastrój w znaczącym stopniu modyfikuje nasze sądy o rzeczywistości. Kiedy mamy dobry, świat wydaje się nam bardziej przychylny, więc chętniej podejmujemy nowe wyzwania, uczymy się, nawiązujemy kontakty.
A co z upływem czasu? Sprzyja szczęściu czy wręcz przeciwnie?
– Mając dwadzieścia lat, możemy mieć inną koncepcję szczęścia niż wtedy, gdy mamy czterdzieści. Różne doświadczenia życiowe sprawiają, że pewne rzeczy ulegają przewartościowaniu. Jeden sposób na budowanie szczęścia nie jest nam dany na całe życie. Na każdym jego etapie pojawiają się możliwości przeżywania radości, a starzenie się pod względem poziomu szczęścia niesie wiele korzyści.
To świetna wiadomość. Jakich?
– Mamy więcej osiągnięć, a więc i powodów do satysfakcji z życia. Łatwiej nam spojrzeć na różne trudne sytuacje z dystansem, który zyskujemy dzięki doświadczeniom życiowym. Poza tym spada intensywność emocji. Mniej przeżywamy, więc nie doświadczamy tak silnie tych negatywnych.
Tych pozytywnych przecież też.
– Tak, ale negatywne bardziej oddziałują na mózg. Kiedy spada ich siła, to subiektywnie odczuwamy to jako poprawę naszego dobrostanu. Amerykańska badaczka Barbara Fredrickson na podstawie przeprowadzonych przez siebie badań przekonuje, że do korzystnego bilansu uczuć potrzebujemy trzech pozytywnych emocji przypadających na jedną negatywną. Chodzi o to, że silniej doświadczamy tych negatywnych. Jeden głos krytyki przyćmi kilka komplementów, nie na odwrót.
Wydaje się, że pod tym względem jesteśmy wobec szczęścia dość bezsilni, bo przecież nie możemy zaplanować wszystkiego tak, by szło po naszej myśli.
– Ale możemy pracować nad tym, jak to postrzegamy. Fredrickson przekonuje, że człowiek w dużej mierze może decydować o tym, co czuje, bo tę samą sytuację można zobaczyć w różnych barwach. To jest kluczowe: żeby być szczęśliwymi, potrzebujemy przekierowywać uwagę na to, na co mamy wpływ. Myśląc o przeszłości, skupiać się w większym stopniu na jej pozytywnych aspektach niż niepowodzeniach, w teraźniejszości wybierać zadania angażujące i sprawiające nam przyjemność, a w przyszłość zaglądać z nadzieją, czyniąc konkretne plany działania uwzględniające to, co dla nas ważne. Jeśli mniej czasu będziemy poświęcać na rozpamiętywanie niepowodzeń i zamartwianie się, spróbujemy skoncentrować się na dobrych stronach rzeczywistości, poradzimy sobie z negatywnymi, choćby za pomocą poczucia humoru, to nasz bilans afektywny wyjdzie na plus. Wracamy tu do tego, że szczęście jest w dużej mierze subiektywne i wiąże się z naszą postawą wobec życia. Szczęśliwszy może być ten, kto pozornie ma mniej powodów do zadowolenia ze swojego życia niż ten, kto ma pasmo sukcesów i zaznaje dobrodziejstw.
Zatem ćwiczmy szczęście.
– Tak, warto zdobyć się na wysiłek. To tak jak z treningiem na siłowni. Jednorazowy trening nie zbuduje sylwetki ani kondycji. Ale z czasem regularne ćwiczenia się nam przysłużą i wejdą w nawyk, a kondycja fizyczna się poprawi. Ze stanem emocjonalnym i duchowym jest podobnie.
Dorota Jasielska – doktor nauk społecznych w dziedzinie psychologii, psychoterapeutka integracyjna oraz trenerka w zakresie umiejętności interpersonalnych, budowania dobrostanu oraz odkrywania potencjału zawodowego. Adiunkt w Instytucie Psychologii APS i wykładowczyni na studiach podyplomowych ,,Psychologia pozytywna w praktyce – trener umiejętności psychospołecznych” na Wydziale Psychologii UW.
***
Przytulanie na receptę
Żeby okiełznać kortyzol, często trzeba zmierzyć się ze swoimi problemami, zadbać o relacje, najlepiej przytulić bliskich, albo nawet samego siebie

Z dr n. med. Katarzyną Skórzewską, ginekolożką i endokrynolożką, rozmawia Zuzanna Kuffel (Wysokie Obcasy, 29 marca 2025 r.)
Zdziwiłam się, że napisała pani książkę o kortyzolu. Ten hormon kojarzył mi się z instagramowymi influencerami, nie z poważną medycyną.
Ktoś w końcu musiał rozprawić się z mitami, które na temat tego hormonu opowiadają osoby bez wykształcenia medycznego, a nawet bez podstawowej wiedzy medycznej. Przez ogromne uproszczenia, które szerzą się w sieci, pacjenci chcą badać kortyzol, a my lekarze, nie widzimy takiej potrzeby, bo większość z nas gołym okiem – zwłaszcza znając pacjenta – potrafi rozpoznać poważne, ale bardzo rzadkie problemy z nadnerczami – chorobę Addisona albo zespół Cushinga.
Influencerzy nie tylko każą badać kortyzol, ale też przedstawiają go jako wroga.
To nie kortyzol winien jest temu, że się denerwujemy, puchniemy, tyjemy, mamy trądzik albo wypadają nam włosy. To, co dzieje się w naszym życiu, powoduje, że kortyzol jest produkowany w nadnerczach w większych ilościach i intensywniej wydzielany do krwi.
Nadnercza to…?
Małe gruczoły o potężnym działaniu. Rdzeń nadnerczy wytwarza katecholaminy, czyli adrenalinę i noradrenalinę, a także dopaminę. Kora nadnerczy produkuje sterydy, m.in. glikokortykosteroidy, czyli głównie kortyzol i jego nieaktywną formę – kortyzon, które wpływają m.in. na gospodarkę węglowodanową i lipidową oraz ciśnienie krwi i nasze tętno. Nadnercza produkują też mineralokortykosteroidy, których głównym przedstawicielem jest aldosteron, odpowiedzialny za gospodarkę wodno-elektrolitową, czyli to, ile wody, sodu i potasu zatrzymujemy w organizmie, a ile wydalamy z moczem. To właśnie działanie aldosteronu – w dużym uproszczeniu – sprzyja obrzękom. W nadnerczach wytwarzane są też androgeny, hormony płciowe, biologicznie słabsze niż te wydzielane przez jajniki u kobiet i jądra u mężczyzn. Po angielsku łatwo zapamiętać funkcje kory nadnerczy jako 3xs – sugar, salt i sex.
Nadnercza nie robią tego wszystkiego same.
Steruje nimi nasza głowa, a konkretnie podwzgórze i przysadka. W książce porównuję je do prezesa i dyrektorki operacyjnej. Wiele osób kojarzy przysadkę z prolaktyną i gruczolakami przysadki, ale ona produkuje dużo więcej hormonów. Działanie osi podwzgórzowo-przysadkowo-nadnerczowej to jest skomplikowane zagadnienie, ale ludzie muszą zdawać sobie sprawę, że kortyzolu nie można rozpatrywać w odcięciu od reszty tego, co dzieje się w naszym organizmie. Nie jest tak, że jeden hormon powoduje całe zło albo dobro, zależy jak się na niego patrzy.
Na kortyzol można patrzeć pozytywnie – w książce proponuje pani, żeby nazywać go hormonem mobilizacji, nie stresu.
Kortyzol to właściwie hormon, który chroni nas przed skutkami stresu. Mówię tu o różnych rodzajach stresu, nie tylko tym emocjonalnym. Stresem jest wszystko, co zaburza homeostazę, czyli równowagę wewnętrzną organizmu. Najlepiej się czujemy, kiedy jesteśmy zdrowi, wypoczęci, najedzeni, nawodnieni i mamy komfort psychiczny. Kiedy homeostaza się zaburza, obok innych procesów zachodzących w organizmie wzrasta wytwarzanie kortyzolu. Zależy mi, żeby ludzie zrozumieli, że to nie jest tak, że jego stężenie jest cały czas wysokie. Ono zmienia się w rytmie dobowym i incydentalnie w reakcji na bodźce stresowe: zimno, gorąco, ból, głód, emocje. Obserwujemy wahania stężenia kortyzolu, zwiększanie się i obniżanie. Nad ranem mamy pik kortyzolu, bo to jest hormon, który budzi nas do życia, daje nam energię do wstania z łóżka i uruchamia metabolizm.
Siłę do wstania z łóżka mamy m.in. dzięki CAR, czyli kortyzolowej reakcji na przebudzenie. Czytając o niej, uznałam, że chyba sobie szkodzę: mój budzik rano dzwoni co kilka minut, bo ustawiam w nim drzemki.
Nie chciałabym bardzo zagłębiać się w ten temat, bo nie jestem ekspertką od snu. Prawdą jest jednak to, że najzdrowiej jest, kiedy budzimy się sami. Jeśli obudzą nas ACTH (hormon adrenokortykotropowy) i kortyzol, a nie budzik, to wstaniemy bardziej wypoczęci. Kiedy budzik dzwoni w fazie snu NREM, czyli snu wolnofalowego, dokładamy sobie dodatkowy wyrzut kortyzolu, a z każdym następnym alarmem drzemki – kolejny. Żeby lepiej czuć się rano, warto poobserwować swój rytm, zobaczyć, o której organizm budzi się sam, może spróbować wcześniej kłaść się spać. Dobrze jest, jeśli kortyzol rano wydziela się w sposób naturalny.
Jeśli kortyzolowa odpowiedź na przebudzenie jest słaba, to możemy mieć duży problem, żeby wstać z łóżka. Co może prowadzić do takiego stanu?
Przede wszystkim przewlekły stres, np. fizyczny, jak choroba nowotworowa, albo psychiczny, jak trwanie w przemocowej relacji. W książce zamieściłam wykresy pokazujące, jak fale kortyzolu w ciągu doby wypływają z nadnerczy. Może być tak, że kortyzol cały czas utrzymuje się w laboratoryjnej normie, ale krzywa jego wydzielania jest płaska, nie ma popołudniowego ani nocnego zmniejszonego wydzielania kortyzolu. I to jest problem.
Nie ma zatem sensu oznaczać kortyzolu z krwi w taki sposób, jak to się dziś najczęściej robi – raz dziennie, rano, w laboratorium?
Jednorazowe, a nawet dwukrotne czy trzykrotne oznaczenie kortyzolu we krwi w ciągu doby nie daje nam żadnych informacji diagnostycznych, zwłaszcza, że sama wizyta w laboratorium, zwykle w pośpiechu, przed pracą, jest dla nas stresująca i powoduje większy wyrzut kortyzolu. Najlepsze, co można zrobić, jeśli są do tego wskazania, to dobowa zbiórka moczu. Kortyzol można badać też w ślinie, ale w Polsce robi się to na razie tylko w ośrodkach uniwersyteckich. Nie jest również powszechnie dostępne oznaczanie tego hormonu z włosów czy paznokci. Nie dość, że pacjenci za bardzo przywiązują się do jednorazowych oznaczeń kortyzolu we krwi, to jeszcze nie wiedzą, że u kobiet przyjmujących antykoncepcję hormonalną, hormonalną terapię menopauzalną albo będących w ciąży, wynik badania może być zaburzony. Dzieje się tak, ponieważ powszechnie stosowane testy laboratoryjne mierzą kortyzol całkowity, a u tych pacjentek estrogeny wpływają na wytwarzanie białek transportujących kortyzol, przez co wynik jest zawyżony.
Ale podwyższony poziom kortyzolu przez dłuższy czas może mieć długofalowe konsekwencje zdrowotne?
Jeżeli cały czas w wyniku działania stresu i przez swój styl życia pobudzamy nadnercza do zwiększonego wydzielania kortyzolu, to jego średni dobowy poziom będzie wyższy i może w dłuższej perspektywie skutkować nadciśnieniem czy cukrzycą, odkładaniem się tkanki tłuszczowej, pogorszeniem koncentracji i pamięci, stanami lękowymi i innymi objawami. Tylko trzeba rozumieć, że to nie jest jakaś mityczna substancja, która pojawia się znikąd i nam szkodzi. To nie kortyzol nam to robi. Sami to sobie robimy.
Czyli my się stresujemy, czym stymulujemy nadnercza do wydzielania kortyzolu w nadmiarze, a on w dłuższej perspektywie powoduje powikłania zdrowotne?
Tak. Dlatego próby walczenia z kortyzolem, zwłaszcza suplementami, to tylko zabijanie posłańca, a nie zajowanie się źródłem problemu. Proszę pamiętać, że kortyzol jest hormonem nam niezbędnym. Gdy nadnercza nie wytwarzają kortyzolu, jest to stan zagrożenia życia.
Nie należy z nim walczyć, jak sugerują influencerki i influencerzy, ale kortyzol zasługuje na uwagę. Bo to bardzo potężny hormon – oddziałuje na mózg, kości, układ oddechowy, układ rozrodczy, itd.
Receptory kortyzolu znajdują się właściwie we wszystkich komórkach w naszym organizmie. Wcześniej uważano, że kortyzol działa tylko przez receptory glikokortykosteroidowe, ale w ostatnich latach udowodniono, że jego działanie jest szersze. Dlatego zależało mi, żeby zebrać najnowszą wiedzę.
Pani też się czegoś nowego dowiedziała?
Zaczęłam jeszcze większą wagę przywiązywać do wpływu alkoholu na zdrowie. Nie miałam wcześniej świadomości, że nadużywanie alkoholu jest najczęstszym czynnikiem powodującym zwiększone wydzielanie kortyzolu. To jest bardzo ważne, bo dzisiaj wiele osób zapija stres. Czasem widzę, jak moje pacjentki przychodzą na wizytę, a w torbie mają butelkę wina, którą kupiły sobie po drodze, żeby wypić wieczorem bez okazji. Podobnie, jak do kortyzolu, zmieniłam też stosunek do fast foodów. Nadal okazjonalnie je jadam, ale teraz w mojej głowie pojawia się myśl, że spowodują one wyrzut kortyzolu. Mam świadomość, że to mi szkodzi.
Jedzenie i kortyzol to zamknięte koło – im więcej jemy, tym więcej kortyzolu wydzielają nadnercza, a im więcej kortyzolu, tym większy apetyt. Kortyzol łączy się z otyłością.
Tak, ale nie tyjemy od kortyzolu. Rzeczywiście zwiększa on lipogenezę, czyli tworzenie się tkanki tłuszczowej i jej odkładanie. Natomiast otyłość prosta, czyli ta, która występuje najczęściej, jest spowodowana nadmiarem spożywanego pokarmu w odniesieniu do tego, ile energii zużywamy. Nierównowaga między energią spożytą i wydatkowaną powoduje gromadzenie się tkanki tłuszczowej i rozwój otyłości.
Nie można winić kortyzolu za otyłość?
Zdecydowanie nie. Jest odwrotnie – to otyłość jest drugą, po nadmiernym spożywaniu alkoholu, przyczyną hiperkortyzolemii nienowotworowej, czyli podwyższonego stężęnia kortyzolu niespowodowanego przez organiczną chorobę nadnerczy. Ten rodzaj hiperkortyzolemii występuje znacznie częściej niż zespół Cushinga. Poza osobami z otyłością albo uzależnieniem od alkoholu może się rozwinąć i dawać podobne objawy do zespołu Cushinga u kobiet z anoreksją albo sportowców, którzy zbyt intensywnie trenują, nie spożywając wystarczających zasobów energetycznych.
Na hiperkortyzolemię wpływa też depresja.
Jestem bardzo wdzięczna mojej przyjaciółce, która zgodziła się, żebym wykorzystała w książce historię jej ślubu, który wiązał się dla niej z ogromnym stresem. Poprosiła mnie, żebym nie zmieniając imion, napisała o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na jej zdrowie. Dlatego w jednym rozdziale łączę ślub i depresję. Bardzo doceniam jej odwagę. Stresujące zdarzenia mają ogromny wpływ na to, jak funkcjonujemy.
Nie tylko opisuje pani, co stres, a przez niego kortyzol, nam robi. Podpowiada pani też, jak go okiełznać. Nie ma na to magicznych tabletek.
To w naszym kraju częste, że przychodzi do gabinetu lekarskiego pacjent lub pacjentka i oczekują, że dostaną skierowanie na jakieś badania i receptę. Niewiele osób będzie zadowolonych, jeśli usłyszy: ,,Jest pan/pani zdrowy(a), proszę spać osiem godzin, ruszać się, ćwiczyć, pić wodę i nie pić alkoholu”. Wolimy dostać diagnozę i tabletki, zamiast zmierzyć się z tym, że mamy problem z akceptacją siebie, jesteśmy w relacji, która nas krzywdzi, albo pracujemy w toksycznym miejscu.
Żeby okiełznać kortyzol, trzeba zadbać o relacje, bo – jak pisze pani w książce – najlepszym remedium na wysoki poziom tego hormonu jest oksytocyna. Polski pacjent, który oczekuje skierowania i recepty, raczej nie weźmie na poważnie zalecenia, żeby zadzwonił do matki.
Raczej spojrzałby na lekarza jak na oszołoma i obsmarowałby go w Internecie. Ale na to są badania. Jeszcze lepiej niż telefon sprawdza się kontakt bezpośredni, najbardziej – przytulenie. Niekoniecznie musimy przytulać kogoś. Możemy też przytulać sami siebie. Jako dzieci robimy to intuicyjnie, ale kiedy jesteśmy starsi, zamiast się przytulić, wychodzimy zestresowani na papierosa. Zamiast słuchać sygnałów z ciała, nauczyliśmy się je lekceważyć. Prosty przyład – ile razy siedzimy przy laptopie albo na spotkaniu i nie wstajemy do łazienki, chociaż czujemy, że chce nam się siku? Wtedy też kortyzol nam się dodatkowo wydziela, bo to stres dla organizmu. Czujemy, że powinniśmy iść na spacer, a siedzimy w domu, żeby zdążyć z pracą na deadline.
A warto wyjść do lasu albo pooglądać ptaki – to jedne z przyładów treningu redukcji stresu opartego na uważności, jakie podaje pani w książce.
W pandemii moja siostra z mężem zaczęli obserwować zwierzęta. Wszyscy spędzaliśmy wtedy dużo czasu na Mazurach. Myślałam, że to nie dla mnie, ale się w to wkręciłam. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że będę podglądać sarenki i się z tego cieszyć. Pisząc książkę przekonałam się też do zwiedzania muzeów z przewodnikiem. Zawsze mnie to drażniło, bo nie lubię się zatrzymywać, żeby analizować najmniejszy fragment obrazu. Okazuje się jednak, że kiedy przewodnik opowiada nam o obrazie, nasz układ nerwowy skupia się na jednej rzeczy, nie ma dodatkowych bodźców. Jest tu i teraz. Dlatego w planie mam zabrać mój zespół na zwiedzanie MSN z przewodnikiem, żeby zarazić ich treningiem uważności i dobrze zrobić ich nadnerczom.
dr n. med. Katarzyna Skórzewska, specjalistka położnictwa i ginekologii oraz endokrynologii. Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie (obecnie Warszawski Uniwersytet Medyczny). W Klinice Endokrynologii Ginekologicznej WUM zdobywała doświadczenie jako klinicystka, naukowczyni i nauczycielka akademicka. Autorka książki ,,Kortyzol. Jak oswoić hormon, który rządzi twoim życiem”, wyd. Znak.
***
Trudności w budowaniu bliskości
Rodzice mogą kochać swoje dzieci i jednocześnie nie umieć okazywać im bliskości. Chłód emocjonalny rzadko wygląda dziś jak surowe wychowanie – częściej ma twarz nieobecności, pośpiechu i relacji pozbawionej prawdziwego kontaktu. A dziecko najbardziej cierpi wtedy, kiedy czuje się niewidziane. Dlaczego mamy trudności w budowaniu bliskości?
Jesper Juul zwracał uwagę na bolesny paradoks wychowania: rodzice mogą szczerze kochać swoje dzieci, ale to nie oznacza jeszcze, że dzieci będą czuły się kochane. Wiele dorosłych osób, mimo świadomości rodzicielskiej miłości, zmaga się później z niskim poczuciem własnej wartości, wstydem i trudnością w akceptacji siebie. To właśnie dlatego tak często nieświadomie powielamy schematy z własnego domu – nawet te, które były dla nas źródłem cierpienia. W powojennych domach dominował dość spójny surowy model wychowania. Dzieci miały być przede wszystkim grzeczne, posłuszne i podporządkowane autorytetowi dorosłych. Nie wynikało to zwykle z braku miłości, lecz z realiów epoki – walki o przetrwanie, ciężkiej pracy i braku zasobów emocjonalnych na budowanie bliskości. W komunikacji często pojawiały się krótkie, dyscyplinujące komunikaty, które uczyły dzieci, że ich emocje, potrzeby i głos są mniej ważne niż posłuszeństwo i dostosowanie się. Współcześnie, gdy analizujemy skutki tego unikającego, chłodnego wychowania, wiemy już, że było ono skuteczną próbą zamrażania autentyczności i dewaluowania podmiotowości dziecka.
Zimny chów
Wiedza o tym kulturowym dziedzictwie pomaga zrozumieć, dlaczego trudności w budowaniu bliskości nadal są przekazywane między pokoleniami. Dziś chłód emocjonalny rzadziej ma formę surowego wychowania – częściej oznacza rodzica fizycznie obecnego, ale psychicznie niedostępnego. Dziecko przegrywa z telefonem, pracą, pośpiechem i przebodźcowaniem dorosłych. Dawny ,,zimny chów” uczył przetrwania, ale pozostawił pokolenia ludzi, którym trudno rozpoznawać i wyrażać własne emocje. Dzisiejszy dystans emocjonalny buduje podobną pustkę jak dawniej – zmienia się forma, ale skutek pozostaje ten sam. W rodzinach zdominowanych przez chłód emocjonalny rozmowy często ograniczają się do krótkich, technicznych komunikatów: ,,zjedz”, ,,posprzątaj”, ,,idź spać”. Brakuje pytań o emocje, potrzeby czy przeżycia dziecka, ale też otwartości ze strony rodzica. Relacja staje się uboga emocjonalnie, a dziecku brakuje tego, co buduje poczucie bezpieczeństwa: uważności, zrozumienia jego perspektywy i przestrzeni na swobodne wyrażanie emocji. W rodzinach chłodnych emocjonalnie świat przeżyć dziecka bywa ignorowany lub źle odczytywany. Gdy brakuje uważności i emocjonalnej odpowiedzi ze strony rodzica, dziecko stopniowo uczy się tłumić potrzebę bliskości, a samotność zaczyna wydawać się czymś normalnym. Chłód emocjonalny to jednak nie tylko milczenie czy brak zainteresowania. To także brak czułego dotyku. Z perspektywy neurobiologii dotyk jest pierwszym językiem bliskości i bezpieczeństwa. Przytulenie pomaga regulować stres i daje dziecku poczucie bycia ważnym. Kiedy w domu brakuje spontanicznej czułości – przytulania, wygłupów, wspólnego tańca czy fizycznej bliskości – dziecko może zacząć odbierać relację jako zdystansowaną i emocjonalnie niedostępną.
Nakarmione, ale nie zadbane
W psychologii wyróżnia się pięć typów wadliwej atmosfery rodzinnej, opisanych przez polską psycholożkę Irenę Obuchowską. Każdy z nich osłabia więź emocjonalną z dzieckiem i może utrudniać jego prawidłowy rozwój. To np. atmosfera obojętna. Charakteryzuje się emocjonalnym pominięciem dziecka, brakiem zaangażowania i rezonansu emocjonalnego, psychologiczną nieobecnością, dystansem i powierzchownością relacyjną. Rodzic dba o to, by dziecko było nakarmione, ubrane i miało odrobione lekcje, ale nie interesuje się jego światem wewnętrznym. Nie współdzieli radości, nie towarzyszy w smutku, nie okazuje dumy. Dziecko uczy się wtedy, że emocje są nieważne i lepiej je tłumić. Często akceptacja pojawia się tylko wtedy, gdy spełnia oczekiwania dorosłych. Taka ,,miłość na warunkach” buduje w dziecku stałe napięcie i lęk przed odrzuceniem. Z czasem wycofuje się ono z kontaktu, zamyka w swoim świecie i przestaje sygnalizować potrzeby. I właśnie tu pojawia się smutne nieporozumienie: spokojne, wycofane dziecko bywa uznawane za ,,grzeczne” i bezproblemowe. Tymczasem ta cisza często jest milczącym wołaniem o uwagę i bliskość. Dziecko, które przestało sprawiać trudności, nierzadko przestało wierzyć, że jego emocje mają dla kogoś znaczenie.
Chłód nie jest tylko brakiem rodzicielskiego ciepła, ale aktywnym procesem wygaszania w dziecku wszystkich przynależnych dzieciństwu właściwości
Prof. Obuchowska podkreślała, że rodzice nie powinni mylić bierności dziecka z jego faktycznym samopoczuciem i dobrostanem. Powinni uczyć się ,,kochać i rozumieć” dzieci, przy czym rozumienie dziecka to coś więcej niż tylko zaspokajanie jego biologicznych potrzeb, bo to czyni dziecko jedynie przedmiotem działań, a nie podmiotem relacji. Jedynym skutecznym przeciwieństwem atmosfery obojętnej jest aktywne zaangażowanie i bezwarunkowa miłość rodzicielska, stanowiące niezbędny fundament prawidłowego rozwoju i ochrony młodego człowieka przed poczuciem bycia niewidzialnym dla najważniejszych osób w swoim życiu.
Konsekwencje emocjonalnego dystansu
O sytuacji dziecka w rodzinie chłodnej emocjonalnie pisał też John Bradshaw, amerykański psychoterapeuta i pedagog, który dokładnie studiował rodziny dysfunkcyjne i spopularyzował koncepcję wewnętrznego dziecka. Zdefiniował on chłodny dom jako miejsce toksyczne, w którym tłumi się naturalne zasoby dziecka, aby nie zakłócały sztywnej struktury rodzinnej i emocjonalnego dystansu dorosłych. Wprost nazywał dysfunkcjonalnymi takie rodziny, w których dzieci są systematycznie emocjonalnie zaniedbywane. W rodzinach chłodnych, zdystansowanych dochodzi do naruszania fundamentów harmonijnego rozwoju i zaprzeczania pięciu kluczowym potencjałom dziecka – uczuciom, spostrzeżeniom, myślom, dążeniom i wyobrażeniom, co prowadzi do głębokiego rozłamu w rozwoju tożsamości dziecka. Chłód nie jest tylko brakiem rodzicielskiego ciepła, ale aktywnym procesem wygaszania w dziecku wszystkich przynależnych dzieciństwu właściwości. Jest formą porzucenia psychicznego, za które dzieci płacą najwyższą cenę. To trauma relacyjna. Zgodziłby się z nim Gabor Mate, lekarz i ekspert w dziedzinie uzależnień i traumy, piszący, że dzieci nie traumatyzuje ból, ale ból przeżywany w samotności. Dziecko uznaje, że skoro jest odrzucane przez osoby, które powinny je kochać, to znaczy, że samo jest fundamentalnie wadliwe, co powoduje, że zamiast bezpiecznej więzi, wykształca się toksyczny wstyd.
W poczuciu opuszczenia, w poczuciu zagrożenia
Także wybitna polska psycholog i pedagog, prof. Maria Ziemska w klasyfikacji postaw rodzicielskich ujmowała chłód emocjonalny jako zjawisko, w którym mogą występować dwa typy niewłaściwych postaw wywodzących się z braku więzi – postawy unikającej i odtrącającej. Choć obie pochodzą z tego samego źródła, manifestują się w zupelnie inny sposób. Postawa unikająca charakteryzuje się nadmiernym dystansem uczuciowym z towarzyszącą temu biernością i uległością rodzica. Rodzic nie konfliktuje się z dzieckiem, ale też zupełnie nie uczestniczy w jego życiu, reagując na dziecięce sprawy przejmującą obojętnością. Dziecko ma poczucie niewidzialności, uczy się, że jest ,,przezroczyste”, a jego istnienie nie wywołuje u najważniejszych osób żadnej reakcji, co w przyszości skutkuje trudnością w nawiązywaniu relacji i chronicznym poczuciem nieważności. Inną dynamikę ma postawa odtrącająca, w której dystans emocjonalny łączy się z dominacją i wrogością rodzica. Dziecko bywa postrzegane jako przeszkoda lub ciężar, a w relacji dominują rozkazy, krytyka, zastraszanie i negowanie jego działań. To aktywny chłód, który nie tylko nie daje poczucia bezpieczeństwa, ale też rani i buduje w dziecku przekonanie, że świat jest miejscem wrogim i pozbawionym akceptacji. Być może właśnie z taką postawą miał przez lata styczność Franz Kafka, który w ,,Liście do ojca” opowiedział w niezwykle przejmujący sposób perspektywę swojego dzieciństwa, widzianą oczami osamotnionego dziecka: ,,Nie mogę uwierzyć, że byłem szczególnie trudny do wychowania; nie mogę uwierzyć, że przyjaznym słowem, łagodnym ujęciem za rękę, dobrym spojrzeniem nie udałoby się skłonić mnie do zrobienia wszystkiego, czego by chciano. (…) Wystarczyło tylko, żebym poczuł się czymś uszczęśliwiony, przepełniony czymś, i żebym przyszedł do domu, i powiedział o tym, a już odpowiedzią było ironiczne westchnienie, kiwanie głową, bębnienie palcami w stół: >>Widziałem już piękniejsze rzeczy<<, albo: >>Mam tego po dziurki w nosie<<, albo: >>Nie mam na to głowy<<, albo >>No, to kup sobie coś za to<<, albo: >>Też mi wielka rzecz<<„. Zderzenie tych dwóch postaw pokazuje pełne spektrum chłodnego wychowania. W postawie unikającej dziecko dorasta w poczuciu opuszczenia, a w odtrącającej – w ciagłym poczuciu zagrożenia. Obie prowadzą do utraty bezpieczeństwa psychologicznego i osłabienia poczucia własnej wartości.
Miłość, która nie wyraża się w codziennej uważności, czułości i prostych gestach bliskości, staje się dla dziecka trudna do odczucia
Milczenie, które ma złamać opór
Chłód emocjonalny nie zawsze musi być stałą cechą klimatu domowego. Czasem bywa okazjonalny, jako wyrachowane narzędzie dyscyplinujące. To tzw. wychowanie przez fochy, czyli zarządzanie dzieckiem poprzez odcięcie uczuć – najczęściej karanie milczeniem, które ma złamać opór małego człowieka. Przekaz jest prosty i okrutny: ,,skoro nie jesteś taki, jak chcę, przestajesz dla mnie istnieć”. To jedna z najbardziej traumatyzujących metod wychowawczych. Uderza w sam fundament biologicznego bezpieczeństwa dziecka. Ono odbiera to emocjonalne odcięcie jako realne zagrożenie. Uczy się, że bliskość jest warunkowa i może zostać odebrana w każdej chwili. Wyrośnie na dorosłego, który w obawie przed odrzuceniem unika konfliktów i nadmiernie dopasowuje się do innych. Żyje w nieustannym lęku, że każda różnica zdań może zakończyć się banicją emocjonalną. Pomocne będzie tu też słynne odkrycie Johna Bowlby’ego, twórcy teorii przywiązania: dla dziecka bliskość z opiekunem jest równie ważna jak jedzenie czy sen. Miłość, która nie wyraża się w codziennej uważności, czułości i prostych gestach bliskości, staje się dla dziecka trudna do odczucia. W efekcie pozostaje ono z poczuciem osamotnienia i niezaspokojoną potrzebą więzi. Chłód emocjonalny jest niewidzialną raną, która wpływa na rozwój psychiczny i poczucie bezpieczeństwa dziecka.
Z perspektywy neurobiologii dotyk jest pierwszym językiem bliskości i bezpieczeństwa. Przytulenie pomaga regulować stres i daje dziecku poczucie bycia ważnym
Dlaczego tacy jesteśmy
Zrozumienie przyczyn emocjonalnego dystansu wymaga wyjścia poza uproszczone oceny moralne. Rodzic prezentujący unikający styl przywiązania najczęściej nie jest ,,zły” z wyboru. Rzeczywistość jest nieco bardziej przygnębiająca i skomplikowana – on sam funkcjonuje wewnątrz systemu, który nauczył go, że bliskość jest zagrażająca, a emocje należy trzymać pod ścisłą kontrolą. Ta wewnętrzna blokada drastycznie zakłóca jego wrażliwość rodzicielską, tworzy niewidzialną barierę, której dziecko, mimo rozpaczliwych prób, nie jest w stanie przebić. Psychologia wskazuje tutaj na tragizm pokoleniowego dziedziczenia. Rodzice ,,chłodni” najczęściej sami pochodzą z domów, w których dominował emocjonalny dystans. Jak wskazuje – znosząc nieco brzemię odpowiedzialności – Józef Rembowski, polski psycholog i badacz systemów rodzinnych, takie zachowania najczęściej nie są wynikiem złej woli, ale braku odpowiedniego skryptu emocjonalnego. Jeśli dorosły w swoim dzieciństwie nie doświadczył empatii, nie ma on w swoim wewnętrznym systemie narzędzi, które pozwoliłyby mu na autentyczny rezonans z uczuciami własnego dziecka. Świadomość tych mechanizmów jest pierwszym krokiem do przerwania traumy międzypokoleniowej. Choć osoby dorastające w chłodzie emocjonalnym często potrzebują później terapii i korygujących doświadczeń relacyjnych, profilaktyka jest prostsza – opiera się na budowaniu relacji z dzieckiem na fundamencie ciepła, bliskości i emocjonalnej obecności. Kiedy rodzic rozumie, że jego dystans bywa echem własnych zranień, pojawia się szansa na tworzenie relacji opartej nie tylko na opiece, ale też na autentycznym kontakcie. Pomocne mogą być słowa Jespera Juula, który podkreślał, że dzieci nie potrzebują nieustannej uwagi, lecz uważnych dorosłych, którzy traktują poważnie ich emocje i reakcje. Zachęcał też rodziców, by dzieci mogły widzieć w ich oczach radość ze spotkania i poczucie autentycznej obecności.
Tekst: Małgorzata Poznańska-Wójtowicz, psycholog, psychotraumatolog, pedagog, psycholog biznesu. Trenerka umiejętności psychospołecznych i kompetencji miękkich. Terapeutka dzieci, nastolatków i osób dorosłych. Autorka publikacji psychologicznych. Twórczyni fanpage’a: Matka Terapeutka, na którym aktywnie działa na rzecz psychoedukacji i promocji czytelnictwa.
Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026
***
Zasłona niesłyszenia
Bywa, że całe ich dzieciństwo skoncentrowane jest na tym, by nauczyli się mówić, wręcz być jak słyszący. A są przecież głusi. Z Anną Goc, reporterką i autorką książki ,,Głusza” rozmawia Paula Szewczyk. Wysokie Obcasy, 7 stycznia 2023

Myślałam, że osoby głuche rozumieją język polski, potrafią w nim pisać i czytać, tylko po prostu nie mogą usłyszeć jego brzmienia. Jak bardzo się myliłam?
Sama musiałam zmierzyć się z podobnym przekonaniem. Nie spodziewałam się, że wykluczenie językowe głuchych w Polsce jest aż tak duże. I pamiętam, kiedy pięć lat temu zaczynałam zbierać materiał do książki, spotykałam się z pierwszą osobą głuchą, a potem kolejną i następną, które opowiadały, że nie potrafią czytać po polsku ze zrozumieniem. Ale zaraz – myślałam – przecież głusi kończą szkoły, zdają egzaminy, polski jest obecny przez cały okres trwania ich edukacji. Jak to możliwe, by żyły poza nim? Z każdą kolejną rozmową zaczynałam rozumieć, w jak odmiennych sytuacjach głusi mogą się znaleźć. Posługują się na co dzień polskim językiem migowym, czyli PJM, a język polski jest dla nich językiem obcym. Są głusi dwujęzyczni, którzy znają biegle i PJM, i język polski. Ale żyją też dzisiaj w Polsce tacy, którzy nie znają dobrze żadnego języka. Nam, słyszącym, wydaje się, że wiemy, z jakimi problememi mierzą się głusi. Zakładamy, że wystarczy zasłonić uszy, żeby ,,wiedzieć, jak to jest”. A to nie to samo. Co innego przez chwilę nie słyszeć dźwięków otoczenia, a co innego nigdy nie usłyszeć języka, w którym komunikują się wszyscy dookoła nas. Niektórzy głusi uczą się odczytywać słowa z ruchu warg, np. od rodziców, ale w szkole pojawia się kłopot, gdy nauczycielka mówi inaczej niż oni. Nie są już w stanie wszystkiego zrozumieć. Zdarza się i tak, że do pierwszej klasy posyłane jest dziecko ,,bezjęzyczne”. Można sobie wyobrazić, co czuje siedmiolatek z dnia na dzień odesłany do obcego miejsca, z dala od rodziny, który często nie wie nawet, dlaczego tak musi być.
Jak takie ,,bezjęzyczne” dziecko jest w stanie zrozumieć lekcje?
Nie jest. Nie wie, co się na nich dzieje, bo prowadzone są w języku, którego przecież nie zna. Otwiera podręcznik, a ten jest pełen słów, które widzi pierwszy raz. Musi jednak zrealizować tę samą podstawę programową co jego słyszący rówieśnicy. W szkole dla głuchych dziecko poznaje niesłyszących kolegów i koleżanki, uczy się migać, obserwując, jak one to robią. Tak opanowuje swój pierwszy język – o tym opowiadało mi wielu głuchych w Polsce. A doświadczenie wykluczenia językowego w szkołach to nie jest przypadek jednej czy kilku osób. Bywa wśród posyłanych tam głuchych powszechne. Wielu mówiło mi: ,,Nie rozumieliśmy prawie nic z tego, co się działo na lekcji, co mówił nauczyciel, po prostu szkołę przesiedzieliśmy”. ,,Pusta głowa” – migają dziś czasem głusi, gdy pytam o ich szkoły.
Nauczyciele mający w klasie głuche dzieci nie zdają sobie z tego sprawy?
Zapytałam jedną z nauczycielek, jak to jest, że jej uczniowie zdają testy, egzaminy, kończą szkoły, a mówią o ,,przesiedzeniu”. Anonimowo i w sekrecie przyznała, że w szkole niektórzy nauczyciele pomagają głuchym uczniom w czasie testów, by ,,nie wyszło”, do czego doprowadził system. System rozumiany jako model nauczania. Wielu z nich jest nim sfrustrowanych i wielu głuchych jest nim sfrustrowanych, bo choć teoretycznie ,,system” działa, a oni są absolwentami, to braki w wiedzy sprawiają, że ich problemy zaczynają się wtedy, gdy nagle z klasy, będącej względnie bezpiecznym miejscem, trafiają na rynek pracy, na którym mają dużo mniejsze szanse. Pozostają więc grupą niemal wyjętą ze społecznego funkcjonowania, jak rozumiemy je my, słyszący. I grupą niezauważaną.
Lepszym rozwiązaniem są dla nich szkoły dla głuchych?
W szkołach dla głuchych też napotykają problemy komunikacyjne. Przez dekady nauczyciele na studiach surdopedagogicznych uczyli się SJM-u, czyli systemu językowo-migowego, a nie PJM-u, czyli języka, którym głusi posługują się na co dzień. Wielu było zaskoczonych, gdy zaczynali pracę, że ich głusi uczniowie migają inaczej niż oni na studiach. Są oczywiście w Polsce szkoły dla głuchych, w których nauka wygląda inaczej, bo nauczyciele są dwujęzyczni. W ubiegłym roku opisałam historię głuchego chłopca i jego głuchych rodziców, którzy postanowili zawalczyć o tłumacza PJM na lekcjach w szkole dla głuchych, bo ich syn nie rozumiał, co mówi i miga znaczna część nauczycieli. W ubiegłym tygodniu ukazał się raport NIK na ten temat, z którego wynika, że 60 proc. nauczycieli i pedagogów w skontrolowanych placówkach, gdzie uczą się głuche dzieci, nie znało języka migowego, albo posługiwało się nim na takim poziomie, który nie pozwalał na sprawną komunikację z głuchymi uczniami. W dodatku sami nauczyciele są w trudnej sytuacji, bo mają w klasie dzieci słabosłyszące z aparatami i implantami, które mogą i chcą rozwijać się w języku polskim, dzieci głuche z rodzin głuchych, które wyniosły z domu polski język migowy – to ich pierwszy język, a języka polskiego prawie nie znają – oraz dzieci z innymi potrzebami komunikacyjnymi, np. ze zdiagnozowaną afazją. Nauczyciele stają więc przed zadaniem prawie niewykonalnym – jak poprowadzić lekcje w takiej klasie? W Polsce jest około pół miliona głuchych. Dla osób, które straciły słuch z wiekiem czy w wyniku choroby, niesłyszenie nie jest aż tak dużym problemem, bo zwykle znają polski, mogą w nim pisać i czytać. Trudniej mają ci, którzy urodzili się głusi albo stracili słuch, zanim przyswoili język. A bywa, że dla słyszących rodziców ich głuche dziecko jest pierwszą głuchą osobą, którą kiedykolwiek spotkali. Instynktownie starają się do niego mówić. Chcą dla niego dobrze, skupiają się głównie na tym, co zrobić, by było jak słyszące dzieci.
Tak zaczyna się wieloletnia walka, by mieć dziecko ,,dobrze wyrehabilitowane”?
Właśnie o tych dzieciach, które faktycznie nauczyły się mówić, choć nie słyszą, nawet swojego głosu, mówi się, że są ,,dobrze wyrehabilitowane”. Teraz, kiedy badania przesiewowe słuchu są powszechne i coraz więcej dzieci dostaje bardzo szybko implant, liczba głuchych, którzy starają się funkcjonować wśród słyszących, rośnie. O tym, z czym się mierzą, być może niebawem opowiedzą, bo to pokolenie, które właśnie wchodzi w dorosłość. Ale są też dzieci, które z różnych powodów nigdy tego nie osiągną. Już jako dorośli mówili mi, jak bardzo czuli się opuszczeni językowo, na przykład wtedy, gdy nikt w ich domu nie nauczył się migać, a oni potrafili tylko migać. Zdali sobie sprawę, że całe ich dzieciństwo skoncentrowane było na tym, żeby nauczyli się mówić, wręcz być jak słyszący. A są przecież głusi. Mają poczucie, że nie dostali prawa, by być sobą. ,,Dobrze wyrehabilitowani” dorośli za każdym razem, gdy z kimś rozmawiają, i tak muszą się starać ze wszystkich sił, by udało się im mówiącego zrozumieć. Nie są w mówieniu swobodni, wystarczy, że będzie głośno, rozmówca się odwróci, zasłoni usta albo będzie miał maseczkę. I koniec, nie usłyszą go, ,,nie zobaczą”, co mówi.
Czytając ,,Głuszę”, miałam wrażenie, że to rodzaj pułapki zastawionej i na rodziców, i na dzieci, by być jak słyszący, bo będzie się im ,,łatwiej żyło”.
Jeśli ktokolwiek da rodzicom głuchego dziecka nadzieję, że ich dziecko nauczy się funkcjonować wśród słyszących, pójdzie do szkoły ze słyszącymi dziećmi, potem na studia, znajdzie dobrą pracę, to oni zrobią wszystko, by tak się stało. ,,Udaje się”, ale przecież nie wszystkim. Poza tym warto zapytać dorosłych głuchych, jak oni to przeżywali. Jednym z głównych bohaterów ,,Głuszy” jest Bartosz Marganiec, głuchy od urodzenia, dziś programista i działacz na rzecz praw osób głuchych. Bartosz wspólnie z rodzicami spełnił te wszystkie wymagania: nauczył się odczytywać słowa z ruchu warg i dzięki wieloletniej rehabilitacji także mówić. Jako dorosły zdecydował się na operację wszczepienia implantu, dziś możemy się spotkać i porozmawiać bez tłumacza PJM. Bartosz przyznaje, że choć sporo zawdzięcza rehabilitacji, to równocześnie jako dorosły poczuł rozczarowanie, głównie dlatego, że słyszący przerzucili na niego ciężar odpowiedzialności za komunikację z otoczeniem. A to, że ma dziś implant, wcale nie spowodowało, że funkcjonuje jak słyszący. Gdy nauczył się PJM-u, poczuł się z kimś, kto miga, na równi. Dopiero taka rozmowa nie jest dla niego obarczona wysiłkiem. Może po prostu rozmawiać.
Ale nie każdemu się to udaje. Albo nie każdy chce ten nadludzki wysiłek podejmować.
Dobrze pokazuje to historia innego chłopca i jego rodziców, którzy od jego urodzenia przez sześć lat robili wszystko, by nauczył się mówić i rozumiał mowę. Ale mimo intensywnej rehabilitacji, a w końcu wszczepienia implantu nie rozumiał mowy i nie nauczył się mówić. Po latach wysiłku chłopiec nie był w stanie nawiązać kontaktu w mowie fonicznej. Rodzice, postępujący zgodnie z radami ekspertów, doprowadzili do sytuacji, w której nie mieli jak porozmawiać ze swoim dzieckiem. Równocześnie nie uczyli się polskiego języka migowego, bo w ośrodkach, do których trafiali, doradzano im: ,,Nie uczcie syna migać, bo będzie wolał się tak porozumiewać, a ma nauczyć się mówić, miganie go rozleniwi”. Jeśli przyjrzeć się temu zdaniu, widać, jak jest ono okrutne. To jak powiedzieć: ,,Nie dajcie dziecku języka, którym ma szansę się porozumiewać, tylko zmuście do nauki języka będącego dla niego prawie nieosiągalnym, ale za to takiego, którym posługuje się większość”.
Piszesz, że jeszcze nie tak dawno w szkołach miganie między sobą było zakazane. Dzieci za porozumiewanie się PJM-em dostawały kary. Zabraniano im jedynej możliwości komunikacji, jaką znały. W imię czego?
Głusi, którzy mają dzisiaj 40 lat, opowiadają, że byli bici po rękach, karani za miganie, a więc to nie są historie sprzed stu lat. Wciąż panuje przekonanie, że głuchym najlepiej będzie wtedy, gdy nauczą się funkcjonować jak słyszący. Osoby, które dziś studiują surdopedagogikę, mówiły mi, że są przerażone, bo choć świadomość o osobach głuchych i polskim języku migowym wzrosła w ostatnich latach, to niektórzy wykładowcy wciąż powtarzają, że do głuchych trzeba mówić i robić wszystko, by nauczyli się żyć wśród słyszących. A polski język migowy nazywają językiem ubogim, a nawet twierdzą, że to nie jest język, raczej slang, ,,takie tam pokazywanie”. Sytuacja się więc zmienia, ale wciąż istnieją miejsca, gdzie dominuje tego typu myślenie.
Internaty też nie cieszą się najlepszą opinią. Odcięte od reszty świata szkoły to idealne miejsce do naruszeń wobec bezbronnych dzieci.
Jedna z moich rozmówczyń, Magda, została w internacie wykorzystana seksualnie. Była molestowana i wielokrotnie zgwałcona. Raz w szkole dla słyszących, gdzie była jedynym głuchym dzieckiem, i potem w szkole dla głuchych. Wykorzystali ją koledzy. Długo nie znała nawet słów, by opisać to, co się stało. Przez wiele lat miała problemy psychiczne, niosła ze sobą traumy z przeszłości. Psychoterapia w wielu miejscach w Polsce jest wciąż dla guchych niedostępna, bo brakuje migających psychoterapeutów i tłumaczy PJM. Gdy Magda trafiła na psychoterapię, nie była w stanie opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, bo – jak się okazało – tłumacz nie migał biegle. Dopiero kilka lat później znalazła dobrą tłumaczkę i mogła zacząć przepracowywać przeszłość. Nauczyła się migać słowa ,,gwałt”, ,,pedofil”, ,,molestować”, których dotąd nie znała. Jako mała dziewczynka i nastolatka nie mogła też opowiedzieć swojej mamie o tym, co się wydarzyło, bo Magda potrafiła tylko migać, a jej mama – mówić, nie nauczyła się dla córki PJM. Matka Magdy wiedziała, że było to coś złego, tylko na podstawie przerażenia, które widziała w oczach córki. Głuche dzieci wobec tego typu wykorzystania pozostają bezbronne. Czasem nawet nie potrafią krzyknąć ani zawołać o pomoc.
Problemy głuchych kobiet w Polsce są inne niż problemy mężczyzn?
Wykluczenie komunikacyjne dotyka ich w podobny sposób. W książce zwracam uwagę na to, co głuche kobiety przeżywają w salach porodowych. Bywa, że kobieta w ciąży nie jest w stanie porozumieć się z personelem w szpitalu. A głucha pacjentka musi przecież wypełnić różne dokumenty przed porodem, udzielić licznych informacji. Nieraz nie rozumie tekstu, pod którym się podpisuje. Dlatego głuche, zanim trafią na oddział, porozumiewają się między sobą, pytają innych głuchych kobiet, jak to jest, co je czeka. Problem pojawia się zresztą już na etapie szukania szkoły rodzenia. Takich z tłumaczami zwykle nie ma, muszą więc na własną rękę znaleźć tłumacza, a to duże kwoty, około 150 zł za godzinę. Jeśli kurs w szkole trwa kilkadziesiąt godzin, łatwo policzyć, że mówimy o pieniądzach dla niektórych nieosiągalnych. Mogą starać się o dofinansowanie, ale to kolejne pisma, podania, procedury.
Szpitale nie mają obowiązku zapewnienia w takich sytuacjach tłumaczy?
Dzięki ustawie o dostępności z 2019 roku głusi mogą złożyć skargę, jeśli szpital nie zapewni im tłumacza, choć już po fakcie. Jednak przez całe dekady głuche kobiety musiały same sobie organizować tłumaczy, bo inaczej byłyby skazane na brak wiedzy o tym, co się wokół nich dzieje. Dlatego jednym ze sposobów radzenia sobie podczas porodu jest poproszenie o pomoc bliskich. Tłumaczą członkowie rodziny, siostry, matki, nawet szkolne wychowawczynie. A przecież poród to sytuacja ekstremalna, ważna. Chciałoby się dużo rzeczy wiedzieć, przygotować do niego, a także mieć dostęp do informacji, co z naszym dzieckiem, czy jest zdrowe. Tymczasem rzeczywistość głuchych ciężarnych to poruszanie się po omacku. Pewna kobieta trafiła do szpitala z zagrożoną ciążą, był przy niej głuchy mąż, ale nie mógł wejść do sali. Została sama. Na początku lekarze pisali do niej na kartce, ale potem wszystko działo się tak szybko, że nie było już na to czasu. Mogła tylko próbować czytać z ruchu warg, domyślać się, co się dzieje. Zakładała, że będzie miała cesarskie cięcie, ale nie była tego pewna. Rozmawiałam też z dorosłym dziś mężczyzną, który mając osiem lat, wszedł z mamą do sali porodowej. Musiał tłumaczyć, przekazać mamie, że dziecka nie udało się uratować. Był przerażony, słyszał wokół krzyki, widział krew. Dopiero po latach zdał sobie sprawę, jaka odpowiedzialność na nim spoczywała i jak to wtedy nim wstrząsnęło.
Dużo piszesz o wstydzie. Głusi mają poczucie wstydu, że nie są jak słyszący, słyszące dzieci wstydzą się rodziców, a może i my, słyszący, powinniśmy się wstydzić, że tak mało o głuchych wiemy?
Głusi są świadomi swojego języka, swoich praw, nie czują się gorsi. Czasy, gdy wstydzili się migać na ulicy, na szczęście minęły. Mówią: ,,Jesteśmy Polakami, Polkami, chcemy się porozumiewać w języku, który jest nasz”, podkreślają odrębność kultury Głuchych. Słyszący wstydzą się, że nie wiedzą o głuchych wielu rzeczy. Jak podejść, jak nawiązać kontakt, jak się porozumieć. Przytaczam w książce opowieść słyszącej kobiety, której rodzice byli głusi. Matka zapytała ją, czy wstydzi się swoich głuchych rodziców. Powiedziała prawdę: tak. Ale nie chodziło jej o wstyd za to, jakimi są, lecz wstyd za świat, który jej głuchych rodziców otacza. Sąsiedzi niejednokrotnie składali na jej rodziców skargi, bo miała być za głośno. A że nie słyszeli siebie nawzajem, może faktycznie szurali krzesłami, zamykali głośno drzwi. Otoczenie odbierało te dżwięki jako hałas, a rodzice dziewczyny tak po prostu żyli. ,,Podobno jesteśmy za głośni” – mówiła mi ich córka. ,,Małpy idą” – słyszała, jak mówią o jej rodzicach sąsiedzi. I jako dziecko chciała się jakoś odegrać, zostawiła więc sąsiadom na wycieraczce psią kupę.
Co to znaczy, że głusi – przez duże ,,g” – mają swoją kulturę?
Głusi mówią o tym, że są mniejszością, i walczą o swoje prawa, w tym o to najważniejsze – prawo do własnego języka, także edukacji w polskim języku migowym. Żyjemy razem w jednym kraju, obok siebie, i mówimy dwoma różnymi językami. Gdy słowo ,,Głusi” zapisują przez duże ,,g”, mają na myśli własną tożsamość, historię, wspólnotę doświadczeń, a nie głuchotę w sensie medycznym. Bartosz Marganiec mówi w ,,Głuszy”: ,,Głusi są nienormatywni. Oni są normalni, ale inni niż reszta”.
Anna Goc – dziennikarka, reporterka. Autorka książki ,,Głusza”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego, Grand Prix Nagrody Dziennikarzy Małopolski oraz Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Trzykrotnie nominowana do nagrody Grand Press w kategorii reportaż prasowy. Wyróżniona przez Amnesty International Polska za reportaże o prawach osób głuchych.
***
Metki, hałas i inne nieprzyjemności
Niektórym trudno zaakceptować, że dziecko przeżywa jakąś frustrację, ale ona naprawdę czasem bywa rozwojowa. Z prof. Agnieszką Słopień rozmawia Ewa Pągowska. Wysokie Obcasy, lipiec 2026
Córka nie chce nosić do szkoły piórnika, bo jest zrobiony z nieprzyjemnego w dotyku materiału, syn domaga się odcięcia metek od ubrań, chłopiec w restauracji krzyczy z powodu hałasu i zasłania sobie uszy, dziewczynka musi wyjść z hipermarketu, bo tam jest zbyt dużo kolorów – czytam o tym w social mediach i słyszę od znajomych. Czy tak duża wrażliwość na bodźce u dzieci to cecha osobowości, niepokojący objaw czy znak naszych czasów?
– Wiadomo, że każdy z nas trochę inaczej reaguje na bodźce dźwiękowe, dotykowe czy wzrokowe. W środowisku medycznym i psychologicznym bardzo wysoką wrażliwość na bodźce niektórzy uznają za cechę temperamentu. Inni natomiast uważają, że jest ona zawsze przypisana do jakichś zaburzeń. Nie tylko neurorozwojowych jak ADHD czy spektrum autyzmu, ale też lękowych czy depresyjnych lub stanów psychotycznych występujących np. w przebiegu schizofrenii.
Jakie opinie przeważają?
– Dopóki z wysoką wrażliwością nie wiążą się gwałtowne reakcje, jak np. krzyk i zatykanie uszu czy konieczność natychmiastowego wyjścia z pomieszczenia, o czym pani opowiadała, ani nie ma większych konsekwencji dla funkcjonowania człowieka, bo np. wystarczy wyciąć metki z ubrań, to traktuje się ją jako cechę temperamentu, a nie objaw zaburzenia.
Kilkulatki mogą bardzo gwałtownie reagować w wielu sytuacjach, np. kiedy rodzice nie chcą im kupić zabawki.
– Tak, dlatego stawiając diagnozę, nie powinno się patrzeć na jeden objaw, tylko na całość funkcjonowania, na rozwój pacjenta, na to, co się wydarzyło wcześniej i na to, co się obecnie dzieje. Na przykład u dzieci 2 – 3-letnich może pojawić się niechęć próbowania nowych pokarmów. To jest zwykle przejściowe i traktujemy to jako etap rozwoju. Nie można też stawiać diagnozy wyłącznie na podstawie wyników jednego testu.
Niektórzy specjaliści tak robią.
– Wiem o tym doskonale, ale to jest błąd. Pacjentowi, który jest lękowy lub ma schizofrenię, w teście może wyjść autyzm, którego w rzeczywistości nie ma.
Powiedzmy, że nadwrażliwość sensoryczna jest cechą osobowości dziecka. Można spodziewać się, że ono z niej wyrośnie?
– Ona może się zmieniać w czasie, ale całkowicie nie zniknie. Może też dotyczyć różnych obszarów. Jeden będzie bardziej wrażliwy na dźwięki, inny na zapachy. Jednocześnie może temu towarzyszyć zmniejszona wrażliwość na inny rodzaj bodźców, np. dotykowe.
Rodzice czasem zastanawiają się, czy to nie są zaburzenia integracji sensorycznej.
– Nie jestem terapeutką integracji sensorycznej. Mogę wypowiedzieć się tylko jako psychiatrka dziecięca, która specjalizuje się w diagnostyce zaburzeń ze spektrum autyzmu oraz psychoterapeutka.
Proszę.
– Jeśli chodzi o klasyfikacje chorób i zaburzeń, to w nich nie ma takiej jednostki jak ,,zaburzenia integracji sensorycznej”. Wokół tego pojęcia jest zresztą wiele kontrowersji w środowisku. Terapia integracji sensorycznej jest w Polsce bardzo rozpowszechniona, ale nie ma wystarczająco dobrych jakościowo badań, które dowodziłyby jej skuteczności w zmniejszaniu objawów zaburzeń, np. tych ze spektrum autyzmu. To nie znaczy, że ta terapia w ogóle nie poprawia funkcjonowania pacjenta. Może to robić w jakimś małym zakresie.
To znaczy?
– To tak jak z terapią języka w autyzmie. Dzięki niej pacjent być może nauczy się słów, ale to nie znaczy, że będzie umiał komunikować się z innymi.
Czy w ostatnich latach więcej rodziców przychodzi do pani z dziećmi, które mają nadwrażliwość sensoryczną?
– Z tym raczej do psychiatry nie przychodzą. Prędzej do psychologa. Do psychiatry przychodzą wtedy, gdy ta nadwrażliwość jest jednym z wielu objawów, które ich niepokoją.
Czy ona występuje dziś częściej niż kiedyś?
– Na pewno zdecydowanie częściej o niej mówimy, ale można też podejrzewać, że ogromna liczba bodźców, jakie dziś do nas docierają, sprawia, że wszyscy stajemy się na nie bardziej wrażliwi. Dorośli są nimi przytłoczeni, a co dopiero dzieci. Na ekranach telewizorów, komputerów i smartfonów szybko zmieniają się obrazki, w mieście na ulicy jest hałas samochodów, gwar rozmów, w każdym sklepie gra inna muzyka.
Z kolei bodźce dotykowe mamy chyba trochę ograniczone? Dzieciaki kiedyś więcej czasu przebywały na zewnątrz i częściej miały kontakt fizyczny z różnymi materiałami i fakturami: piaskiem, kamieniami, gałęziami, trawą, błotem. Dzisiaj te powierzchnie są bardziej przewidywalne, gładkie i podobne do siebie.
– To prawda. Mam też wrażenie, że brakuje bodźców mniej intensywnych, które można znaleźć właśnie w przyrodzie, np. szelestu liści czy odgłosów wydawanych przez ptaki. Kontakt z naturą, możliwość swobodnego eksplorowania otoczenia oraz zabawy z rówieśnikami, w tym kłótnie i rozwiązywanie konfliktów – to wszystko miało znaczenie także dla rozwoju społeczno-emocjonalnego. Dziś coraz częściej widzimy, że dzieci i młodzi ludzie nie radzą sobie z małymi trudnościami.
Kiedy urodziłam syna, położna poradziła mi, żeby tam, gdzie śpi, nie było przesadnie cicho, bo potem będzie drażnił go każdy dźwięk.
– To wszystko nie jest takie proste. Jeśli dziecko od samego początku jest bardzo wrażliwe, niekiedy rzeczywiście trzeba ograniczyć mu bodźce czy wyeliminować różne trudności, żeby zmniejszyć ryzyko pojawienia się objawów depresyjnych czy lękowych w przyszłości. Ale też nie powinniśmy usuwać wszystkiego, co może je frustrować, bo później kiedy pojawi się jakaś trudność, będzie wobec niej zupełnie bezradne. Ja wiem, że dziś niektórym trudno zaakceptować, że dziecko przeżywa jakąś frustrację, ale ona naprawdę czasem bywa rozwojowa. Czegoś uczy, np. sprawia, że dziecko staje się bardziej wytrwałe. Poza tym czasem troska o to, by ono nie czuło dyskomfortu, prowadzi do tego, że lekceważymy jego inne ważne potrzeby.
To znaczy?
– Nie widzę sensu upierać się przy tym, żeby dziecko nosiło konkretny piórnik. Znam też osoby, które nie cierpią skarpetek, więc albo ich w ogóle nie noszą, albo zakładają bardzo cienkie, ale w niczym im to nie przeszkadza. Natomiast uważam, że jeśli dziecko nie chce zakładać majtek, bo go drażnią, trzeba starać się je do tego przekonać czy szukać sposobu, by lepiej to znosiło, bo nienoszenie bielizny może skutkować jakimiś zakażeniami. Jeśli nadwrażliwość dziecka wręcz destabilizuje życie, warto też zastanowić się, czy to nie jest rezultat działania osób w jego otoczeniu. Być może tak się nad nim ,,pochylali”, że wygenerowali problem? Może tak bardzo się dopasowywali, że wzmocnili jego trudności, a może na siłę dopatrują się jakiejś nieprawidłowości? Polecam książkę ,,Wiek diagnozy” neurolożki Suzanne O’Sullivan. Ona pisze, że dziś mamy potrzebę diagnozowania wszystkiego. Każdej trudności. Uważam, że wszyscy na tym tracą. Trochę jakbyśmy zapomnieli, że wszyscy różnimy się temperamentem i historią życia, że jedni się trochę bardziej wściekają, a inni są spokojniejsi, że miewamy gorsze okresy i to jest normalne. Dziś bardzo potrzebujemy nadać wszystkiemu nazwę.
Skąd to się bierze?
– Częściowo stąd, że chcemy zrozumieć swoje zachowanie i zobaczyć swoje potrzeby. Oczywiście nie ma nic złego w dookreślaniu siebie. Dzięki temu lepiej nam się żyje, ale nie zawsze od razu trzeba stawiać rozpoznania. Ta chęć diagnozowania i klasyfikowania wszystkiego to też trochę wynik działania specjalistów, którzy mówią dużo o konieczności bycia uważnym na różne objawy. W zależności od tego, jakie teorie są im bliskie, takie objawy znajdują się w centrum ich uwagi.
Rozumiem, że dotyczy to także obserwowania dzieci?
– Tak. My, specjaliści, czasami zbyt mało ufamy kompetencjom opiekunów i ich doświadczeniu. Mamy tendencję do naprawiania rodziców zamiast ich wzmacniania czy pracowania na ich zasobach. Chcielibyśmy wszystko bardzo wcześnie zauważyć, żeby tylko na pewno nic złego w przyszłości się nie wydarzyło. W rezultacie czasem dostrzegamy objawy zaburzeń tam, gdzie ich nie ma. Co ciekawe, tak jak w niektórych przypadkach wszyscy jesteśmy zbyt czujni – rodzice, pedagodzy, psycholodzy i lekarze – tak w innych potrafimy bagatelizować ewidentne problemy, np. to, że trzylatek nie mówi. Czasami słyszę: ,,Przecież chłopcy zaczynają mówić później”. To prawda, że normy rozwojowe są szerokie, ale gdzieś jednak są ich granice. Dziś mamy dowody na to, że opóźniony rozwój mowy będzie się później przekładać na różne aspekty życia.
Może to jest kwestia tego, na co aktualnie jest fokus, o czym się mówi w przestrzeni publicznej, jaki temat częściej poruszają media?
– Być może, ale są też zaburzenia i choroby, na które nigdy nie było fokusu, np. na schizofrenię.
Bo tej choroby bardzo się boimy.
– Tak, lęk przed nią jest ogromny. Ludziom się wydaje, że osoby ze schizofrenią są bardziej niebezpieczne niż inne. Niesłusznie. Ta choroba nie jest też romantyzowana w przeciwieństwie do niektórych zaburzeń psychicznych czy rozwojowych.
Schizofrenia nie bywa przedstawiana jako supermoc, jak to się zdarza chociażby w przypadku ADHD czy spektrum autyzmu.
– To prawda. Jeśli chodzi o autyzm, to dużo zmieniło się w podejściu do niego, kiedy zaczęto mówić szerzej o osobach w spektrum, które są jednocześnie w normie intelektualnej. I dobrze, bo one też cierpiały, a czasem nie dostrzegało się ich problemów. Teraz z kolei trochę pomija się osoby, które mają dużo większe trudności i np. wymagają całodobowej opieki.
Coraz więcej osób mówi, że jest w spektrum autyzmu. Czy rzeczywiście to zaburzenie jest dziś częstsze?
– Na pewno tak, ale też rozszerzono kryteria diagnostyczne. Kiedyś pewne kłopoty z wchodzeniem w interakcje czy specyficzny sposób myślenia, które dziś są uważane za objawy autyzmu, były uznawane za normę lub traktowane jako ,,dziwactwo”.
Kiedy na pewno poszłaby pani z nadwrażliwością dziecka do specjalisty?
– Wtedy, gdy cierpi lub jego funkcjonowanie jest zakłócone. A już na pewno, gdy pojawią się dodatkowe objawy, np. lękowe czy depresyjne. To zresztą uniwersalna reguła w przypadku różnych problemów. Jeśli natomiast dziecko miewa czasem trudności, ale dobrze sobie z nimi radzi – samodzielnie lub z naszą pomocą – to naprawdę nie trzeba chodzić z nim do psychologa czy psychiatry. Poza tym czy my naprawdę musimy patrzeć na własne dziecko jak na zbiór potencjalnych objawów?
***
W ciszy dorosłych
Tomek ma najlepszego przyjaciela – Gostka! To najfajniejszy i najzabawniejszy kumpel, jakiego można sobie wyobrazić. Problem polega na tym, że jedynie Tomek go widzi i słyszy. Dodatkowo ,,genialne” pomysły Gostka wpędzają chłopca w coraz to większe tarapaty. W końcu rodzice, załamani poczynaniami Tomka, postanawiają wysłać go do Domu Dobrej Nadziei. Liczą na to, że tam Gostek zniknie wreszcie z życia ich syna. Tyle, że Tomek nie chce się rozstać z przyjacielem. Czy musi się z nim pożegnać tylko dlatego, że inni go nie widzą? (fr. książki)
Książka Pietera Koolwijka ,,Gostek” wydaje się historią o chłopięcej przyjaźni. Ale jest o tym, czego rodziny nie umieją nazwać. I o tym, jak to jest, gdy świat dziecka przestaje się mieścić w ramach wygodnych dla dorosłych. O dziecięcej wyobraźni, zdrowiu psychicznym i rodzinnych tajemnicach – rozmawiają psycholożka Michalina Gajewska i Agnieszka Karp-Szymańska. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

Tomek ma towarzysza idealnego: odważnego, zabawnego i zawsze gotowego na przygodę. Problem w tym, że nikt poza nim go nie widzi. Z czasem jednak ta historia okazuje się czymś znacznie więcej niż opowieścią o wyobraźni. To historia o emocjach, samotności i tym, co dzieje się z dzieckiem, kiedy dorośli nie potrafią mówić o własnym bólu.
Agnieszka Karp-Szymańska: Tomek ma przyjaciela, przy którym jest odważniejszy, szczęśliwszy i bardziej sobą. Dlaczego dorośli w tej historii tak szybko zaczynają się niepokoić?
Michalina Gajewska: Dla dorosłych problem zaczyna się tam, gdzie kończy się to, co racjonalne. Małe dziecko z wymyślonym przyjacielem zwykle budzi rozczulenie – wydaje się kreatywne, rozwija wyobraźnię. Ale kiedy Tomek idzie do szkoły, oczekiwania się zmieniają. Fantazja przestaje być urocza, zaczyna być niepokojąca. I książka bardzo dobrze pokazuje ten moment graniczny – kiedy świat dziecka przestaje się mieścić w ramach wygodnych dla dorosłych.
A przecież Tomek nie uważa Gostka za wymyślonego przyjaciela. Po prostu wierzy, że jest on niewidzialny.
– I to jest bardzo ważne. Tomek nie ma poczucia, że robi coś dziwnego. Wręcz przeciwnie – dziwi się, że inni nie mają własnego Gostka. Chce, żeby rodzice zaakceptowali jego przyjaciela, zrobili mu miejsce w świecie. To bardzo dziecięce i jednocześnie bardzo prawdziwe. Dziecko nie pyta: ,,Czy moja emocja jest logiczna?” Ono po prostu ją przeżywa.
Książka długo pozwala czytelnikowi wierzyć, że to przede wszystkim opowieść o sile wyobraźni. Ale Gostek zaczyna ,,jechać po bandzie”.
– Dosłownie. Pojawiają się chaos, niebezpieczne sytuacje, coraz większe trudności w relacjach. Autor robi coś bardzo mądrego – pozwala nam zachwycić się tym światem razem z Tomkiem, ale jednocześnie stopniowo pokazuje jego cenę. To ważne także psychologicznie. Wymyślony przyjaciel zwykle pomaga dziecku – dodaje odwagi, wspiera. W ,,Gostku” w pewnym momencie zaczyna jednak przejmować kontrolę. A to już jest sygnał alarmowy.
Czyli książka pokazuje moment, kiedy fantazja przestaje wspierać, a zaczyna izolować?
– Tak. I robi to bez moralizowania. Tomek nie jest ,,dziwnym dzieckiem”, nie jest też ,,problemem do naprawienia”. To chłopiec, który próbuje sobie z czymś poradzić. Bardzo poruszające jest to, że autor nie oskarża dziecka. Raczej pyta: co takiego wydarzyło się wokół niego, że Gostek stał się aż tak potrzebny?
Dużo mówi pani o dorosłych. Tymczasem rodzice Tomka długo nie wiedzą, co zrobić. Ojciec próbuje rozmawiać, matka chce, żeby syn był ,,normalny”.
– I to jest bardzo prawdziwe. Rodzice często reagują z poziomu własnego lęku. Chcą, żeby problem zniknął, bo sami nie wiedzą, jak go pomieścić. Książka nie idealizuje rodzicielstwa. Pokazuje, że rodzice też bywają zagubieni, popełniają błędy, potrzebują czasu, żeby zrozumieć dziecko. Ale jest tam też ważna myśl: kiedy dziecko wpuszcza nas do świata swojego wymyślonego przyjaciela, tak naprawdę mówi: ,,Chcę ci coś pokazać. Nie umiem inaczej”.
Jednym z najmocniejszych momentów książki jest pobyt Tomka w szpitalu psychiatrycznym. W literaturze dziecięcej to wciąż rzadkość.
– I właśnie dlatego ,,Gostek” jest tak wyjątkowy. Autor odczarowuje temat pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Nie pokazuje jej jako kary ani końca świata. Widzi też opór dziecka. Tomek nie chce stracić Gostka, bo Gostek daje mu coś, czego brakuje w realnym świecie: poczucie bezpieczeństwa, ekscytację, bliskość. Ale jednocześnie książka pokazuje coś jeszcze – że zdrowienie nie polega na ,,naprawianiu dziecka”, tylko na odbudowywaniu relacji.
W szpitalu Tomek poznaje Lunę, która jest Gostka przeciwieństwem – zamiast ucieczki w wyobraźnię proponuje mu brutalną szczerość. Dlaczego właśnie ona okazuje się dla niego punktem zwrotnym? I co ta relacja mówi o zdrowieniu?
– Luna jest dla Tomka kimś zupełnie innym niż Gostek. Gostek odciąga go od trudnych emocji, pozwala uciekać w zabawę i fantazję, mówi: ,,nie przejmuj się, chodź ratować świat”. Luna robi coś odwrotnego – zatrzymuje go i zmusza do spojrzenia na rzeczywistość. Nie jest miła za wszelką cenę, potrafi powiedzieć wprost: ,,przez twoje wygłupy wszyscy mamy kłopoty”. I właśnie to działa. Ona nie oszukuje Tomka, nie szkodzi mu, tylko pokazuje konsekwencje jego zachowania. To pierwszy moment, kiedy Tomek naprawdę łapie kontakt z drugim człowiekiem i zaczyna rozumieć, że zdrowienie wymaga dezyzji: co jest wyobraźnią, która zaczyna niszczyć życie, a co rzeczywistością, z którą trzeba się zmierzyć. Luna sama bardzo chce wyzdrowieć i walczy o powrót do życia – dlatego nie pozwala Tomkowi ściągać siebie w dół.
Przyszło mi do głowy, że Gostek jest trochę jak ChatGPT – wspierający, potakujący, zawsze gotowy powiedzieć: ,,dobrze to wymyśliłeś”. Dlaczego taka relacja może być jednocześnie pomocna i niebezpieczna, zwłaszcza dla dzieci?
Bo wszyscy lubimy czuć się dobrze i słyszeć, że sobie radzimy. Lubimy, kiedy ktoś nas wspiera, nie burzy naszego spokoju i nie zmusza do konfrontowania się z trudnymi emocjami czy konsekwencjami własnych działań. W tym sensie Gostek przypomina kogoś, kto zawsze jest po naszej stronie – pociesza, daje ulgę, pomaga uciec od tego, co trudne. I oczywiście w tym jest coś bardzo kuszącego. Problem zaczyna się wtedy, gdy taki wspierający głos staje się jedynym punktem odniesienia. Dzieci – ale także dorośli – potrzebują nie tylko akceptacji, lecz także kogoś, kto czasem zatrzyma i powie: ,,sprawdźmy, co się naprawdę dzieje”, ,,jakie mogą być konsekwencje?”, ,,czy to ci służy?”. Bez tego łatwo utknąć w świecie, który daje natychmiastową ulgę, ale oddala od prawdziwych relacji i realnych problemów. W książce pięknie pokazano, że zdrowienie zaczyna się wtedy, gdy obok wspierania pojawiają się też szczerość i konfrontacja z rzeczywistością. Dlatego tak ważna okazuje się Luna – ktoś, kto nie odrzuca Tomka, ale też nie pozwala mu schować się wyłącznie w tym, co wygodne i bezpieczne.
No i finał. Kiedy okazuje się, że pod historią Gostka kryje się rodzinna żałoba, książka nagle przesuwa środek ciężkości.
– To był dla mnie najmocniejszy moment. Nagle rozumiemy, że Tomek przez cały czas coś czuł, ale nikt nie powiedział mu prawdy. Dzieci świetnie wyczuwają napięcia, emocje i przemilczenia. Nawet jeśli nie znają faktów, wiedzą, że coś jest nie tak. I próbują to sobie wyjaśnić. Książka pokazuje więc coś bardzo niewygodnego: że czasem największy problem dziecka nie zaczyna się w jego głowie, tylko w ciszy dorosłych.
Komu poleciłaby pani tę książkę?
– Przede wszystkim dorosłym. Rodzicom, nauczycielom, wszystkim, którzy pracują z dziećmi. Ale też dzieciom – najlepiej czytaną razem, kawałek po kawałku. To jedna z tych książek, które na różnych etapach życia opowiadają zupełnie inną historię. Jedni zobaczą opowieść o przyjaźni i przygodzie. Inni – historię o zdrowiu psychicznym. A jeszcze inni bardzo poruszającą opowieść o rodzinie – przełamywaniu w niej tematów tabu i dawaniu nadziei.
Ta niezwykła powieść pozwala młodym czytelnikom spojrzeć na świat z unikalnej perspektywy. Autor – Pieter Koolwijk – z niezwykłą empatią i błyskotliwym poczuciem humoru wplata w fabułę kwestie zdrowia psychicznego dzieci. Stawia przy tym odważne pytanie o to, co jest normalnością, a co szaleństwem. ,,Gostek” stał się fenomenem wydawniczym w Holandii; historię Tomka i jego przyjaciół pokochały zarówno dzieci, jak i dorośli. To jedna z tych książek, która raz przeczytana zostaje z czytelnikami na zawsze (fr. książki).
Michalina Gajewska: psycholog, absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej; szkoliła się w zakresie pomocy dziecku z zaburzeniami emocjonalnymi, zachowania i rozwoju, ze szczególnym uwzględnieniem Zespołu Aspergera, ADHD i lęków dziecięcych. Pracuje jako psycholog – praktyk w szkole podstawowej i przedszkolach (diagnoza i terapia dzieci, wspieranie mocnych stron dziecka i redukowanie napięć emocjonalnych, pomoc rodzicom). Nauczyciel akademicki na wydziałach pedagogicznych UW i WSP ZNP. Szkoli rodziców i specjalistów; konsultuje problemy psychologiczne dotyczące dzieci, rodzin i rodziców. Współprowadzi grupowe zajęcia Treningu Umiejętności Społecznych dla dzieci w wieku 7-12 lat.
***
Poznać lęk
Każdy ma prawo się bać, niezależnie od sytuacji. Nie ma rzeczy, których nie można lub nie należy się bać. Każdy z nas ma prawo ocenić to indywidualnie. Istotne jest, byśmy nauczyli się akceptować pojawianie się lęku i działać w jego towarzystwie. Tekst: Artur Gębka. Fragment książki ,,Znikodem i zagadka lęku”. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

Pomocne jest wspólne wykonanie ćwiczeń i podzielenie się swoim doświadczeniem. Opowiedz dziecku, w jakich sytuacjach odczuwasz lęk, kiedy jest to dla ciebie trudniejsze i co ci wówczas pomaga. Staraj się również nie oceniać lęku dziecka jako czegoś negatywnego, czego trzeba się pozbyć. Trudno żyć z czymś, co ,,jest dla nas złe”, skoro nigdy nas nie opuści. Jeśli tobie lub twojemu dziecku bardzo trudno zaakceptować odwiedziny lęku, zawsze możecie skorzystać ze wsparcia specjalisty w zakresie zdrowia psychicznego.
Myśli to sygnał dla lęku
Lęk bardzo często pojawia się w odpowiedzi na nasze myśli. Chce tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Warto jednak zauważać, co się myśli – to pomaga oswoić lęk. Pamiętaj, że to, iż jakaś myśl wpadła nam do głowy, wcale nie oznacza, że musimy od razu robić, co ona nakazuje. Kolejny eksperyment pozwala to łatwo sprawdzić. Co zatem robić z myślami? Warto je zauważyć i świadomie zdecydować, czy dana myśl nam pomaga, czy raczej przeszkadza. A potem zrobić to, co dla nas lepsze. Co to oznacza? Poniższe ćwiczenia pomogą to zrozumieć.
Eksperyment 1 Pomyśl: ,,Macham ręką”. A teraz skup się mocno i jeszcze raz pomyśl: ,,Macham ręką”. Czy to spowodowało pomachanie ręką? Zapewne nie. Zatem samo pomyślenie o czymś nie musi automatycznie powodować zachowania. Możemy zachować się inaczej, niż podpowiada dana myśl. Możemy też pomyśleć, że coś robimy, i wcale tego nie robić. Albo odwrotnie – pomyśleć, że nie damy rady czegoś zrobić (np. pójść do nowej szkoły), a jednak to zrobić.
Eksperyment 2 Postaraj się przez chwilę nie myśleć o tańczących psach. Z całych sił staraj się nie myśleć o tańczących psach. I jak? Prawdopodobnie – jak u większości osób – właśnie pojawiły się w twojej głowie obrazy tańczących psów. To naturalne, że im bardziej staramy się o czymś nie myśleć, tym częściej dana myśl chce do nas wrócić.
Ćwiczenie 1 Zamknij oczy i wyobraź sobie, że idziesz do szkoły. Dziś masz sprawdzian z matematyki, którego się boisz. Twój lęk towarzyszy ci w drodze. Właśnie przechodzisz koło sklepu zoologicznego. Na wystawie widzisz różne ciekawe i zabawne zwierzęta. Wpada ci do głowy następująca myśl: ,,Nie pójdę do szkoły i zamiast tego pooglądam zwierzaki”. Zatrzymaj się przy tej myśli i zastanów, czy jest dla ciebie dobra. Jeśli postępujesz zgodnie z nią, to rodzice i nauczyciele będą niezadowoleni, a ty będziesz mieć zaległości w lekcjach. Zatem posłuchanie myśli przyniesie ci więcej szkody. W tej sytuacji lepiej postąpić inaczej, niż podpowiada myśl. Najpierw jednak trzeba ją zauważyć. Jak to zrobić? Na przykład możesz zadać sobie pytanie: ,,Jaka myśl pojawiła się teraz w mojej głowie?”.
Ćwiczenie 2 Pewne myśli bardziej niż inne pomagają nam oswoić lęk. Oto, jak możesz nauczyć się je rozróżniać. Wytnij z papieru lub kartonu wielką głowę. Następnie przygotuj karteczki w kolorze czerwonym i zielonym. Spośród podanych poniżej przykładów myśli zapisz na zielonych karteczkach te, które pomagają ci dogadać się z lękiem, a na czerwonych te, które mówią, że z lękiem należy walczyć lub że należy go unikać (tych myśli lęk nie lubi). Następnie poukładaj karteczki na kartonowej głowie.
Przykłady: ,,Nie wolno się bać”; ,,Trzeba być silnym”; ,,Mogę się tak czuć – to nic złego się bać”; ,,Każdy się czegoś boi”; ,,Mogę się bać i jednocześnie iść do dentysty”; ,,To głupie bać się sprawdzianu”; ,,Jestem już za duży/duża by się bać ciemności”; ,,Można się bać, ale ja się boję za bardzo”; ,,Muszę pokonać strach”; ,,Nie ma się czego bać”; ,,To, że się boję, nie musi sprawić, że tego nie zrobię”; ,,Mogę się bać i spróbować pójść na zajęcia ze śpiewu”; ,,Mogę się bać i pojechać na kolonię”; ,,Mogę się bać i sobie poradzić”; ,,Jeśli ma mi nie wyjść, to lepiej nie iść do szkoły”; ,,Jeśli mam nie wygrać, to lepiej w ogóle nie uczestniczyć w konkursie”.
Jak widzisz, do głowy mogą nam wpadać bardzo różne myśli. Musimy im się przyjrzeć, by odróżnić te, które pomagają nam oswoić i poznać lęk, od tych, które mówią, że lepiej unikać lęku i że trzeba z nim walczyć.
Artur Gębka: psycholog, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. W pracy korzysta z modeli terapeutycznych ACT, DBT i terapii schematu. Prowadzi terapię dzieci, młodzieży oraz osób dorosłych. Związany z Kliniką Terapii Poznawczo-Behawioralnej Uniwersytetu SWPS. Autor książek dla dzieci.
***
Zmęczenie, zobojętnienie i zwątpienie
Coraz trudniej wstawać rano. Coraz mniej sytuacji sprawia przyjemność. Życie wydaje się klatką z kołowrotkiem, z którego nie można zejść, bo cała konstrukcja się rozpadnie. Kontrast między tym, jakim rodzicem chciało się być, a tym, jak jest, rozdziera serce. O tym, jakie sygnały ostrzegają nas, że zaczynamy się wypalać w roli rodzica, i jak z tym stanem sobie radzić – mówi Sylwia Włodarska, autorka książki ,,Wypalenie rodzicielskie”. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

Monika Kamińska-Wcisło: Czy pamięta pani ten moment, kiedy zrozumiała, że doszła do ściany, że potrzebuje pomocy?
Sylwia Włodarska: Pamiętam wiele takich momentów. To nie było jedno spektakularne wydarzenie, tylko raczej coraz częściej powtarzające się doświadczenie, że już dłużej tak nie dam rady. Rzeczy, które kiedyś były zwyczajną częścią codzienności, zaczynają mnie przerastać, wszystko kosztuje bardzo dużo energii. Pamiętam takie odczucie, że jestem jak człowiek, który cały czas coś niesie. Dźwiga. Organizuje. Ogarnia. I że już nawet nie chodzi o to, że jest ciężko. Bardziej o to, że moje ciało i układ nerwowy przestają współpracować. Coraz częściej pojawiała się myśl: ,,nie mam już siły”. Na początku pełna złości, głośna. Później coraz częściej mówiona z miejsca bezsilności i wypełniona smutkiem. Pamiętam też momenty, w których zaczęłam zauważać, że coraz mniej mam dostępu do zaciekawienia dziećmi. Do lekkości. Do ciepła. Coraz więcej było działania z automatu i potrzeby przetrwania. Myślę, że bardzo długo próbowałam po prostu bardziej się starać. I wcale się temu nie dziwię – żyjemy w kulturze, która bardzo mocno uczy rodziców, zwłaszcza matki, że kiedy jest trudno, to trzeba się bardziej postarać, lepiej zorganizować, mniej narzekać. To był bardzo intensywny czas w moim życiu. Dorastające dzieci, zmiana szkół, etapów edukacji, dwójka w liceum, w tym jedno z nich wybierało się na studia, najmłodsze wchodziło w okres dojrzewania, do tego przeprowadzka. Wypalenie rodzicielskie nie dotknęło mnie, kiedy dzieci były małe. Warto podkreślić, że to zjawisko, którego można doświadczyć na każdym etapie rodzicielstwa. Jednym z najtrudniejszych momentów był ten, kiedy zorientowałam się, że już nawet nie mam siły próbować kolejny raz ,,ogarniać”, że nie potrzebuję kolejnego poradnika ani większej samodyscypliny, tylko realnego wsparcia i opieki.
Kiedy nazwała pani to, z czym się zmaga, wypaleniem rodzicielskim?
– Najpierw było zmęczenie, przeciążenie, niezgoda na to, jak jest, oddalanie się od siebie i od dzieci. A dopiero potem trafiłam na pojęcie wypalenia rodzicielskiego i poczułam pewien rodzaj ulgi, że to doświadczenie ma nazwę. Nazwa na to, czego doświadczałam, pomogła mi szukać wskazówek do poruszania się po tym terenie.
Wypalenie rodzicielskie nie jest oznaką braku miłości do dziecka. To sygnał, że ktoś zbyt długo próbował dawać więcej, niż miał w swoich zasobach. Jeśli je rozpoznamy i zaakceptujemy, wypalenie może nam pokazać, że nasza codzienność woła o zmianę, że potrzebna jest nam odnowa.
Co czuje matka na kanapie u terapeuty? Co myślała pani o sobie? Rodzicielstwo, macierzyństwo – w naszej kulturze funkcjonuje przekonanie, że dobry rodzic daje radę sam.
– Terapeutka, do której się umówiłam, przyjmowała w gabinecie, gdzie stała turkusowa kanapa. Pamiętam ją bardzo dokładnie. Kiedy tam weszłam i ją zobaczyłam, powiedziałam, że mam ochotę się położyć. Terapeutka powiedziała: ,,proszę to zrobić”. I się położyłam. Pierwsza myśl? Że mam brudne stopy i może śmierdzą. To był totalny miks. Wdzięczność, że leżę w cichym, chłodnym miejscu i ktoś mnie do tego zachęcił. Wstyd, że w ogóle tu jestem. Niepewność, bo to było nasze pierwsze spotkanie. I gdzieś pod tym wszystkim pytanie: do czego ja się doprowadziłam? Był też jeden dodatkowy poziom – syndrom oszustki. Zawodowo zajmuję się wspieraniem rodziców, prowadzę konferencje, sesje indywidualne, jestem certyfikowaną trenerką NVC, pracuję z Emotion Aid. Przecież tyle wiem. Przecież tym się zajmuję. I co? I leżę tutaj z brudnymi stopami na turkusowej kanapie? Właśnie to doświadczenie nauczyło mnie, że wiedza ani umiejętności nie chronią przed trudnymi doświadczeniami. One pomagają przez nie przejść, ale nie sprawią, że wyzwania przestaną przychodzić. I słyszę to samo od innych osób z branży pomocowej: ,,znam to, o czym mówisz, i też myślałam, że mnie to nie powinno dotyczyć”.
Czym jest wypalenie rodzicielskie i jak przebiegało u pani?
– To stan chronicznego przeciążenia emocjonalnego, fizycznego i relacyjnego, w którym człowiek więcej wydaje, niż dostaje, przez co w dłuższej perspektywie traci dostęp do zasobów potrzebnych do rodzicielstwa. Dla mnie wypalenie to przede wszystkim trzy ,,z”: zmęczenie, zobojętnienie i zwątpienie. Coraz trudniej wstawać rano. Coraz mniej sytuacji w rodzicielstwie sprawia przyjemność. Życie wydaje się klatką z kołowrotkiem, z którego nie można zejść, bo cała konstrukcja się rozpadnie. Zauważalny jest bolesny kontrast między tym, jakim rodzicem chciało się być i nawet było wcześniej, a tym, jak jest. Jest tęsknota za bliskością, zachwytem, radością, które zostały zastąpione przez działanie mechaniczne.
Czy zauważała pani wcześniej jakieś sygnały? Zapalały się czerwone lampki?
– Tak. I myślę, że bardzo wiele osób je zauważa, tylko często interpretuje je jako coś, co trzeba przeczekać albo ,,lepiej ogarnąć”. U mnie to było przewlekłe zmęczenie, drażliwość, coraz mniejsza radość z rzeczy, które wcześniej mnie karmiły. Coraz trudniej było mi odpoczywać naprawdę. Nawet, kiedy miałam chwilę wolnego, mój układ nerwowy dalej był w napięciu. Pojawiało się też coraz więcej automatycznych zachowań. Odpowiadałam ,,mhm”, ,,aha”, ale nie było mnie w tym kontakcie naprawdę. I myślę, że to jest bardzo ważny sygnał – kiedy rodzicielstwo zaczyna być głównie wykonywaniem zadań, a coraz mniej jest w nim obecności i relacji. Wypalenie ma swoje etapy: najpierw wycieńczenie emocjonalne i fizyczne, później dystansowanie się od dzieci, a następnie utrata poczucia skuteczności i sensu.
Jak nasze wypalenie przekłada się na życie rodziny, na relacje z naszymi dziećmi?
– Wypalenie wpływa na relacje, bo relacje potrzebują zasobów. Kiedy człowiek funkcjonuje w przewlekłym przeciążeniu, dużo trudniej o cierpliwość, elastyczność, zaciekawienie drugim człowiekiem. Łatwiej o wybuchy, drażliwość, odcinanie się emocjonalne albo działanie mechaniczne. To nie wynika z braku chęci budowania bliskich i bezpiecznych relacji. Raczej z tego, że przeciążony układ nerwowy przechodzi w tryb przetrwania. W wypaleniu rodzicielskim codzienne życie emocjonalne bardzo się zawęża. Jakby z całej palety emocji zostawały głównie dwa kolory: złość i smutek. I nawet one bywają ,,przybrudzone” zmęczeniem, napięciem i poczuciem winy. Rodzice częściej reagują automatycznie, trudniej im o lekkość, spontaniczność czy dostęp do czułości. Pojawiają się wycofanie, drażliwość, poczucie dystansu wobec dzieci i przekonanie, że ,,nie jestem takim rodzicem, jakim chciałam lub chciałem być”.
Jak radzić sobie z tymi trudnymi emocjami w relacji z dzieckiem?
– Radzenie sobie zaczyna się od zauważenia tych emocji i uznania, że są ważną informacją, a nie dowodem porażki. W podejściu opartym na porozumieniu bez przemocy emocje traktuje się jako sygnały mówiące o naszych potrzebach. Te przyjemne zwykle informują, że jakieś potrzeby są zaopiekowane, a trudne – że czegoś nam brakuje. Złość, smutek czy frustracja nie są więc problemem samym w sobie. Problemem jest raczej sytuacja, w której przez długi czas próbujemy ignorować to, o czym te emocje próbują nam powiedzieć. Dlatego tak ważne jest, by zamiast walczyć z emocjami, zacząć się zastanawiać, czego naprawdę potrzebujemy. Czasem okazuje się, że dotychczasowe sposoby dbania o siebie przestały działać i potrzebujemy nowych. To trudne, bo wypalenie odbiera kreatywność i poczucie sprawczości. Samo wypalenie można też potraktować jako sygnał alarmowy organizmu, który mówi: ,,tak dalej się nie da”. Ogromnie ważne jest to, by nie zostawać z tym doświadczeniem w pojedynkę. Wsparcie specjalistyczne, rozmowa z drugim człowiekiem, psychoedukacja dotycząca emocji i układu nerwowego, a czasem po prostu możliwość wyznania: ,,jest mi bardzo trudno” – potrafią być początkiem odzyskiwania kontaktu ze sobą. Wypalenie rodzicielskie nie jest oznaką braku miłości do dziecka. Jest raczej sygnałem, że ktoś zbyt długo próbował dawać więcej, niż miał już w swoich zasobach. Wypalenie, jeśli je rozpoznamy i zaakceptujemy, ma potencjał pokazania bardzo wyraźnie, że nasza codzienność woła o zmianę, że potrzebna jest nam odnowa.
Co pani pomogło przejść od zniechęcenia i zwątpienia do poczucia sensu?
– Nie było jednej rzeczy. To nie było pyk i wyjście. To robienie wielu małych kroków w kierunku wyjścia, które raczej jest długim korytarzem niż przejściem przez drzwi. Bardzo ważny był odpoczynek, ale nie rozumiany jako ,,szybka regeneracja, żeby dalej wydajnie działać”. Pomogła mi terapia, bycie pod opieką psychiatry, wspólnota przyjaciół i znajomych, rozmowy z innymi rodzicami. Zrozumiałam też, że nie muszę budować rodzicielstwa wokół heroizmu i poświęcenia. Ogromnie ważna była zmiana pytań, które sobie zadawałam. Zamiast: ,,jak zrobić więcej?’, coraz częściej pytałam: ,,jak żyć inaczej, tak żeby było nam łatwiej?”
Jest pani mamą trójki dzieci, to najmłodsze poszło innym trybem i jest w edukacji domowej. Czy ta decyzja była również związana z poszukiwaniem spokoju, odzyskiwaniem radości?
– Edukacja domowa była dla naszej rodziny jednym z elementów szukania większego spokoju i większej elastyczności. Nie myślę o niej jako o rozwiązaniu dla wszystkich rodzin. Bardziej jako o jednej z możliwości. Nam pozwoliła trochę zwolnić, było mniej ciągłego pośpiechu i dostosowywania całego życia do godzin pracy szkoły. Szkoła stacjonarna jako miejsce wypełnione mocnymi dźwiękami, zapachami nie była przestrzenią, w której moje dzieci były w stanie rozwijać się i z niej skorzystać. Edukacja domowa pozwoliła nam na codzienność bardziej dopasowaną do możliwości naszego systemu rodzinnego.
Wielu rodziców mówi, że te relacje uległy poprawie, świat nie kręci się wokół ocen, prac domowych i sprawdzianów, czy pani udało się wzmocnić te więzi?
– U nas, kiedy dzieci nie musiały już chodzić do systemu, zniknęła ta codzienna ,,obsługa”, która jest często punktem zapalnym. Taka w stylu: ,,co masz zadane na jutro?’, ,,co musisz zrobić?”. Brak tej presji zdjął z nas ogromny stres. Mimo że edukacja domowa wymaga koordynacji, planowania, zdawania egzaminów – ostatecznie bardzo nas wsparła i uratowała nam relację. Dała możliwość rozłożenia etapu edukacyjnego na dwa lata, rozłożenie egzaminów w ciągu roku – to dało oddech. Znalazłam Centrum Nauczania Domowego, które oferuje platformę, webinaria przedmiotowe, kontakt z nauczycielami, wsparcie szkoły przyjaznej. Byłam zdziwiona, że tak można to wszystko dopasować do obowiązkowej edukacji.
Mówimy o wypaleniu rodzicielskim, ale mam wrażenie, że orbitujemy bardziej wokół ,,wypalenia macierzyńskiego”. Jak wygląda wypalenie u ojców? I czy te same symptomy mu towarzyszą?
– Mężczyźni też doświadczają wypalenia, ale przechodzą je nieco inaczej. Angażują się w pracę, znikają z domu na długie godziny i jest to traktowane jak pracoholizm. Z boku widać ,,idealnego ojca”, który dużo pracuje, a wewnątrz jest kompletne odcięcie. Z drugiej strony w opowieści o rodzicielstwie wciąż za mało jest o ojcach, niestety nadal mocno tkwimy w narracji, w której dzieci to przede wszystkim sprawa kobiet.
Czy trudno było pani uwierzyć, że jest wystarczająco dobrym rodzicem?
– To trudne pytanie. Z jednej strony głęboko wierzę w to, że jestem wystarczająco dobrym rodzicem, z drugiej zauważam, że czasem przychodzą momenty zwątpienia. To, co jest dla mnie ważniejsze niż to, czy wierzę w to, czy nie, to raczej: co robię w momentach, w których przychodzi to zwątpienie. A przychodzi najczęściej, gdy jestem zmęczona, gdy staram się jeszcze bardziej, zamiast dać sobie chwilę na przyjrzenie się temu, co się dzieje z boku, kiedy zapominam, że proszenie o wsparcie i korzystanie z siły grupowej jest okej.
Sylwia Włodarska: certyfikowana trenerka porozumienia bez przemocy (NVC), mediatorka i coach Needs-Based Coaching, facylitatorka Emotion Aid. Łączy NVC, wiedzę o regulacji emocji i praktyki regeneracji, by pomagać rodzicom i profesjonalistom wychodzić z przeciążenia i budować relacje oparte na potrzebach, granicach i dobrowolności. Twórczyni i prowadząca konferencji ,,Bliżej potrzeb, bliżej szczęścia”, współautorka podcastu ,,Pogadanki” z Agnieszką Stein, autorka książki ,,Wypalenie rodzicielskie”. Wystąpiła na TEDx w Norwegii. Mama trojga. Marzy o świecie, w którym łatwo się różnić i dbać o dobrostan.
Monika Kamińska: dziennikarka, filolożka, specjalista ds. komunikacji, rzeczniczka. Od ponad pięciu lat związana z sektorem edukacji. W ramach Centrum Nauczania Domowego prowadzi ,,Domowy punkt widzenia” – cykl live’ów w formie wywiadów z ekspertami z różnych dziedzin. Współtworzy podcast ,,Edukacja domowa – wolność czy dziwactwo?”, w którym bez lukru opowiada, czym jest edukacja domowa, rozmawia o alternatywnych sposobach edukacji i potrzebie zmiany w tradycyjnej szkole. Promuje misję edukacji domowej, opartej na założeniach edukacji 4.0 – edukacji przyszłości.
***
Kiedy nie można się rozsypać
Tekst: Olga Ptak. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026
Z książki: ,,Guzikożerca na tropie słów”

Wewnętrzny konflikt, wstyd, ukrywanie trudnych myśli, lęk o przyszłość i poczucie winy za chwilę odpoczynku – z takimi emocjami często żyją rodzice dzieci wymagających stałej opieki. A bez zaopiekowania się tymi emocjami rodzicowi trudno jest w pełni dostrzec potrzeby dziecka ukryte pod warstwą trudnych zachowań. Jak zadbać o własną równowagę emocjonalną?
W codziennym życiu z dzieckiem w spektrum autyzmu rodzic mierzy się z emocjami, o których rzadko mówi się otwarcie. Jedną z najtrudniejszych jest ambiwalencja – jednoczesne odczuwanie głębokiej miłości i narastającej złości. Wyobraźmy sobie poranek, w którym dziecko po raz dziesiąty odmawia włożenia ubrania o konkretnej fakturze, co kończy się krzykiem i autoagresją. Rodzic, walcząc z czasem i własnym zmęczeniem, czuje narastającą furię, którą natychmiast próbuje stłumić. Zaciska zęby, by nie krzyknąć, podczas gdy w kuchni kipi mleko, a dziecko wpada w rozpacz, bo szew w skarpetce gryzie zbyt mocno. Kocha swoje dziecko, ale w tej samej chwili czuje, że zaraz wybuchnie.
Rodzic na linii frontu
Pojawia się poczucie uwięzienia i bezradności, kiedy powtarzalne zachowania dziecka lub trudności komunikacyjne sprawiają, że każda próba kontaktu kończy się fiaskiem. Rodzic może czuć złość na krzyk lub brak współpracy dziecka, a zaraz potem – silne poczucie winy i przekonanie, że jest złym rodzicem. Powstaje błędne koło: złość wywołuje wstyd, ten zwiększa napięcie, a ono obniża próg cierpliwości i prowadzi do kolejnego wybuchu. Dochodzą do tego chroniczne poczucie niesprawiedliwości oraz żal za utraconym życiem – chroniczny smutek. To naturalna reakcja na nienaturalną sytuację. W codziennym kontakcie emocje te są potęgowane przez brak przewidywalności – rodzic żyje w ciągłym napięciu, nie wiedząc, czy kolejny gest lub dźwięk nie wywoła u dziecka gwałtownego przeciążenia emocjonalnego. Taka stała presja prowadzi do erozji cierpliwości i narastającej drażliwości, która często wybucha w najmniej oczekiwanych momentach, na przykład podczas próby zjedzenia wspólnego posiłku, który kończy sie rozrzuceniem talerzy przez dziecko nadwrażliwe na zapachy. Wystarczy, że do zupy dostał się kawałek natki pietruszki, której miało nie być. Spokojna kolacja w ułamku sekundy zamienia się w sprzątanie resztek z podłogi w głuchej ciszy, przy akompaniamencie płaczu dziecka i własnego, dławiącego poczucia porażki. Badania wykazały, że profil kortyzolowy u matek dzieci z autyzmem jest niemal identyczny z profilem żołnierzy na polu walki. Stan ten charakteryzuje się hiperczujnością. Rodzic nieustannie monitoruje otoczenie, przewiduje potencjalne sensoryczne zapalniki u dziecka i reaguje na nagłe wybuchy agresji. Stan ciagłej gotowości do interwencji, mechanizm ,,walcz lub uciekaj”, prowadzi do trwałej dysregulacji układu hormonalnego. Klasyczna sytuacja w supermarkecie, gdzie dziecko kładzie się na podłodze z powodu nadmiaru bodźców dźwiękowych, dla postronnego obserwatora jest jedynie ,,niegrzecznym zachowaniem”. Dla rodzica to moment walki o przetrwanie – wyrzut adrenaliny, przyspieszone tętno i lęk przed oceną społeczną sprawiają, że organizm wchodzi w stan biologicznego wyczerpania. W głowie pulsuje tylko jedna myśl: ,,jak wyjść stąd bez oceniania, jak przetrwać te 10 metrów do samochodu?”. Według danych wskaźnik PTSD w Polsce jest bardzo wysoki, a w grupach opiekuńczych jest drastycznie potęgowany. Dom staje się miejscem stałego napięcia bojowego, gdzie linia frontu przebiega przez kuchnię czy pokój dziecięcy – tam, gdzie nagły trzask zamykanych drzwi może oznaczać godziny uspokajania i emocjonalnego wyczerpania.
Diagnoza i co dalej?
Wbrew stereotypowym przekonaniom diagnoza często nie niesie ukojenia. Zbadano, że 70 proc. rodziców ocenia proces diagnostyczny jako stresujący, w tym ponad 30 proc. – jako skrajnie stresujący. Rodzicom brak wsparcia po diagnozie. Wkraczają w codzienność z dzieckiem w stanie głębokiego zdezorientowania i osamotnienia. Twórcy projektu ,,Autyzm po ludzku” mówią: ,,Diagnozowaliśmy dzieci w różnych placówkach. Za każdym razem dostawaliśmy kartkę z instrukcjami, co załatwić, ale nikt nie zapytał o nasze uczucia. Jedyną pomocą ma być lista spraw do odhaczenia… A niektórzy nie dostają nawet tego”. Psychoterapeutka i psycholożka specjalna Anna Gagat-Matuła w swym artukule cytuje mamę dziewczynki w spektrum: ,,Był taki czas, kiedy często kłóciłam się z mężem – głównie o Matyldę i jej zachowanie. Ja jej broniłam, tłumaczyłam, bo już wtedy rozumiałam, z czego to wynika. W końcu wykrzyczałam mu, że to nie jest jej wina. Powiedziałam też, że jest mi bardzo ciężko, bo czasami czuję się, jakbym była po drugiej stronie lustra. I chyba właśnie wtedy nas opuścił”. Większość rodziców utyka w fazie pozornego przystosowania, traktując niepełnosprawność jako etap przejściowy. Pojawia się zjawisko traktowania dziecka jako projektu – zbioru deficytów do usunięcia. Naturalna więź emocjonalna ustępuje relacji zadaniowej: rodzic staje się terapeutą, a każda wspólna zabawa jest w rzeczywistości sesją ćwiczeń. Zamiast po prostu turlać autko po dywanie, rodzic nerwowo sprawdza, czy dziecko nawiązuje kontakt wzrokowy i czy odpowiednio chwyta zabawkę. Każda chwila relaksu jest podszyta lękiem, że jeśli teraz odpuścimy ,,terapię”, zaprzepaścimy szansę na lepszą przyszłość dziecka. Kiedy dziecko nie robi oczekiwanych postępów, rodzic czuje osobistą porażkę, co pogłębia stany depresyjne. Proces żałoby po dziecku wyobrażonym może obejmować zaprzeczenie, gniew, targowanie się, smutek i akceptację. Rodzic doświadcza straty wyobrażeń o przyszłości dziecka, mimo że ono fizycznie jest obecne. Żal, że dziecko może nigdy nie pójść na studia czy nie założy rodziny, nie świadczy o braku miłości, lecz o bólu po utraconej wizji życia. Ta strata jest niejednoznaczna i często nie ma wyraźnego końca, dlatego wymaga od opiekuna ogromnych zasobów psychicznych.
Relacja ponad diagnozą
Odzyskanie równowagi emocjonalnej przez rodzica nie jest jedynie kwestią jego komfortu, ale fundamentem, na którym buduje się autentyczna więź z dzieckiem. Bez zaopiekowania się własnymi emocjami rodzic nie jest w stanie w pełni dostrzec potrzeb dziecka, które ukryte są pod warstwą trudnych zachowań. Kiedy opiekun uczy się stosować techniki samoregulacji, zmienia się dynamika całego domu. Relacja przestaje być polem walki o ,,naprawienie deficytów”, a zaczyna być przestrzenią porozumienia. To zmiana perspektywy: z ,,dlaczego on mi to robi?” na ,,widzę, że jest mu teraz bardzo trudno”. Akceptacja chronicznego smutku oraz zrozumienie mechanizmu niejednoznacznej straty pozwalają rodzicowi porzucić rolę surowego terapeuty na rzecz roli wspierającego przewodnika. W tym nowym modelu relacyjnym niepełnosprawność przestaje być centralnym punktem odniesienia, a staje się jedynie tłem dla autentycznego spotkania dwóch osób. Ostatecznie to właśnie spokój rodzica jest najskuteczniejszym narzędziem terapeutycznym, jakie może on ofiarować swojemu dziecku.
Sposoby zapobiegania eskalacji emocji w sytuacjach kryzysowych to przede wszystkim umiejętność samoregulacji na trzech poziomach:
1. Rozpoznawanie sygnałów z ciała (interocepcja). Układ nerwowy wysyła sygnały ostrzegawcze znacznie wcześniej, niż następuje wybuch. Rodzic powinien nauczyć się skanować swoje ciało w poszukiwaniu napięcia. Gdy podczas próby odrobienia lekcji dziecko zaczyna przejawiać opór, rodzic może poczuć szczękościsk, nagłe uderzenie gorąca lub ,,gulę” w gardle. Warto uchwycić ten moment, kiedy w odpowiedzi na kolejny pisk dziecka opiekun czuje, jak jego ramiona mimowolnie wędrują ku uszom, a w brzuchu zawiązuje się ciasny supeł. To sygnał do natychmiastowego zastosowania ,,stop-klatki”. Wyjście do innego pomieszczenia na dwie minuty, by obmyć twarz zimną wodą, nie jest porzuceniem dziecka, lecz aktem ratunkowym dla własnego systemu nerwowego. 2. Techniki regulacji ,,Tu i teraz”. W momencie silnego napięcia, kiedy emocje zalewają korę przedczołową, skuteczne są techniki uziemiające. Metoda 5-4-3-2-1 polega na skupieniu się na 5 rzeczach widocznych, 4 słyszalnych, 3 dotykalnych, 2 zapachach i 1 smaku. Zamiast analizować w głowie scenariusz kolejnej awantury, rodzic zmusza się do zauważenia: bieli firanki, szumu lodówki, szorstkości blatu, zapachu parzonej kawy. To kotwica, która nie pozwala odpłynąć w stronę paniki. Pomocne może być także oddychanie pudełkowe. Technika stosowana w treningach odporności psychicznej Navy SEALs. Rytmiczne wstrzymywanie oddechu pozwala mechanicznie obniżyć poziom pobudzenia układu współczulnego. Sporej grupie rodziców pomaga dystansowanie poznawcze. Polega na powtarzaniu sobie komunikatu: ,,to jest trudne zachowanie wynikające z diagnozy, to nie jest atak wymierzony we mnie”. Oddzielenie zachowania od osoby dziecka pozwala na deeskalację gniewu. 3. Zarządzanie zasobami (Self-care jako obowiązek). Chwila oddechu od nieustannego czuwania, czyli opieka wytchnieniowa, jest kwestią bezpieczeństwa. Kiedy rodzic opada z sił, system rodzinny staje na krawędzi katastrofy. – Gdy samodzielny rodzic niealimentowanego dziecka z głęboką niepełnosprawnością zostaje sam, balansuje na cienkiej linie między życiem a śmiercią, a gdy opada z sił, społeczeństwo dziwi się, że wybrał samobójstwo rozszerzone zamiast wegetacji w depresji i bezsilności – mówi Dominika Chabin z Fundacji NieOdkładalni, która jako matka niesamodzielnego nastolatka wskazuje, że bez wsparcia opiekunki i własnej mamy nie miałaby ani minuty własnego życia. Dlatego ratunkiem dla rodzica dziecka prezentującego zachowania trudne jest tworzenie własnej sieci wsparcia – w oparciu o ludzi, którzy są wokół. Grupy w mediach społecznościowych, sąsiadki poznane na placu zabaw – każdy, kto wysyła rodzicowi komunikat: nie jesteś sam.
Olga Ptak: neurologopedka, terapeutka dziecięca, założycielka i prezeska Fundacji Kto Ukradł Jutro? wspierającej dzieci niepełnosprawne i zagrożone niedostosowaniem społecznym oraz ich rodziny. Absolwentka wczesnego wspomagania rozwoju dziecka, terapii pedagogicznej, integracji sensorycznej z diagnozą i terapią dzieci, edukacji i rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną, autyzmem i zespołem Aspergera; nauczycielka współorganizująca kształcenie w szkole podstawowej.
***
Matka jak pędzące Pendolino
Dążą do perfekcji, mają dużą potrzebę kontroli, a jednocześnie niską tolerancję na frustrację. Dla kobiet z ADHD macierzyństwo jest szczególnym wyzwaniem. Reportaż Ewy Jankowskiej. Wysokie Obcasy, maj 2026
Fizyczny ból
Basia, dyrektorka ds. szkoleń i rozwoju oraz wokalistka i kompozytorka, ma 5,5-roczną córkę. ADHD zdiagnozowała u siebie dwa lata temu. Zażywa leki, jest pod stałą opieką lekarską. – Dwa, trzy lata przed porodem zaczęłam mieć duże problemy z pamięcią, koncentracją, przyswajaniem nowych informacji – zaczyna opowieść. – Nie pamiętałam ludzi, ich imion. Podejrzewałam, że może to skutki wypalenia zawodowego, bo w tym czasie bardzo dużo pracowałam. Brałam także pod uwagę jakieś zmiany neurologiczne – opowiada. Basia zaszła w ciążę. I pomyślała: ,,Jak pójdę na zwolnienie, to sytuacja się poprawi”. Nie poprawiła się. Nie poprawiła się również wtedy, gdy Basia urodziła córkę. – Oprócz problemów z pamięcią tuż po porodzie zmagałam się też z bardzo niskim nastrojem, miałam ogromne trudności ze zbudowaniem więzi z dzieckiem, nie czułam, że je kocham. Jednocześnie, jak jakiś temat wokół dziecka mnie zainteresował, na przykład związany ze snem, to byłam w stanie przeczytać o tym wszystkie książki – opowiada. Ponieważ Basia w młodości przeszła roczny epizod depresyjny, zmagała się ze stanami lękowymi, wiedziała, że po porodzie chce być pod opieką psychologa. – I tak też było – chodziłam na terapię, grupę wsparcia, ale hasło ADHD na tym etapie jeszcze nie padło – mówi. Kilka miesięcy później, gdy nic się nie zmieniało, postanowiła przejść dokładną diagnostykę. – Fakt, że miałam wkrótce wrócić do pracy, mnie przerażał. Bałam się, że sobie nie poradzę – podkreśla. Neurolożka skierowała Basię na specjalistyczne badania – EEG, rezonans magnetyczny głowy, badania krwi, ale badania nie pokazały nic niepokojącego. – Lekarka powiedziała, że przyczyna może być psychologiczna. I wtedy moja terapeutka zasugerowała, żebym zdiagnozowała się w kierunku ADHD. Basia udała się do poradni zajmującej się diagnostyką w tym kierunku, przeszła test DIVA-5 (Diagnostic Interview for ADHD in Adults – ustrukturyzowany wywiad kliniczny używany przez specjalistów do diagnozowania ADHD u osób dorosłych – przyp. red.), a następnie poszła do psychiatry. Ta nie miała żadnych wątpliwości, że to ADHD, i szybko wprowadziła leki. – Wcześniej prawdopodobnie skuteczniej maskowałam ADHD, ponieważ mogłam pracować, kiedy chciałam. Jeśli w jakimś momencie w ciągu dnia poczułam, że nie mogę się skoncentrować, to po prostu przerywałam pracę i wracałam do niej później. Ale to, co robiłam, wciągało mnie czasem tak, że pracowałam po 14-15 godzin na dobę. Dziś wiem, że wpadałam w hiperfokusy, typowe w ADHD – mówi. Z dzieckiem już tak się nie dało. – Okazało się, że muszę funkcjonować w stałym trybie – od rana do popołudnia praca, potem dziecko. Tylko jak zmusić swój mózg do tego, żeby pracował w takich ramach? To był jakiś dramat – tłumaczy. Do tego, jak opowiada, doszło ogromne przebodźcowanie związane z opieką nad dzieckiem, które utrudniało Basi koncentrację i wzmagało potrzebę pobycia w samotności. – Przestrzeń poznawcza mojego mózgu skurczyła się do minimum – dodaje. Basia wspomina również, że kiedy musiała zostać sama z Różą w domu lub kiedy wychodziła z nią na spacer z wózkiem, pojawiały się u niej silne lęki. – Nie chciałam wychodzić z domu, bo bałam się, że córka się… rozpłacze. W takich chwilach stres mnie paraliżował, nie miałam pojęcia, co robić – wspomina Basia. Pamięta również, jak ogromnym wyzwaniem była dla niej zabawa z niemowlakiem. – Nie byłam w stanie zmusić się do tej monotonnej, skrajnie nudnej, kompletnie pozbawionej stymulacji zabawy. Kiedy inne moje koleżanki – młode mamy – opowiadały, jak lubią spędzać czas z dziećmi, czułam się okropnie, bo dla mnie to była udręka – opowiada Basia. Kiedy Basia zaczęła brak leki, przyszła ulga. – Odrobiłam też lekcję z psychoedukacji ADHD, bardzo wiele zmieniłam w codziennym funkcjonowaniu. Bardzo istotne było dla niej wdrożenie pewnych strategii. Szczególnie pomocna okazała się ,,zasada jednej ręki”, która polega na tym, że wykonanie danej czynności, na przykład odkurzania, wymaga jednego ruchu. – Dla osoby z ADHD posiadanie zwykłego odkurzacza, który najpierw trzeba wyciągnąć z szafy, a potem podłączyć do prądu, jest na tyle złożoną czynnością, że się z niej po prostu rezygnuje. Rozwiązaniem jest posiadanie odkurzacza bezprzewodowego, który stoi stale w strategicznym miejscu w mieszkaniu, wystarczy po niego sięgnąć – jedną ręką – wyjaśnia.
Zbyt impulsywnie
Blanka Zadworzańska, która pracuje w projektach IT, ma 4-letnią córkę z poprzedniego związku, jej obecny partner również ma córkę – 7,5-letnią. Blanka postanowiła zdiagnozować się w kierunku ADHD, gdy zaszła w ciążę. – Moi rodzice zawsze mieli ze mną dużo wyzwań, bo nigdy nie mogłam się skupić na nauce, wszystko robiłam na ostatnią chwilę – opowiada. Blanka jako dziecko szybko łapała zainteresowanie czymś, co przez jakiś czas pochłaniało ją całkowicie, ale potem nagle traciła zapał. – Rodzice, podobnie jak nauczyciele, nie łączyli tego z ADHD – pochodzę z małej miejscowości, gdzie świadomość różnego rodzaju zaburzeń jest dużo mniejsza niż w większych miastach. ADHD mogli mieć wyłącznie chłopcy, którzy bili inne dzieci i rozrabiali – opowiada. Odkąd pamięta, zawsze miała też trudności z radzeniem sobie ze zbyt dużą liczbą bodźców – nie lubiła hałasu, a gdy miała sporo na głowie, pojawiały się problemy z pamięcią. Miała także nadwrażliwość sensoryczną, do szału doprowadzały ją leżąca na łóżku kartka papieru, nie była w stanie dotykać kartonów czy chodzić w zbyt ciasnych ubraniach lub takich wykonanych z określonych materiałów, np. sztywnych jak dżins, gryzących jak wełna czy śliskich jak satyna i jedwab. Blanka była też osobą impulsywną i szybko się ,,odpalała”. Słuchała wybiórczo. Bardzo często gubiła klucze i wszędzie zostawiała rzeczy. Nie oddzwaniała, mimo że mówiła, że oddzwoni, nie odpisywała na wiadomości, bo… o nich zapominała. Wpadała też w stany zamrożenia – mogła przez kilka godzin leżeć na kanapie. Za to dzień wcześniej miała hiperfokus i pracowała kilkanaście godzin non stop. Gdy dotarło do niej, że sprowadzi na świat małego człowieka, za którego życie będzie odpowiedzialna, pojawiły się silne lęki, że w związku z różnego rodzaju deficytami przed czymś go nie uchroni, a może i sama sprowadzi na niego niebezpieczeństwo. – Myślałam: a jak nie włączę hamulca w wózku i wózek zjedzie pod samochód? Co, jeśli odłożę dziecko na kanapę na chwilę, a potem coś innego mnie zaangażuje, chwila się przeciągnie, a dziecko spadnie? Co, jeśli będę czuła się przytłoczona i wydrę się na córkę? – opowiada. Zaczęła podejrzewać, że to objawy ADHD. – Studiowałam psychologię, więc coś o ADHD wiedziałam. Zgłosiłam się do poradni CBT (terapia poznawczo-behawioralna), gdzie zdiagnozowano u mnie ADHD w typie mieszanym, co oznacza, że występują u mnie zarówno objawy impulsywności, nadpobudliwości, jak i nieuwagi – opowiada. Diagnozę zaakceptowała od razu. – Poczułam ulgę, bo odkryłam, co się ze mną dzieje. Nie ukrywam, że liczyłam też na większe zrozumienie moich zachowań przez otoczenie – otwarcie mówiłam, że mam ADHD. Rozpoczęłam terapię poznawczo-behawioralną, skonsultowałam się także z psychiatrą, który nie chciał mi jednak przepisać leku na ADHD, bo uważał, że na moje zaburzenia lękowe lepiej sprawdzą się leki przeciwlękowe. Ale te, mimo że mnie wyciszały, nie rozwiązywały problemów z brakiem koncentracji – dodaje. I wtedy przyszła na świat Zuzia. Blanka wspomina, że płacz i frustracja niemowlaka były dla niej nie do wytrzymania. – Całą sobą czułam, że muszę się odciąć, wyjść do innego pokoju. Jednocześnie wiedziałam, że nie mogę tego zrobić – opowiada. Bardzo trudne było dla niej także życie w rutynie. – Monotonia, na przemian przewijanie i karmienie, sprawiały, że się ,,wyłączałam”. Jednocześnie bardzo skupiałam się na każdej czynności, robiłam wszystko perfekcyjnie, szczegółowo. To wszystko wzmagało lęk, że zaraz popełnię jakiś błąd – wyjaśnia. Blanka dopiero po trzech latach od diagnozy dostała leki na ADHD. – W końcu trafiłam do psychiatry, która potraktowała moje ADHD poważnie i przepisała właściwe leki. Do dziś pamiętam, jak poszłam po nie do apteki. Było 10 minut przed zamknięciem; farmaceutka, gdy zobaczyła receptę, skwitowała: ,,O tej porze narkotyków nie sprzedaję”. Szczęka mi opadła. Ale odpowiedziałam jej zgodnie z prawdą: ,,Proszę pani, ja nie potrzebuję tych leków, żeby się naćpać, ale żeby zrobić pranie” – kończy opowieść Blanka. Dziś leki jej pomagają, ale nie rozwiązują wszystkich problemów. Wciąż często zapomina o tym, co córka do niej mówi, więc Zuzia musi powtarzać drugi raz. – To bywa dla niej frustrujące. Zdarza się, że zrobię coś impulsywnie – nigdy nie zapomnę, jak chciałam przesunąć podest, na którym stała, bliżej zlewu w kuchni. Zamiast ją poinformować, że to zrobię, po prostu to zrobiłam. Córka spadła i obiła sobie pupę. Gdy dochodziło do takich sytuacji, czułam się złą matką – opowiada.
No nie mogę!
Marta, z zawodu artystka plastyczka, ma 23-letniego syna oraz dwie córki – 17-letnią i 4,5-letnią. – Najmłodszą urodziłam, gdy miałam 42 lata. Jest, jak to mówię, uszyta na miarę rodziców starej daty – prosta w obsłudze, raczej spokojna, nieżądająca nieustannie czegoś, nie choruje, można się z nią we wszystkim dogadać – opowiada Ola. A jednocześnie dopiero przy niej Ola poczuła, że nie daje rady. – Gdy się urodziła, zdałam sobie sprawę, że jestem tak przebodźcowana, że nie mogę normalnie funkcjonować. Deprywacja snu jeszcze pogarszała sytuację. Zabawa z małą przypominała przenoszenie gór. Gdy płakała, wchodziłam pod kołdrę, żeby tego nie słyszeć – opowiada. I dodaje: – Przytłaczało mnie też to, że z jednej strony wszystko musi być z dzieckiem zaplanowane, ale najczęściej ten plan i tak bierze w łeb. Przykład: mamy wyjść z domu, Hela przebrana, nakarmiona, przewinięta i nagle ona robi kupę. I dla mnie to już było za dużo, wszystko odwoływałam. Marta przy starszych dzieciach czuła się inną matką. Wymyślała zabawy, cieszyła się swoim macierzyństwem. – To nie było bezproblemowe macierzyństwo, podejrzewam jednak, że skuteczniej maskowałam swoje ADHD, ponieważ obiektywnie było mi łatwiej – byłam młodsza, lepiej znosiłam nieprzespane noce, łatwiej było mi zrzucić zbędne kilogramy po ciąży – wyjaśnia. Po urodzeniu najmłodszej córki Marta doświadczyła stanów depresyjnych. – Jestem osobą bardzo pogodną, dużo gadam, żartuję, śmieję się. Po drodze zmieniło się to o 180 stopni. Wyżaliłam się koleżankom, które zachęciły mnie, abym poszła do psychiatrki specjalizującej się w depresji poporodowej – opowiada Marta. Lekarka wyciągnęła Martę z dołka, głównie dzięki lekom. – Regularnie się u niej pojawiałam. Na jednej z sesji, gdy umawiałyśmy się na kolejną wizytę, zobaczyłam kątem oka mój kalendarz w telefonie, a tam wydarzenie na wydarzeniu, milion kolorów. Lekarka zawyrokowała: ,,To maskowanie w wersji zaawansowanej. Ja panią skieruję do specjalisty od ADHD”. Marta dostała diagnozę w jednej z poradni specjalizującyh się w ADHD. Co dzięki temu zyskała? – Większą świadomość, ale też wsparcie. Zaczęłam szybko brać leki, które wyciszają różne impulsy, poprawiają koncentrację. Pamiętam, że na starsze dzieci często się wydzierałam, przy najmłodszej córce to się nie dzieje, bo dzięki lekom jestem w stanie się kontrolować – opowiada. Marta nauczyła się również zarządzać swoim skupieniem i uwagą. – Mam tendencje do odlatywania myślami, niesłuchania. Więc mówię moim dzieciom: OK, słucham was teraz uważnie przez 15 minut, a potem basta. Zauważyła też, jak motywująco działają na nią nowości. – Doktorat na Akademii Sztuk Pięknych napisałam tylko dzięki temu, że co jakiś czas wymieniałam stary długopis na nowy, oczywiście taki, który najbardziej mi się podobał, konkretnej firmy. Wracałam do domu z zakupów i kolejny rozdział, po tygodniach posuchy, napisany. Podobnie robię z jedzeniem. Nie znoszę przygotowywać sobie jedzenia do pracy. Ale wystarczy, że kupię nowy lunchbox i mam zajawkę na kolejnych kilka tygodni. Potem mi się nudzi i muszę kupić nowy… – opowiada. Gdy Marta otrzymała diagnozę, zaczęła podejrzewać, że jej syn również może mieć ADHD. – Pamiętałam, że w szkole miał duże problemy z nauką, uczył się tylko wtedy, gdy coś go interesowało. Rozkwitł dopiero, gdy trafił do liceum, gdzie nauka polegała na realizowaniu projektów. W dzieciństwie miał dużą wybiórczość pokarmową, wielu rzeczy nie chciał jeść, do tej pory niewiele co mu smakuje. Ale zdecydowaliśmy się zrobić mu diagnozę głównie dlatego, że już jako dorosły chłopak wpadł w uzależnienie od gier. Funkcjonował od euforii – gdy wygrywał – do depresji – gdy przegrywał. Straszne to było. Wiedziałam już, że osoby z ADHD mają większe skłonności do uzależnień. Proces diagnostyczny potwierdził ADHD – podsumowuje.
Rzeczy, które wypadają
Małgorzata Owczarek, psycholożka i trenerka, która na co dzień wspiera rodziny z ADHD, a także prowadzi grupę wsparcia dla rodziców dzieci z ADHD, mówi: Badania mówią, a moja własna praktyka to potwierdza, że połączenie neuroróżnorodności i rodzicielstwa niesie ze sobą zwiększone ryzyko wypalenia rodzicielskiego. Często wiąże się także z poczuciem ogromnego osamotnienia i zwiększonego stresu. Rodzicielstwo, gdy jest się osobą z ADHD, jest dużym wyzwaniem, a staje się jeszcze większym, gdy okazuje się, że nasze dziecko również ma ADHD. Takie dzieci potrafią być bardzo intensywne, przebodźcowujące, w dodatku emocjonalnie dojrzewają kilka lat później niż dzieci neurotypowe. Ta wydłużona perspektywa opiekowania i wspierania dziecięcych emocji może powodować dużo frustracji – tłumaczy. Jak opowiada, dla wielu kobiet z ADHD pojawienie się dziecka staje się momentem dużego kryzysu. Ten kryzys możemy porównać do rozsypanych klocków. – Każda kobieta, zostając mamą, musi ułożyć sobie te klocki na nowo. Mama z ADHD może jednak czuć dodatkowy niepokój w związku z przymusem wypracowania nowych strategii funkcjonowania, bo te, z których korzystała do tej pory, przestały działać. Więc układanie klocków – to raz, ale i dwa – znalezienie nowych sposobów ich układania. To pochłania czas, zasoby – wyjaśnia ekspertka. Zmiany hormonalne dodatkowo mogą nasilać objawy ADHD. Dlatego, jak podkreśla, ryzyko wystąpienia u kobiet z ADHD depresji poporodowej jest dużo wyższe niż u kobiet neurotypowych. – Głównie ze względu na przymus aktualizowania nowych strategii radzenia sobie oraz kierowania się potrzebami dziecka i dostrajaniem do niego, a nie do siebie – opowiada. Bycie matką wiąże się także z koniecznością przyjęcia różnych stanów emocjonalnych dziecka. – Zapanowanie nad swoim wewnętrznym stanem i jednocześnie opieka nad maluchem staje się często zadaniem ponad siły matek z ADHD. Koszty stawiania temu czoła są też ogromne i mogą skutkować objawami depresyjnymi, lękowymi – wyjaśnia Owczarek. Kolejnym wyzwaniem jest deprywacja snu. – Brak snu może nasilać objawy ADHD – koncentracja jeszcze bardziej spada, pamięć jeszcze się pogarsza, a impulsywność rośnie – wymienia.
Podobnie, ale bardziej
Małgorzata Owczarek podkreśla, że kobiety neurotypowe również doświadczają podobnych objawów, ale w przypadku kobiet z ADHD są one dużo bardziej nasilone. – Rodzicielstwo może nasilać objawy ADHD na przykład u matek, które późno urodziły dziecko, bo deprywacja snu jest trudniejsza do zniesienia i energii jest mniej. Do tego mogą dochodzić różnego rodzaju zmiany hormonalne – kobiety z ADHD przechodzą perimenopauzę około 10 lat wcześniej niż kobiety neurotypowe – dodaje ekspertka. Jak dodaje, nie tylko kobiety z ADHD mogą działać impulsywnie wskutek zmęczenia, może to być doświadczenie każdej mamy. – U kobiet z ADHD często takie zachowania wynikają z dążenia do perfekcji, dużej potrzeby kontroli i potrzeby zapanowania nad rzeczywistością – zewnętrzną i wewnętrzną, a jednocześnie niskiej tolerancji na frustrację – wyjaśnia. Gdy pracuje z rodzicami i dziećmi z ADHD, często zadaje im pytanie, do czego mogliby porównać to, jak się czują. – W rozmowach z dziećmi często mówimy, że mają biegaczy w głowie albo pędzące Pendolino, które powinno zatrzymać się przy stacji, ale się nie zatrzymuje. Z kolei z dorosłymi z ADHD, że to tak, jakby przenosili na raz bardzo dużo rzeczy i te rzeczy zaczynały im po kolei wypadać, ale oni nie mogą z jakiegoś powodu się zatrzymać, żeby je podnieść – opowiada. Często wspólnym dla matek z ADHD doświadczeniem jest poczucie, że sobie nie radzą, że rozczarowują siebie i innych. Nie rozumieją dlaczego, bo jednocześnie cały czas się starają, działają nierzadko ponad swoje siły. – Dochodzi do momentu, w którym ten chaos i niepokój wewnętrzny jest tak przytłaczający, że na przykład wybuchają złością w relacji z dzieckiem. Wtedy pojawia się ogromne poczucie winy. Oczywiście każdej matce, również tej neurotypowej, może zdarzyć się na dziecko krzyknąć, ale u kobiet z ADHD ten wybuch ma nieco inne źródło, bo bierze się niekoniecznie z samego wyczerpania, ale z nieumiejętności oszacowania swoich możliwości. Osoby z ADHD nie czują, że biorą na siebie za dużo. Myślą, że jest OK, a w rzeczywistości są na skraju wytrzymałości i cierpliwości – tłumaczy. Jak dodaje, niekiedy to przytłoczenie objawia się nie wybuchem, lecz wycofaniem, obniżeniem zasobów do podejmowania podstawowych działań, paraliżem decyzyjnym. – Wtedy nawet rozładowanie zmywarki jest zadaniem zbyt trudnym do zrealizowania – wyjaśnia M. Owczarek.
Imiona dwóch bohaterek zostały zmienione.
***
Sztuka odzyskiwania równowagi

Nieprzypadkowo wiele nurtów terapeutycznych rozpoczyna pracę od prostych ćwiczeń sensorycznych, pomagających odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rzeczywistością. Arteterapia jest utkana z takich doświadczeń – zapachu farb, dotyku gliny, darcia papieru, rytmu, ruchu czy dźwięku. A neurobiologia coraz wyraźniej pokazuje, że to właśnie tutaj często zaczyna się proces regulacji emocji i układu nerwowego.
Dobra wiadomość brzmi: bycie idealnym rodzicem, opiekunem czy nauczycielką nie jest warunkiem dobrego wychowania. Idealne wychowanie po prostu nie istnieje. Tym, co rzeczywiście okazuje się kluczowe dla rozwoju człowieka, jest więź oparta na obecności, zaangażowaniu i poczuciu bliskości. Czy istnieje sposób, by połączyć troskę o siebie, dziecko i o naszą więź? Tak. Jedną z najważniejszych, najprzyjemniejszych i najskuteczniejszych odpowiedzi może być arteterapia.
Czym może być tworzenie?
Istnieje wiele sposobów definiowania arteterapii. Jedno z najbardziej praktycznych ujęć proponuje Erica Curtis w książce ,,Arteterapia dla dzieci”. To wykorzystanie szeroko rozumianej sztuki do poprawy samopoczucia, dobrostanu oraz jakości relacji z innymi ludźmi. A być może jeszcze lepiej byłoby zastąpić słowo ,,sztuka” określeniem ,,aktywność twórcza”. Istotą arteterapii jest bowiem sam proces twórczy – zwłaszcza proces twórczej ekspresji. I właśnie o jego wyjątkowej mocy wiemy dziś naprawdę dużo. Dzięki neuronauce i wiedzy o funkcjonowaniu emocji, a także dzięki badaniom pokazującym, jak silnie aktywność twórcza wpływa na nasze myśli, emocje, zachowania i zdolność regulacji układu nerwowego. Arteterapia nie oznacza wyłącznie działań plastycznych ani nie ogranicza się do gabinetu terapeutycznego. Tworzenie może stawać się – i realnie się staje – regulacją, rozwojem, odzyskiwaniem poczucia sprawczości, doświadczaniem sensu, stanem pogłębionej współobecności i bliskości. Dzieje się tak dlatego, że samo tworzenie może działać kojąco i wspierająco. Daje przestrzeń do spontanicznego, autentycznego wyrażania siebie, a przy okazji pomaga odzyskiwać równowagę, lepiej rozumieć emocje i budować poczucie spełnienia. W praktyce arteterapia leży na antypodach podejścia, które wiele osób pamięta z lekcji plastyki. Tu nie trzeba mieć żadnych zdolności artystycznych. Nie chodzi o tworzenie ,,ładnych” rzeczy, nie chodzi o ocenę. Kluczowe jest to, że wytwory powstające w procesie twórczym mogą być formą symbolicznej komunikacji, sposobem wyrażania emocji, odzyskiwaniem kontaktu ze sobą i budowania nowych perspektyw rozumienia siebie oraz świata. Arteterapia polega więc na tym, aby poprzez media kultury i sztuki odzyskiwać relację ze sobą, z własnym doświadczeniem, z innymi ludźmi i z rzeczywistością. Arteterapia staje się więc czymś więcej niż techniką czy metodą – jedną z najważniejszych odpowiedzi na kryzys współczesnego człowieka. Zwłaszcza, że twórczość służyła nam zawsze. Człowiek od tysięcy lat opowiada historie, śpiewa, tańczy i rytmizuje rzeczywistość. Z tej potrzeby wspólnego przeżywania świata wyrosła kultura. Dawniej wyrażało się to w pieśni, poezji i tańcu – wspólnych rytuałach, które pomagały budować więzi, wyrażać emocje i nadawać sens doświadczeniom. I do dziś intuicyjnie po tę moc sięgamy – być może najczęściej poprzez muzykę, której wpływ na układ nerwowy został przebadany wyjątkowo dokładnie.
Najważniejsze jest doświadczenie tworzenia
W arteterapii chodzi o proces, a w żadnym wypadku nie o jakość wyniku. Oczywiście czasem mamy do czynienia z talentem. Czasem czujemy estetyczną satysfakcję, być może zachwyt nad tym, co stworzyliśmy. Żaden z tych elementów nie jest jednak konieczny. Najważniejsze pozostaje bowiem samo doświadczenie tworzenia, akt ekspresji, obecności i bycia w procesie. Dzieci robią to naturalnie. A co z nami, dorosłymi? Być może wielu z nas nie utraciło kreatywności. Utraciliśmy raczej poczucie bezpieczeństwa potrzebne do tworzenia. Zastąpiły je ocena, wstyd, presja produktywności i przekonanie, że wszystko musi mieć praktyczny cel. Arteterapia nie zastąpi psychiatrii ani psychoterapii tam, gdzie są one potrzebne. Nie chodzi też o romantyzowanie sztuki. Chodzi raczej o zrozumienie czegoś prostego: w świecie, który nieustannie przeciąża nasze układy nerwowe, często trzeba zacząć od powrotu do ciała i zmysłów. Nieprzypadkowo wiele nurtów terapeutycznych rozpoczyna pracę od prostych ćwiczeń sensorycznych, pomagających odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rzeczywistością. Arteterapia jest właśnie utkana z takich doświadczeń – zapachu farb, dotyku gliny, darcia papieru, rytmu, ruchu czy dźwięku. A neurobiologia coraz wyraźniej pokazuje, że to właśnie tutaj często zaczyna się proces regulacji emocji i układu nerwowego. Przy okazji pojawiają się zabawa i poczucie ,,flow”. Psychologia od dawna podkreśla, że zabawa nie jest stratą czasu, lecz naturalnym sposobem regulacji i funkcjonowania człowieka. Szczególną moc ma wtedy, gdy przeżywamy ją razem z bliskimi, bo nasz układ nerwowy najlepiej reguluje się we współregulacji. Dlatego wspólne tworzenie często okazuje się ważniejsze niż sam efekt końcowy.
Spotkanie w sztuce
I właśnie dlatego arteterapia może być tak ważna w relacji dorosłych z dziećmi. Badania pokazują, że zarówno twórczość, jak i doświadczenie bliskości obniżają poziom stresu i wspierają regulację emocji. W arteterapii oba te mechanizmy spotykają się jednocześnie. Z perspektywy neurobiologii interpersonalnej – dziecko potrzebuje rodzica obecnego, nie zaś tego perfekcyjnego. Wspólna aktywność twórcza może więc stawać się czymś niezwykle wspierającym – dla dziecka, ale i dla nas samych. Dobrostan dorosłego pozostaje jednym z kluczowych warunków dobrostanu dziecka. W praktyce mogą to być bardzo proste aktywności: wspólne wymyślanie historii, rysowanie bez poprawiania, domowy teatr, śpiewanie, budowanie światów z klocków czy fortów z poduszek i koców, tworzenie kolaży, skakanie do muzyki, pieczenie babeczek czy tworzenie mikroświatów z elementów natury. Znaczenie ma tutaj przede wszystkim samo doświadczenie współobecności, ekspresji i zabawy. Zwłaszcza jeżeli potem o tym wspólnym doświadczeniu rozmawiamy. A jeśli pracujemy w szkole? Czasem wystarczy metafora, krótkie ćwiczenie pozwalające wyrazić samopoczucie, muzyka w tle robienia zadań, drobny element ruchu albo jakakolwiek forma tworzenia pozbawiona oceniania. Nawet niewielkie doświadczenia twórcze mogą stać się dla młodych ludzi przestrzenią oddechu i odzyskiwania kontaktu ze sobą. A przecież to w takich warunkach umysł jest najbardziej gotowy na uczenie się nowych faktów i umiejętności. To działa jak sprzężenie zwrotne: my sami doświadczamy korzystnych skutków aktywności, które proponujemy naszym dzieciom czy uczniom i uczennicom. W szerokim rozumieniu arteterapia staje się więc nie tyle ,,leczeniem sztuką”, ile przestrzenią odzyskiwania równowagi i tak ważnego dla zdrowia psychicznego poczucia sprawstwa w świecie pośpiechu, przebodźcowania i nieustannej oceny. Twórczość nie przetrwała wszystkich epok tylko dlatego, że była dodatkiem do życia. Przeciwnie – ona od zawsze fundamentalnie pomagała człowiekowi przeżywać, rozumieć i radzić sobie z rzeczywistością.
Ćwiczenie: Kojąca kompozycja
Czas trwania: 15 minut
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wiele otaczających nas rzeczy może nam pomóc w radzeniu sobie ze stresem. Kojące zapachy, faktury, dźwięki czy smaki wysyłają do mózgu sygnał, że wszystko jestw porządku, nawet jeśli przeżywamy trudniejszy moment. W ramach tego ćwiczenia dziecko stworzy własny zestaw rzeczy, które je uspokajają i poprawiają mu nastrój, aby korzystać z niego w chwilach napięcia czy znudzenia.
- Potrzebne materiały: kartka, przybory do pisania, drewniane klocki lub kartony, aparat fotograficzny. 1. Wyjaśnij dziecku, że martwa natura to rysunek lub zdjęcie kompozycji przedmiotów codziennego użytku. Zadaniem dziecka będzie stworzyć kompozycję wyjątkowych i kojących przedmiotów. 2. Wspólnie sporządźcie listę przedmiotów, które dziecko będzie musiało zebrać. Uwzględnijcie na niej rzeczy związane ze wszystkimi zmysłami: ładnie pachnące, ładnie brzmiące, miłe w dotyku, dobrze smakujące, pięknie wyglądające. 3. Dodajcie również rzeczy, które wywołują przyjemne uczucia, na przykład sprawiają, że dziecko się uśmiecha, odpręża, czuje beztroskę i swobodę. 4. Rzuć dziecku wyzwanie, aby zebrało wszystkie rzeczy z listy. Niektóre dzieci lubią ścigać się przy tym z czasem, a inne wolą działać bez pośpiechu. 5. Kiedy dziecko zbierze wszystkie rzeczy z listy, niech stworzy z nich artystyczną kompozycję. Może wykorzystać przy tym klocki lub kartony, aby ułożyć zebrane przedmioty na różnych poziomach czy w ramkach. 6. Niech dziecko sfotografuje kompozycję.
- Pomocna wskazówka: jeśli dziecko ma trudności z przechodzeniem od jednego zajęcia do drugiego, wykorzystaj krótszą wersję tej zabawy – między jedną czynnością a drugą, albo przed wyjściem z domu poproś, by ono znalazło jedną kojącą rzecz. Ta rzecz może następnie towarzyszyć mu w przejściu do kolejnego zadania.
Tekst: Przemek Staroń, psycholog, wykładowca, trener i edukator, autor bestsellerowej serii ,,Szkoła bohaterek i bohaterów”. Nagrodzony przez Komisję Europejską, twórca Zakonu Feniksa, tutor ponad 50 olimpijczyków z filozofii. Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020. Digital Shaper 2020. Twórca #utrzy, wyróżniony w Konkursie im. Ireny Sendlerowej ,,Za naprawianie świata” i konkursie o Nagrodę im. Janusza Korczaka, nagrodzony LGBT+ Diamond 2019 Polish Business Award. Członek Buglo Experts Circle oraz partner MGA Entertainment.
Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026
***
Mózg potrzebuje ciszy równie mocno, jak organizm snu. Bez niej gorzej myślimy, trudniej się uczymy, jesteśmy bardziej zestresowani i mniej kreatywni. Dobra wiadomość jest taka, że już kilkanaście minut dziennie może uruchomić procesy jego regeneracji. Tekst: Justyna Żejmo. Newsweek Psychologia, 4/2026

Przepracowanie, ciągły hałas i brak odpoczynku stopniowo pogarszają zdrowie psychiczne i fizyczne. Przewlekły stres zmienia sposób funkcjonowania mózgu – osłabia pamięć, koncentrację i zdolność podejmowania decyzji, a jednocześnie utrzymuje organizm w stanie ciągłej gotowości. Zwiększa też ryzyko wielu chorób, m.in. serca, cukrzycy typu 2 i zaburzeń metabolicznych. Choć wiele osób próbuje odreagować zmęczenie używkami lub nadmiarem rozrywek, prawdziwą regenerację przynoszą odpoczynek i wyciszenie, które aktywują naturalne mechanizmy odbudowy mózgu.
Wyciszenie jak lek
To właśnie w ciszy i podczas odpoczynku mózg oraz ciało odzyskują równowagę po przeciążeniu, hałasie i nadmiarze bodźców. Można ją osiągnąć na wiele sposobów: dzięki medytacji, ćwiczeniom oddechowym, odpowiedniej ilości snu, masażom, czytaniu książek czy słuchaniu relaksującej muzyki. Jednak we współczesnym świecie, w którym naszą uwagę nieustannie pochłaniają telefony i cyfrowe bodźce, mózg najbardziej potrzebuje ciszy oraz chwil prawdziwego nicnierobienia. Żyjemy w świecie, który niemal nigdy nie milknie. Powiadomienia, podcasty, muzyka, telewizor grający w tle czy hałas uliczny sprawiają, że nasz układ nerwowy jest nieustannie bombardowany bodźcami. Przewlekły hałas zaburza regenerację mózgu, utrudnia powstawanie nowych neuronów oraz nasila wydzielanie hormonów stresu, sprzyjających stanom zapalnym i pogarszających pracę komórek nerwowych. W efekcie trudniej się koncentrować, zapamiętywać informacje i uczyć. Rośnie także poziom zmęczenia, lęku i napięcia, a umysł ma coraz mniej przestrzeni na autorefleksję i kreatywność. Według danych WHO hałas drogowy skraca życie ludzi łącznie o co najmniej milion lat, przyczyniając się m.in. do chorób układu krążenia, nadciśnienia, zaburzeń snu i pogorszenia funkcji poznawczych u dzieci. Paradoksalnie współczesny człowiek coraz rzadziej doświadcza prawdziwej ciszy. Tymczasem neuronauka pokazuje, że nie jest ona jedynie brakiem dźwięku, lecz stanem niezbędnym do regeneracji mózgu, uczenia się, kreatywności i dobrostanu psychicznego. A czym właściwie jest cisza? Z perspektywy fizyki cisza oznacza brak lub bardzo niski poziom bodźców akustycznych. Jednak z punktu widzenia mózgu cisza jest czymś znacznie więcej. Można wyróżnić trzy rodzaje ciszy:
- ciszę zewnętrzną – ograniczenie hałasu i bodźców słuchowych,
- ciszę poznawczą – przerwę od napływu informacji, wiadomości i ekranów,
- ciszę wewnętrzną – stan zmniejszonego natłoku myśli, który może pojawiać się podczas medytacji, spaceru czy świadomego odpoczynku.
To właśnie połączenie tych trzech elementów jest najbardziej korzystne dla pracy mózgu.
Odpoczynek nie oznacza bezczynności mózgu. Przeciwnie – jest czasem jego intensywnej regeneracji i wewnętrznego porządkowania.
Aktywność spoczynkowa
Mózg nigdy naprawdę nie odpoczywa. Dawniej sądzono, że kiedy nic nie robimy, również on się ,,wyłącza”. Dziś wiemy, że jest dokładnie odwrotnie. W czasie ciszy i odpoczynku aktywuje się tzw. sieć stanu domyślnego (DMN), odpowiedzialna za spontaniczne myślenie, autorefleksję i kreatywność. To ona porządkuje wspomnienia, integruje doświadczenia, pomaga planować przyszłość oraz budować poczucie własnej tożsamości. Dlatego najlepsze pomysły często przychodzą do głowy podczas spaceru, kąpieli czy spokojnej jazdy samochodem, kiedy dociera do nas mniej bodźców. Odpoczynek nie oznacza więc bezczynności mózgu. Przeciwnie – jest czasem jego intensywnej regeneracji i wewnętrznego porządkowania. Cisza redukuje stres skuteczniej niż relaksująca muzyka. Choć wielu osobom to właśnie muzyka kojarzy się z wyciszeniem, badania pokazują, że jeszcze większy efekt przynoszą chwile ciszy. W eksperymencie Luciano Bernardiego szczególnie krótkie przerwy między utworami najsilniej obniżały napięcie i sprzyjały wyciszeniu organizmu. Obserwowano spowolnienie pracy serca, obniżenie ciśnienia tętniczego oraz zmniejszenie aktywności współczulnego układu nerwowego. Ponadto cisza pozwala organizmowi przełączyć się z trybu ,,walcz lub uciekaj” na tryb regeneracji. Hałas działa jak przewlekły stres – podnosi poziom kortyzolu, pogarsza koncentrację, pamięć i jakość snu, zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych oraz utrudnia uczenie się, szczególnie u dzieci. Nie traćmy też z oczu faktu, że mózg traktuje nieprzewidywalny hałas jako potencjalne zagrożenie. Nawet jeśli świadomie go ignorujemy, układ nerwowy nadal zużywa energię na monitorowanie otoczenia. Gdy dociera do nas mniej bodźców, łatwiej zauważamy także własne emocje, lepiej je regulujemy i zyskujemy przestrzeń do refleksji. Dlatego wiele technik psychoterapeutycznych, mindfulness i medytacji zaczyna się od świadomego zatrzymania i wejścia w ciszę. Cisza sprzyja także powstawaniu nowych komórek nerwowych oraz zwiększa produkcję BDNF – białka wspierającego pracę synaps i chroniącego mózg przed procesami neurodegeneracyjnymi. Dzięki temu poprawia pamięć, koncentrację i inne funkcje poznawcze.
Czy cisza musi być trudna?
Nasz mózg ewoluował w świecie, w którym okresy aktywności przeplatały się z ciszą i spokojem. Dziś niemal nieustannie bombardują go media społecznościowe, reklamy, rozmowy i hałas. Nasza uwaga jest przez cały czas zajęta bodźcami z zewnątrz, przez co coraz rzadziej zostajemy sami ze swoimi myślami. Współczesne technologie zostały zaprojektowane tak, by jak najdłużej przyciągnąć naszą uwagę. Każde powiadomienie czy krótki filmik pobudza układ nagrody i wywołuje wyrzut dopaminy. Z czasem mózg przyzwyczaja się do ciągłej stymulacji, dlatego cisza może wydawać się niekomfortowa – nie dlatego, że nam szkodzi, lecz dlatego, że odzwyczailiśmy się od niej. Badania pokazują, że wielu ludzi odczuwa dyskomfort już po kilku minutach spędzonych bez telefonu, muzyki czy rozmowy. W jednym z eksperymentów część uczestników wolała zadać sobie niewielki impuls elektryczny, niż przez kilkanaście minut zostać sam na sam ze swoimi myślami. To dlatego, że w ciszy aktywuje się wspomniana sieć stanu domyślnego, odpowiedzialna za autorefleksję. Wtedy wracają myśli, emocje i nierozwiązane sprawy, które na co dzień zagłuszamy natłokiem bodźców. Paradoksalnie to właśnie ten proces jest niezbędny dla zdrowia psychicznego. W ciszy mózg porządkuje doświadczenia, utrwala wspomnienia, pomaga lepiej rozumieć własne emocje i podejmować bardziej świadome decyzje. Cisza nie jest stratą czasu – to forma regeneracji mózgu. Być może dlatego cisza stała się dziś jedną z najcenniejszych form odpoczynku. W świecie nieustannie walczącym o naszą uwagę kilka minut bez bodźców pozwala układowi nerwowemu odzyskać równowagę. Cisza nie jest pustką, lecz czasem intensywnej pracy mózgu. Wspiera pamięć, uczenie się, kreatywność i regulację emocji. W świecie pełnym bodźców staje się więc nie luksusem, lecz biologiczną potrzebą. Można ją praktykować także poprzez świadome nicnierobienie. Choć medytacja, spacer czy inne formy relaksu skutecznie wyciszają układ nerwowy, nadal angażują naszą uwagę. Tymczasem prawdziwe nicnierobienie polega na tym, by przez chwilę nie robić dosłownie nic i pozwolić myślom swobodnie płynąć. Dziś jest to wyjątkowo trudne. Telefony, powiadomienia i media społecznościowe utrzymują mózg w stanie ciągłej czujności, a kultura produktywności sprawia, że odpoczynek traktujemy jak nagrodę za wyczerpanie, zamiast jako niezbędny element dbania o zdrowie. Tymczasem przewlekłe przepracowanie prowadzi m.in. do zmniejszenia hipokampu – struktury odpowiedzialnej za pamięć i uczenie się – dlatego chwile prawdziwego wyciszenia są dla mózgu nie tyle luksusem, ile biologiczną koniecznością. Kiedy nic nie robimy, aktywuje się sieć stanu domyślnego. Tętno zwalnia, oddech się uspokaja, a poziom kortyzolu obniża. Taki stan pozwala organizmowi uzupełnić zapasy neuroprzekaźników – swoistego ,,paliwa” niezbędnego do prawidłowej pracy mózgu, m.in. glutaminianu i GABA. To właśnie wtedy możemy swobodnie ,,błądzić myślami”, marzyć, porządkować doświadczenia i poddawać się autorefleksji. Badania pokazują, że takie spontaniczne ,,błądzenie myślami” wspiera inteligencję, kreatywność, przetwarzanie emocji i zdolność przewidywania przyszłości. Wzmacnia także połączenia między neuronami, poprawia ukrwienie mózgu i może zmniejszać ryzyko depresji oraz demencji. Kontakt z naturą, obserwowanie nieba, kilka minut ciszy czy świadomego nicnierobienia to proste sposoby uruchomienia tych naturalnych mechanizmów regeneracji. Wystarczy 10 -15 minut bez konkretnego celu, bez telefonu i nadmiaru bodźców. Choć współczesna kultura często utożsamia bezczynność z lenistwem, z perspektywy neuronauki jest ona ważnym elementem dbania o zdrowie mózgu. Sprzyja kreatywności, autorefleksji, regulacji emocji i dobrostanowi psychicznemu. Uruchomienie tych naturalnych procesów wspiera inteligencję, kreatywność, empatię i długofalową produktywność, a także sprzyja regeneracji mózgu i może chronić przed chorobami neurologicznymi. Cisza i świadome nicnierobienie nie są więc stratą czasu, lecz jedną z najprostszych i najskuteczniejszych form dbania o zdrowie mózgu.
Jak korzystać z mocy ciszy?
Nie trzeba wyjeżdżać do klasztoru ani godzinami medytować. Wystarczy wprowadzić do codzienności kilka prostych nawyków:
- 10 -15 minut ciszy dziennie,
- spacer bez słuchawek,
- jazda samochodem bez radia,
- poranna kawa bez telefonu,
- kilka minut ciszy przed snem,
- kontakt z naturą.
Regularne chwile ciszy pozwalają mózgowi się regenerować i odbudowywać zasoby.
Justyna Żejmo – psycholożka, specjalistka ds. neuropsychologii i psychosomatyki. Badaczka naukowa, terapeutka, założycielka i prowadząca półroczną Akademię Odporności Psychicznej. Opiekunka merytoryczna i współzałożycielka studiów podyplomowych na Uniwersytecie Merito – Neuroprzywództwo. Autorka książek psychologicznych dotyczących pracy z własnym mózgiem: ,,Spokojny mózg”, ,,Mózg odporny na krytykę”. http://www.justinbrain.pl
***
Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet
Co jest nie tak ze słowem ,,przekwitanie”? Wszystko z nim jest nie tak
Z dr Alicją Długołęcką rozmawia Paulina Reiter. Wysokie Obcasy, 1 października 2022

Zacznijmy od uderzeń gorąca.
Mam je jeszcze. Ale ja mówię o falach. W nomenklaturze medycznej mówi się o uderzeniach, uważam, że to nieszczęśliwe określenie – agresywne, militarne. Jakby ciało z nami walczyło. Tymczasem ja te fale odbieram jako sygnały. Mówię o tym: przypływ. To zwiastun zmiany. Porównuję transformację menopauzalną do fazy adolescencji. Tak jak dziewczynka czuje się ,,dziwnie”, gdy dojrzewa – ma bóle brzucha, zaczyna miesiączkować, odczuwa zmienność nastrojów, rozwija się u niej myślenie abstrakcyjne, tak podczas tego kolejnego dojrzewania pojawia się mnóstwo zmian. Objawy cielesne można traktować jako zwiastun większego procesu. Ale jeszcze rok temu, przed napisaniem książki ,,Przypływ”, tak o tym nie myślałam. Wiedzę na temat menopauzy czerpałam z książek medycznych. I się bałam. Gdy przyszły pierwsze objawy – fale gorąca, zmęczenie, problemy ze snem – byłam zła, że to już. Interpretowałam to jako znój. Koniec miesiączkowania może się łączyć z różnymi dolegliwościami: ze stanami zapalnymi, zmianami w cewce moczowej, z nietrzymaniem moczu, suchością pochwy. Zaczęłam mieć problemy z przemianą materii. Przytyłam. Potraktowałam to wszystko jako dolegliwość i oznakę ,,upadku ciała” zarówno w wymiarze kulturowym, jak i osobistym.
A gdy się złościłaś, to na co dokładnie?
Myślę, że ta złość była na kilka rzeczy. Przede wszystkim na to, że ciało mnie zmusza do zatrzymania się. Że nie mogę zasuwać jak zwykle. A ja mam tendencję do tyrania. Tymczasem podczs przypływów robiło mi się słabo. Wkurzało mnie, że ,,to” odciąga mnie od spraw bieżących i kieruje na siebie samą. Kolejna rzecz – zauważyłam, iż mimo deklaracji, że jestem feministką, zaczęłam być wściekła na swoje ciało w kwestii poczucia atrakcyjności jako obiektu seksualnego. To ważny moment. Bo można zobaczyć – poczuć i przemyśleć – co sobie deklarujemy, a co naprawdę czujemy. Deklarowałam sobie, że jest mi obojętne, jak moje kobiece kształty i moja energia kobieca odbijają się w męskich oczach. Uważałam, że mam to już dawno przerobione i że nie muszę się dostosowywać do kulturowego wzorca. Odkryłam, że nie do końca tak jest. Mimo, iż zasadniczo lubię swoje ciało, to zaczęłam mieć myśli, że może spodenki, w których wychodzę na rower, są za krótkie i bałam się, że narażę się na śmieszność. Czułam złość na ciało, że przytyłam. I że po weekendzie na żaglach na skórze zostały mi ciemne plamki od słońca, skóra reagowała inaczej niż zwykle. A przecież zawsze byłam taka silna, sprawna. To mnie podłamało.
Ale?
Ale na szczęście szybko poczułam, że nie chcę być w stosunku do siebie tak okrutna. Że chcę przez ten czas przejść świadomie, zrozumieć, dlaczego ta faza życia wiąże się ze smutkiem, złością, z lękiem, a nawet z poczuciem winy. Po roku od menopauzy – ostatniej miesiączki – nadal mam te przypływy, czuję te fale. Ale dzisiaj już odbieram je inaczej. Jako prośbę ciała: ,,Uspokój się, zwolnij. Za dużo na siebie bierzesz. Za bardzo się denerwujesz. Zatrzymaj się”. Zaczęłam bardziej dbać o siebie, o to, ile się ruszam, co jem, ile piję alkoholu, itp. Zrozumiałam, że tak jak nikt mnie nie uświadamiał, jeśli chodzi o sprawy związane z dojrzewaniem, tak samo nikt mnie nie przygotował na tę zmianę. I że jestem w niej bardzo samotna. A wszystkie książki, które czytałam, były książkami medycznymi, które tylko utrwalały stereotypy, pisząc o ,,uderzeniach gorąca” i ,,przekwitaniu”.
Poczułam, że chcę przejść przez ten czas świadomie i nie chcę być w stosunku do siebie tak okrutna
,,Przekwitanie”. To słowo, zdaje się, szczególnie cię złości. Co z nim nie tak?
Wszystko jest nie tak z tym pojęciem. Słowo ,,klimakterium” pochodzi od greckiego słowa ,,klimax” – drabina, i ,,klimakter” oznaczającego szczebel w rozwoju. A więc ma w źródło wpisane wznoszenie się, wspinanie. A przekwitanie to usychanie. Mnie to się kojarzy z gnijącymi roślinami w wazonie bądź na rabatkach. Nieużyteczne, niepotrzebne. Śmieci. Słowo ,,przekwitanie” niesie w sobie mizoginiczne podejście, traktujące zdolności reprodukcyjne jako wyznacznik wartości kobiecości. Porównując do cyklów rozwojowych rośliny, to koncentracja na fazie przywabiania pszczół do zapylenia. Podobnie jest w medycznym traktowaniu tej fazy. Jako edukatorka seksualna jestem dziś przeciwna mówieniu dziewczynkom, że stają się kobietami, gdy zaczynają miesiączkować. Bo to oznaczałoby, że przestajemy być kobietami, gdy przestajemy miesiączkować. Przecież to absurd. Przekwitanie nie koncentruje się na kumulacji energii, na rozwoju, lecz na utracie.
Za twoją książką ,,Przypływ” stoi idea kręgu?
Tak. Zrobiłam to, co podpowiada dawna wiedza i tradycja – stworzyłam krąg. Przywołałam do siebie mądre kobiety.
Piszesz, że to antyporadnik edukacji psychoseksualnej dla kobiet dojrzałych. Czyli jakich?
Myślałam o tym, by wyprzedzić zjawisko, przygotować kobiety na transformację menopauzalną, trochę tak jak dziewczynki przygotowujemy do kilkuletniego procesu dojrzewania, a więc pisałam tę książkę z myślą o kobietach po 35. roku życia. Ale ja mam 54 lata i mnie samej pozwoliło to spojrzeć na ten czas inaczej.
Kultura i medycyna kazały nam do tej pory patrzeć tylko w rubrykę ,,strata”. Ty i twoje rozmówczynie robicie uczciwy bilans – nie odwracacie oczu od strat, ale wypełniacie też rubrykę ,,zysk”.
Nie chciałam pisać huraoptymistycznego poradnika, który służyłby ku pokrzepieniu… już sama nie wiem, jakiego organu. Zależało mi na tym, by opisać to doświadczenie szczerze, prawdziwie. Dla mnie to jest książka o dojrzewaniu, kolejnej fazie rozwoju psychoseksualnego kobiety. I oczywiście, że są straty, które przeżywamy zależnie od tego, czemu wcześniej nadałyśmy znaczenie.
U ciebie?
U mnie klimakterium zbiegło się z momentem, gdy wypuszczałam córkę z domu. Byłam pełna obaw, chociaż wierzyłam, że jest jej to potrzebne i że tego pragnie. Mierzyłam się też z poczuciem samotności. Wiedziałam, że ta strata jest na zawsze, jak w świecie zwierząt – córka wyleciała z gniazda. Jednocześnie przez ten rok nasza relacja rozwijała się wspaniale – z dumą obserwuję, jak staje się autonomicznym człowiekiem i cieszy mnie miłość, która między nami teraz owocuje. A przede mną nagle otworzyły się nowe przestrzenie – zarówno przestrzeni fizycznej, jak i czasu i emocji. Miałam też pewne poczucie straty w kwestii budowania relacji. Mam świadomość, że z moim doświadczeniem i wiedzą pewne rzeczy już mi się nie przydarzą. Młodzieńcze poczucie, że jakaś osoba jest w stanie wypełnić pustkę, gdy wiąże się to z przeżyciami seksualnymi, daje niepowtarzalną jakość zakochania. Tylko że… już nie na tym etapie. To już nie jest możliwe. Budowanie świadomej relacji nie opiera się już na złudzeniach i oczarowaniach, jest w niej o wiele więcej miejsca na autonomię, czułość, wyrozumiałość dla siebie i drugiego człowieka.
Ale to chyba zysk?
Tak. Mam też poczucie utraty sprawności fizycznej – niestety, wiem, że na własnych nogach już do pewnych miejsc nie dotrę, na Kilimandżaro już pewnie nie wejdę. Przychodzi też refleksja o rzeczach, które mogłam zrobić, lecz ich nie zrobiłam. I do tego dochodzi uczucie, że mogłam postępować inaczej – że straciłam czyjąś miłość, przyjaźń, sympatię, szacunek i że mogłam pewne sprawy inaczej poprowadzić. Traktuję to jako naturalną kolej rzeczy – żal, smutek, wzięcie odpowiedzialności za błędy.
A odczuwałaś smutek z powodu rozstania z płodnością? Bardzo piękny film o egzystencjalnym dramacie kobiety, która przechodzi menopauzę, zrobiła Joanna Hogg – ,,Niezwiązani”.
Nie teraz, bo doświadczyłam tego wcześniej. Byłam po stracie ciąży i śmierci narodzonej córki. Trzecie dziecko, to, które żyje, urodziłam, mając 35 lat. I raczej już miałam świadomość, że więcej dzieci mieć nie będę. A potem, w wieku 44 lat, zakochałam się i oszalałam, i poczułam nagle, że to ostatni moment, by mieć jeszcze dziecko. Jednak wtedy podjęłam decyzję, że nie. Bardzo dobrze pamiętam tę chwilę, jechałam samochodem i widziałam swoją twarz w lusterku, jak w filmie, i miałam takie uczucie, że jestem w tym sensie dojrzała, że mogę zdecydować, że mój cykl rodzicielski się wypełnił i nie będę już nigdy w ciąży.
Wiele kobiet nie ma tego poczucia straty. Przeciwnie, koniec płodności przyjmują z ulgą.
Poczucie straty dotyczy kobiet, które nie zrealizowały swojej potrzeby macierzyńskiej z powodu choroby bądź dlatego, że nie spotkały ,,właściwej osoby”, a nie chciały się zdecydować na samodzielne macierzyństwo. Te, które zrealizowały tę potrzebę, uważają, że to czas zasłużonego odpoczynku.
Z pierwszą rozmówczynią, Agnieszką Czapczyńską, psycholożką procesu, mówicie o tym, że w straty często wpisujemy rodziców. To wiek, kiedy wiele z nas ich traci.
Tak. I znamy to obie, bo przecież ty i ja mniej więcej w tym samym czasie straciłyśmy ojców. To może być czas zamiany ról – zaczynamy sie troszczyć o starzejących sie rodziców. Czas czyszczenia relacji, jeśli były trudne. Jeśli rodzic odszedł, pojawić się może żal, że już coś między nami się nie wydarzy. Czujemy się sierotami, już dla nikogo nie jesteśmy dzieckiem. Straciłam też bardzo bliskich przyjaciół, i to jedno po drugim. Te śmierci – przyjaciół, rodziców – powodują, że dzieje się coś najważniejszego, co jest wpisane w tę fazę, czyli to, że uwzględniamy swoją śmierć. A nie godząc się na nią, nie przerabiając jej, nie da się być człowiekiem świadomym w tym wieku. Przerobienie własnej śmierci daje pewnego rodzaju wolność i wdzięczność za czas, który pozostał i który jest zagadką. To zupełnie zmienia sposób podejścia do życia. Możemy przestać walczyć z czasem, uciekać. Otwierają się drzwi do miejsca, gdzie jest moc, wdzięczność, życzliwość dla siebie i innych. I wolność.
Wykonałyśmy zadania i powinności i teraz możemy robić to, co chcemy. I już się nie będziemy przejmować sprawami, którym same nie nadamy znaczenia.
Wykonałyśmy zadania i powinności i teraz możemy robić to, co chcemy. I już się nie będziemy przejmować sprawami, którym same nie nadamy znaczenia.
A co z seksem? Co z tą suchością pochwy itd.?
To, że się zmieniamy na wielu poziomach, będzie się wiązało ze zmianami w tym obszarze życia. Czy z tego powodu należy mieć poczucie straty? Oczywiście można – mężczyzna, że nie ma erekcji na zawołanie, kobieta, że nie ma takiej lubrykacji jak kiedyś. Z rozmów z wieloma kobietami i z własnego doświadczenia wiem, że jeśli się nie wycofamy, staniemy się bardziej uważne, delikatne i asertywne w seksie. Często bardziej autentyczne i otwarte na partnera/partnerkę. Myślę o tym z czułością – że to naturalne tak jak to, że siwieją nam włosy. Można tęsknić za mocnymi włosami, mocnymi zębami, za gładką skórą, ale to jest przecież wpisane w życie.
Moja przyjaciółka martwi się, że zaczęły jej wisieć policzki. Podciąga skórę i pokazuje, jak chciałaby wyglądać – jak kiedyś.
Zaproponowałabym jako terapeutka, żeby się zastanowiła, dlaczego ją to tak dotyka. Jaki lęk leży pod tym zmartwieniem? Co w jej poczuciu zostanie jej zabrane przez to, że będzie miała zmarszczki, że policzki obwisną? W ,,Przypływie” jest rozmowa z Iwoną Demko, artystką. Iwona, osoba bardzo szczupła, opisuje w niej, jak dostrzegła, że zwisa jej brzuch w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie zwisał, i emocje, jakie ten widok wywołał. Rozmawiamy o starzejących się twarzach i o Marinie Abramović, awangardowej performerce, która robi sobie operacje plastyczne, bo nie może się pogodzić z upływem czasu. Uważam, że niech każda kobieta robi, co chce, jak czuje. Ja chciałabym być kiedyś siwa. Dla mnie operacja plastyczna to byłaby walka z sobą samą. Gdy złoszczę się na plamki na skórze lub siwy włos, to potem zadaję sobie pytanie: dlaczego jesteś wobec siebie tak okrutna? Przecież wiesz, że nie będziesz żyła wiecznie, i przyjmuj to. I staram się siebie samą otoczyć troską. Pod wpływem rozmowy z Katarzyną Skórzewską, ginekolożką i endokrynolożką, zwaną w social mediach Doktor Menopauzą, lęk przed starzeniem się zamieniłam w potrzebę dbania o siebie. Nawet dziś robiłam kolejne badania krwi. Dzięki Kasi wiem, że transformacja menopauzalna – bo tak dziś określają to ginekolożki – nie jest chwilą, to dość długi proces, rozciągnięty na 10-15 lat. Czyli mamy czas, by się z tą zmianą oswoić, przygotować do niej. Możemy podjąć decyzję o skorzystaniu z menopauzalnej terapii hormonalnej (odchodzi się dziś od mówienia o ,,terapii zastępczej”). Niektóre kobiety się na to decydują, inne szukają innych rozwiązań, by podnieść jakość życia w tym czasie: aktywność fizyczna, zmiana sposobu odżywiania, danie sobie prawa do odpoczynku.
Wiele kobiet mówi, że ten czas to dla nich czas odkrywania wolności.
Już w latach 50. ubiegłego wieku słynna amerykańska antropolożka Margaret Mead ukuła zwrot ,,zapał postmenopauzalny”. Mówiła: ,,Nie ma większej siły na świecie niż zapał kobiety po menopauzie”. Kobiety stają się bardziej wyzwolone, zdecydowane, stawiające granice, niezależne. Zrobienie czegoś wbrew sobie w naszej kulturze cenione jest wyżej niż zrobienie czegoś w zgodzie ze sobą. I mimo, że uważam to za krzywdzące i pozbawione sensu, to dalej działa. Dlatego czujemy się ciągle niewystarczające w różnych dziedzinach. Zwłaszcza jako matki. Naprawdę mnóstwo problemów wynika z tego, że się za bardzo poświęcałyśmy. Wtedy, przy takiej fali gorąca, możemy poczuć, że tego się nie da wytrzymać, że nie jesteśmy już w stanie więcej zrobić. I z tego może się coś zrodzić. To moment, żeby się zatrzymać i pomyśleć: czego jest w moim życiu za dużo? Na co się w życiu zgadzałam? Czy moja relacja z partnerem/partnerką jest dobra? Ma tak trwać czy zalewa mnie smutek i czuję, że to nie ma sensu? A może mogę coś zmienić? To bardzo poruszające dla mnie jako terapeutki, gdy klientki, które przez 15 lat nie mówiły ,,nie”, nagle zaczynają mówić, czego potrzebują. Może się okazać, że partner też ma jakieś niezaspokojone potrzeby i można się na nowo dogadać. Albo nadchodzi czas, by z tłamszącej relacji się wyzwolić. Podobnie było w pracy, gdy wchodziłyśmy w rolę ofiary, robiłyśmy rzeczy, których nie lubiłyśmy, miałyśmy poczucie, że nie rozwijamy swoich talentów. Albo w relacji z rodzicami, gdy nie umiałyśmy stawiać granic i doprowadziło to nasze życie do takiego absurdu, że nie chciało nam się już żyć. To moment, żeby się zatrzymać i zastanowić: po co? To pożywka dla rozwoju, dla dojrzewania. Albo możemy walczyć z czasem, albo zająć się swoim życiem.
Jedną z twoich rozmówczyń jest profesor Magdalena Środa. Rozmawiacie o mądrości. Czy mądrość i doświadczenie to coś, co wpisujemy w rubrykę ,,zysk”?
Tak. Podczas tej rozmowy poczułam, że to, co wiem, ma wartość. Poczułam szacunek dla własnej wiedzy i doświadczenia życiowego. To są zasoby, w których można korzystać i którymi można się dzielić. Gdy słucham najstarszych kobiet, które zaprosiłam do rozmowy – Marii Beisert, seksuolożki, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej, psycholożki, Wirginii Szmyt, pedagożki, działaczki społecznej na rzecz seniorów, czyli słynnej DJ-ki Viki – gdy mówią o sobie, to napawa mnie to optymizmem. Ja i moje rówieśnice jesteśmy jeszcze trochę zaplątane w poszukiwaniach, a one są na następnym etapie mądrości. Chciałabym doświadczyć tej perspektywy. Nam się wmawia, żebyśmy się w ścieżce rozwojowej zatrzymały, udawały młodsze, niż jesteśmy. Mówi się o pięćdziesiątce, że jest jak trzydziestka, i to ma być komplement. Jak mi ktoś tak mówi, to dla mnie już nie jest komplement. Bycie pełnym energii, zaciekawionym wrzuca się do młodości, bo starość, dojrzałość są lekceważone, obśmiewane. A przecież nie wiek decyduje o tym. To błędny przekaz, którego ja nie kupuję.
Maria Beisert, seksuolożka, kobieta po siedemdziesiątce, która drugi raz wyszła za mąż po sześćdziesiątce, mówi ci: ,,Seksualność jest jednym z atrybutów życia, tak długo jak mamy ochotę na ekstazę seksualną, tak długo jesteśmy żywi. Nie znaczy to, że człowiek, który zrezygnuje z seksualności, staje się martwy, lecz niewątpliwie wyrzeka się bardzo ważnej części swojego życia”.
Maria mówi, że warto ten obszar życia hołubić, bo jest życiodajny. A dowodem na to, co mówi, jest Ewa Woydyłło, która o pewnych sprawach związanych z seksualnością mówi bardzo wprost, a jest od Marii o 14 lat starsza. Gdy rozmawiam z seniorami o seksie, często odnoszę wrażenie, że są w nim znacznie bardziej otwarci i wolni niż ludzie młodzi. Seksowi towarzyszy prawdziwa radość, docenianie faktu, że żyjemy, czujemy, dotykamy, widzimy, smakujemy. Łagodniejemy w stosunku do siebie i w stosunku do drugiego człowieka – jest więcej miejsca na wyrozumiałość, czułość, szczerość. Oczywiście jeśli się nie pozamykamy. Warto pamiętać też o samomiłości, masturbacji, która jest po prostu zdrowa zarówno dla naszego psychicznego samopoczucia, jak i dla ciała, bo sprzyja lepszemu ukrwieniu miednicy mniejszej.
Piszesz, że ,,Przypływ” jest buntem przeciwko wpisywaniu kobiet po menopauzie w obraz potulnej babci, z drugiej strony sama podkreślasz łagodność, mówisz, że to może być czas odpuszczenia, spokoju, nieszarpania się już tak bardzo.
Podpuszczasz mnie. Mówię, żeby o siebie zadbać, by mieć siłę. Posłużę się wyświechtanym porównaniem – najpierw matka zakłada maskę w samolocie sobie, potem zakłada ją dziecku. Kobieta postmenopauzalna, jeśli ma matkować światu, musi mieć na to czas i siłę. A działania kobiet w tym wieku są to z reguły działania dość spektakularne – jeśli walczy, to na całość, wali prawdę w oczy, bo ma odwagę, już się nie musi tak bardzo bać. I nie rozdrabnia się. Przychodzi mi do głowy przykład Katarzyny Augustynek, zwanej Babcią Kasią. Albo Jane Fondy, opisanej w książce. Siła, którą mają takie kobiety, pochodzi z pogodzenia ze sobą. Bardzo ciekawą rozmowę odbyłam z Agnieszką Graff, której analityczny umysł połączony z niezwykłą delikatnością i wrażliwością mnie zachwycił. Dokonuje analizy tego, na czym może polegać zmiana świadomości kobiety dojrzałej. Pokazuje też, jak można świadomie dokonywać wyborów w życiu osobistym, i jest przykładem kobiety, która idzie za głosem serca i wybiera człowieka, który jest jej najbliższy – i tym razem to jest kobieta. Ma odwagę łamać dużo schematów.
Wiele kobiet, z którymi rozmawiasz, odkrywa w wieku okołomenopauzalnym więź z przyrodą. Jak to rozumiesz?
Rozumiem to absolutnie egzystencjalnie. Odchodzimy tam, skąd przyszliśmy, więc to jest jasne, że im stajemy się starsi na poziomie komórkowym, tym bliżej nam do cyklów przyrody. Myślę, że to nas przygotowuje do śmierci. Mówię poważnie. Myślimy o sobie, jako o części tego pięknego świata. Łatwiej od niego nie odchodzić, tylko się nim stawać.
Pisanie ,,Przypływu” było dla ciebie procesem, piszesz. Jakim?
Stawaniem w prawdzie. Nadal jestem w tym procesie. Pewnie jeszcze trochę w fazie straty i żalu. Myślę o swojej młodości jako o niezwykle schematycznej w wymiarze relacji – i przyjacielskich, i miłosnych. Aż mnie to przeraża. Szłam za wzorcem – jakby został napisany scenariusz, a ja grałam rolę, jak w filmie. A teraz swoje życie reżyseruję sama.
***
Rozbieżność w pożądaniu.
W braku ochoty na seks, którego się nie lubi, nie ma nic dysfunkcyjnego. Główny problem, z jakim pary zgłaszają się na terapię, to rozbieżność w pożądaniu. Partnerzy zapytani, jak wyglądał ich ostatni seks, opowiadają o czymś ponurym i rozczarowującym. Z Emily Nagoski, amerykańską badaczką i edukatorką seksualną, specjalizującą się w seksualności kobiet, autorką bestsellerowych poradników rozmawia Zuzanna Kuffel. Wysokie Obcasy, 16.08.2025.

Zuzanna Kuffel: To bardzo odważne, że jako edukatorka seksualna przyznałaś w książce, że masz problemy w życiu seksualnym.
Emily Nagoski: – Częścią mojego przygotowania do zawodu była nauka rozróżniania, kiedy mówienie o sobie ma sens, a kiedy lepiej tego nie robić. Z założenia nie mówię o sobie. W mojej pierwszej książce ani jedna historia nie była o mnie. Martwiłam się, że jeśli przyznam, że też mam problemy, podważę swoją wiarygodność i ludzie przestaną brać mnie na poważnie jako ekspertkę. Zwierzyłam się jednak mojej agentce, a ona powiedziała: ,,Emily, nawet nie wiesz, jaka to ulga słyszeć, że dla ciebie to też czasem jest trudne”. Wtedy pomyślałam, że może warto opowiedzieć o swoim problemie. Po spotkaniach z publicznością wiele osób podchodzi podziękować za książkę i zawsze zdarza się ktoś, kto mówi, że w ciągu ostatniego roku tylko raz uprawiał seks. Od kiedy moja książka ukazała się w Stanach Zjednoczonych, dostałam dużo wiadomości od ludzi, którzy po lekturze przestali robić sobie wyrzuty, bo uznali, że jeśli ja mam problem, to każdy może mieć.
Podkreślasz, że ludzie chcą wiedzieć, co jest normalne w kwestii seksualności. Postanowiłaś znormalizować to, że w życiu seksualnym mogą pojawić się kłopoty?
– Taki miałam zamiar. Panuje przekonanie, że osoby zajmujące się zawodowo seksualnością mają szalone życie seksualne – pikantne, kinkowe, w każdym pokoju, w każdej pozycji i z każdą zabawką. A to przecież nieprawda.
Ekspercka wiedza nie uchroniła cię przed kryzysem?
– Mam w głowie pełno informacji, ale to nie znaczy, że moje ciało jest odporne na stres, zmęczenie, depresję i lęk. Starałam się rozwiązać problem, podążając za radami z mojej pierwszej książki. Liczyłam na pożądanie responsywne. Rozbierałam się, kładłam do łóżka, dotykałam mojego partnera i… zaczynałam płakać, po czym zasypiałam. Stwierdziłam więc, że potrzebuję więcej informacji. Zamiast czytać w internecie rady innych osób, szukałam artykułów naukowych o tym, jak pary utrzymują silną więź seksualną w długotrwałych związkach. Potem spróbowałam przełożyć tę specjalistyczną wiedzę na przystępny język w taki sposób, żeby ludzie mogli ją zastosować w codziennym życiu.
Podoba mi się metafora seksu jako współdzielonego przez parę ogrodu.
– Wolałabym, żeby nie była aż tak przydatna, jak się okazała, ponieważ mam wrażenie, że używają jej wszyscy. Jednak mają ku temu powód. Ogród reprezentuje cykle życia. Nikt go nie ocenia za to, że ma różne sezony. Nikt nie ocenia rośliny za to, że wzrasta w taki sposób, na jaki pozwalają jej warunki, w jakich ją posiano. Dlaczego więc oceniamy siebie za to, jak reagujemy na to, co dzieje się w naszym życiu?
Ta metafora przypomina, że piękny ogród nie rośnie w jeden dzień. Wymaga cierpliwości i pracy – tak jak seks w długim związku.
– Tak, ogród wymaga wysiłku, ale jeśli jest twoim hobby, sprawia ci radość. Nie każda część tej pracy jest tak przyjemna jak zrywanie plonów czy zjadanie owoców. Nie każdy dzień w ogrodzie jest cudowny, ale cieszysz się z tego na każdym kroku.
Seks wymaga podobnego zaangażowania.
– Trzeba się do niego nastroić, przygotowywać. Jak z wyjściem na imprezę, kiedy ubierasz sie elegancko, czeszesz, może w trakcie szykowania puszczasz muzykę i tańczysz.
W książce używasz innej metafory o wyjściu na imprezę. Że nie chce ci się szykować, ale gdy się tam pojawiasz, bawisz się świetnie.
– Tą metaforą podzieliła się ze mną znajoma terapeutka. Wcześniej bałam się, że jestem jedyną osobą, która odczuwa przedimprezową niechęć.
Ja jestem z generacji Z. W moim pokoleniu to raczej powszechne.
– Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie, gdybym jako 20-latka wiedziała to, co teraz. Mogłoby to wiele zmienić, zwłaszcza w moim podejściu do relacji. Dobrze byłoby, gdyby dojrzałe osoby chciały uczyć się od młodszych. Rewolucja seksualna tak naprawdę nie wyzwoliła w ludziach zbyt wiele. Zaczęli uprawiać seks pozamałżeński, ale pozostali uwięzieni w tym samym binarnym nonsensie. Podoba mi się, że pokolenie Z w ogóle tego nie kupuje. Im więcej się o tym dowiadujecie, tym bardziej uważacie, że to nie ma sensu, że nie musicie być taką kobietą albo takim mężczyzną, jakimi wpojono wam, że macie być. Starsi powinni się oduczyć binarnych podziałów płciowych.
Twoja książka może w tym pomóc.
– Zastanawiałam się, jak dużo pisać o płci. Ograniczyłam się do dwóch rozdziałów. ,,Podstawowe wprowadzenie do płci” uznałam za elementarne. Jest też rozdział dla heteroseksualnych par, bo te mają najwięcej problemów. Pary gueerowe musiały przedyskutować wiele z tych kwestii, co zapewnia im lepszy seks. Ich stosunki trwają dłużej. Bardziej cieszą się seksem. Częściej mówią ,,kocham cię”.
W związkach heteroseksualnych można przeżyć razem wiele lat w utartych schematach, w rolach zwycięzcy i dawczyni.
– Niedawno słuchałam podcastu, którego gospodynią jest edukatorka seksualna. Opowiadała o swoich zmaganiach z rolami płciowymi. Jej mąż, który nie zajmuje się edukacją seksualną, wciąż jest mocno zakorzeniony w patriarchalnej męskości, co bardzo ogranicza ich seksualną więź. Ona próbuje go przekonać, żeby odpuścił chociaż w niektórych kwestiach. To kolejny przykład, że można zajmować się zawodowo edukacją seksualną, a prywatnie cały czas walczyć z tym, co jest w nas głęboko zakorzenione. Od narodzin jesteśmy uczeni, jak powinniśmy żyć w swoich ciałach. Wierzę, że wspieranie ludzi w odkrywaniu, kim są naprawdę jako osoby seksualne, to część ruchu oporu wobec strasznych rzeczy, które teraz dzieją się w amerykańskiej polityce. Mówienie o płci, seksualności, kinku, przyjemności i pozwoleniu na eksplorację jest antyfaszystowskie.
W książce opisujesz odejście od zinternalizowanych imperatywów jako proces, który dzieje się w ciele. Zachęcasz, żeby umysł oduczył się pewnych prawd, ale przypominasz, jak ważny jest dotyk.
– Nasz układ nerwowy reaguje, kiedy otrzymujemy czuły dotyk od osoby, której ufamy. Zdolność do zaufania, odczuwania więzi i czucia się bezpiecznie w swoich ciałach są bardziej dostępne, kiedy możemy się wymieniać dotykiem z osobą, którą kochamy i która nas kocha.
Ten dotyk nie musi być zorientowany na orgazm czy wywołanie pożądania responsywnego.
– Jeśli jesteś z kimś, kogo podziwiasz i komu ufasz, samo objęcie się, trzymanie się nawzajem i oddech sprawiają, że po 30 sekundach poczujesz, że jesteś bezpieczna. To forma intymności, niekoniecznie seksualnej.
Ale odgrywa rolę w budowaniu kontekstu dla przyjemności?
– Zdecydowanie! Jedno z najczęstszych pytań, jakie dostaję, dotyczy par, w których jedna strona chce więcej seksu niż druga. W takich sytuacjach najlepiej, jeśli partner z większym popędem przestanie wywierać presję. To pozwoli partnerowi z mniejszą ochotą na seks otrzymywać i dawać czuły dotyk bez lęku, że chodzi o inicjowanie stosunku.
Presja to jeden z powodów, przez który ludzie przestają uprawiać seks, ale nie jedyny. Dlaczego dwie osoby, które się kochają, tracą ochotę na seks?
– Nie wiem. Trzeba poznać kontekst. Może coś się zmieniło w relacji, ale może ona jest w porządku. Może zaszły jakieś zmiany w ich życiu, np. dzieci absorbują dużo uwagi albo pojawiły się jakieś wyzwania w pracy. Może czyjeś ciało zmienia się przez perimenopauzę. Może rząd w ich kraju staje się coraz bardziej autokratyczny i nie mogą przestać o tym myśleć. Tak było w moim przypadku.
Zdarza się też, nie mamy ochoty, bo nie podoba nam się seks, który uprawiamy.
– Tak jest bardzo często. Główny problem, z jakim pary zgłaszają się na terapię, to rozbieżność w pożądaniu. Zapytane o to, jak wyglądał ich ostatni seks, nie opisują entuzjastycznego, radosnego, czułego i zabawnego doświadczenia. Opowiadają o seksie, który jest ponury i rozczarowujący. To seks uprawiany tylko dlatego, że jedna strona ma ochotę, a druga uznaje, że już trudno, odhaczy zadanie. Brzmi to jak truizm, ale w braku ochoty na seks, którego się nie lubi, nie ma nic dysfunkcyjnego. Niektórzy tracą ochotę na seks przez to, że przestał się wiązać z przyjemnością. U mnie wynikło to z wewnętrznych przeżyć. Na przeszkodzie stanął największy stres, z jakim się w życiu zmierzyłam. Dlatego tak pomocna była dla mnie mapa emocji.
W rozdziałach poświęconych mapie emocji pokazujesz, że nie ma drogi na skróty do dobrego seksu.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym, żeby była. Dla mnie jako edukatorki seksualnej byłoby dużo łatwiej, gdybym mogła dawać ludziom na tacy trzy kroki, które zagwarantują przyjemność i radość. Jednak nie ma drogi na skróty, potrzeba dużo emocjonalnej pracy. Ja tkwiłam w pokoju strachu. Dopiero kiedy z niego wyszłam i zajęłam się potrzebami mojego ciała, mogłam dostać się do któregoś z pokoi sąsiadujących z pożądaniem. Dla mnie był to albo pokój zabawy, albo poszukiwania. Stworzenie mapy emocji nie jest proste, ale warto to zrobić. Kiedy już raz ją przygotujesz, masz narzędzie, z którego możesz korzystać do końca życia.
To przydatne, bo udane życie seksualne nie jest dane raz na zawsze.
To ciagły proces. We wstępie do książki wyliczam trzy cechy charakterystyczne dla par, które podtrzymują silną więź seksualną. Są dobrymi przyjaciółmi, podziwiają się i ufają sobie nawzajem. Uważają seks za ważny. I podążają za własnymi zasadami dotyczącymi seksualności.
Dojście do tego miejsca to też długi proces.
– Jedni z moich ulubionych badaczy seksualności posługują się metaforą góry. Chcielibyśmy od razu znaleźć się na szczycie i podziwiać widoki. Tymczasem trzeba najpierw się tam wspiąć. Kiedy już osiągnie się szczyt, człowiek czuje się, jakby granice między nim i jego partnerem się zacierały. Takie przeżycia są możliwe. Doświadczyłam tego.
Mówisz o ekstazie? Ostatni rozdział twojej książki, który jest jej poświęcony, czyta się inaczej niż poprzednie.
– Cieszę się, że to zauważyłaś. Mogłam napisać o niej z perspektywy neuronauki. Zdecydowałam jednak, że opiszę ją przez pryzmat doświadczeń, bo kiedy zaczyna się rozkładać ekstazę na czynniki pierwsze, ona znika.

,,Ona ma siłę” jest przystępną, opartą na badaniach i jednocześnie bardzo wspierającą pozycją, która normalizuje różnorodność kobiecych doświadczeń seksualnych. To wartościowy punkt wyjścia do dalszej refleksji nad seksualnością, ciałem i relacją z własnym pożądaniem.

,,Wypalenie” sióstr Nagoski to przełomowy poradnik, z którego dowiesz się, dlaczego kobiety doświadczają wypalenia inaczej niż mężczyźni, a także poznasz prosty, oparty na wiedzy naukowej plan, który pozwoli ci zminimalizować stres, radzić sobie z emocjami i czerpać więcej radości z życia.
***
Mądrość menopauzy
Ciekawsza niż młodość. Są dowody, że dojrzałość może cieszyć. Jeśli o siebie dbasz, twój umysł będzie ostry, psychika odporna, a zbiór życiowych doświadczeń pomoże dokonywać wyborów. To da nowe możliwości. Ten czas ma zalety, których istnienia nie podejrzewałaś. Warto przekonać się jakie i postarać się o dobre życie, mówi dr Monika Łukasiewicz, ginekolożka i seksuolożka specjalizująca się w tematyce menopauzy. Z dr M. Łukasiewicz rozmawiała Jagna Kaczanowska, współautorka pozytywnej książki o dojrzałości Teraz ja. Twój Styl, luty 2026.

Dostałaś życzenia urodzinowe z komentarzem: ,,teraz już z górki”? Ostatnio są popularne.
Monika Łukasiewicz: No jasne. Pomyślałam: dobrze, że z górki. W dół idzie się łatwiej.
Nawet jeśli oznacza to drugą połowę życia, koniec młodości? Czy ten optymizm odnosi się także do kobiet po menopauzie? Najczęściej słyszymy, że nic ekscytującego nas wtedy nie czeka.
Jeśli w to uwierzymy, może się spełnić. Mózg lubi szufladki, uproszczone metody rozumowania. Gdy karmimy go stereotypami, działa na zasadzie: jest stara, nic jej już nie czeka. Jeśli myślisz, że tylko młodzi mają przed sobą ciekawą przyszłość, a dojrzali nie, fundujesz sobie dojrzałość w smutnym wydaniu. Psychiczne, fizyczne i intelektualne kurczenie się. A nie musi tak być. Średni wiek laureatów Nagrody Nobla z fizyki wynosi 55 lat. W dziedzinie literatury to 65 lat, a ekonomii – 70! Możemy ,,rosnąć” całe życie i osiągać ambitne cele nawet po osiemdziesiątce. Maja Komorowska zbliża się do dziewięćdziesiątki, a niedawno zdobyła prestiżową nagrodę za nową rolę!
Brzmi pięknie, ale mózg się starzeje. Niektórzy żartują, że z dojrzałym umysłem jest jak ze starym psem – nowych sztuczek go nie nauczysz.
Nawet w odniesieniu do psów to nieprawda. Naukowcy długo nie doceniali plastyczności ludzkiego mózgu. Uważali, że u dojrzałych osób nie tworzą się nowe szlaki neuronalne, a to one odpowiadają za uczenie się i zapamiętywanie. Niedawno odkryto jednak, że nawet w mózgach starych ludzi zachodzi neurogeneza, czyli narodziny świeżych neuronów. Prawie każdy zna kogoś po udarze czy wylewie, kto początkowo radził sobie źle, a z czasem doszedł do formy. Bez nowych neuronów nie byłoby to możliwe.
Warner Schaie, psycholog, prowadził badania (The Seattle Longitudinal Study). Udowodnił, że umysł osiąga pełnię sprawności po przekroczeniu czwartej dekady. A przez kolejne dwie niewiele z niej traci. Dopiero mózg siedemdziesięciolatka ujawnia symptomy zmęczenia.
Warto tu dodać, że mózg kobiety różni się od mózgu mężczyzny. Tę różnicę można opisać jednym słowem: estrogen. Trzeba trochę wiedzy o fizjologii kobiety, by zrozumieć, co mam na myśli. Estradiol, jeden z estrogenów, przenika przez barierę krew – mózg i reguluje procesy związane z emocjami i funkcjami poznawczymi. Wykazano, że estradiol ma właściwości neuroprotekcyjne – chroni zdolności intelektualne. Menopauza gwałtownie pozbawia nas tej ochrony, bo spada produkcja estrogenu. Już w okresie perimenopauzy (poprzedzającym ostatnie miesiączkowanie) kobiety mają problem ze znalezieniem odpowiednich słów, zapominaniem i tzw. mgłą mózgową. Jest związek między przekwitaniem i ryzykiem pogorszenia funkcji poznawczych, ale to nie znaczy, że gdy wchodzisz w okres menopauzy, odcina ci pamięć i inteligencję.
Mogę zrobić coś, żeby to ryzyko zminimalizować?
Dla poprawy pamięci i lepszego kojarzenia ważna jest zmiana stylu życia: kontrola cukru i nadciśnienia, leczenie objawów depresyjnych, zaburzeń snu, uderzeń gorąca i koniecznie aktywność: sport, joga, taniec. Wiemy już, że im częstsze są uderzenia gorąca, tym większe ryzyko zaburzeń depresyjnych, snu i pamięci. Jest na to sposób: hormonalna terapia menopauzalna (HTM). Jeśli lekarz uzna, że możesz ją stosować, łatwiej będzie ci osiągać intelektualny poziom, o którym mówiłyśmy. Ale liczy się czas. Leczenie estrogenami trzeba rozpocząć jak najwcześniej.
Co mogą zrobić kobiety, które mają przeciwwskazania do korzystania z HTM? Jest ich sporo, jestem jedną z nich, przeszłam chorobę onkologiczną.
Warto zadbać o tzw. rezerwę poznawczą. Niektóre kobiety lepiej tolerują zmiany związane ze starzeniem się i zachowują sprawność umysłową. Sprzyja temu zaangażowanie w pracę, zdobywanie nowych umiejętności i zajęcia rekreacyjne. Aktywność odmładza – mózg i ciało. Uczmy się języków, sportów, poszerzajmy kompetencje technologiczne, psychologiczne. Uznajmy za zdrowy nawyk robienia czegoś pierwszy raz. Polecam ćwiczenia aerobowe, które zwiększają zdolności oddechowe i poprawiają funkcje poznawcze.
Sport ma wpływ na zapamiętywanie i kojarzenie faktów?
Mózg wygimnastykowanej kobiety lepiej ,,chodzi”. W Kanadzie zbadano byłych sportowców po osiemdziesiątce. Mieli sprawniejsze ciała i umysły. Ci, którzy uprawiają sport, mają więcej motoneuronów (komórki nerwowe transmitujące sygnały z mózgu i rdzenia kręgowego do mięśni). Upraszczając: dużo się ruszasz, łatwiej myślisz. Aktywność fizyczna to skuteczna droga do zachowania możliwości umysłowych w dojrzałym wieku.
Prof. Andrew Oswald z Uniwersytetu w Warwick prowadził badania nad poczuciem szczęścia u tysięcy osób. Odkrył zależność: dwudziestolatkowie czuli się szczęśliwi, ale ich poczucie życiowej satysfakcji w okolicach 50. roku życia spadało. I tu niespodzianka, znów wzrastało… po sześćdziesiątce. Po menopauzie możemy odzyskać radość życia?
Późna dorosłość ma zalety. Ale na satysfakcję trzeba zapracować. Antropolożka Margaret Mead opisała zjawisko ,,postmenopauzalnej werwy”. Kobiety po menopauzie deklarują, że wzrasta ich motywacja, energia i zadowolenie z życia. To zrozumiałe: mają już gdzie mieszkać, pozycję zawodową, mogą zająć się sobą, poświęcić czemuś, co przynosi satysfakcję. Fakt, ten moment następuje później niż kiedyś. Dzisiejsze 50-latki mają więcej obowiązków niż ich matki, bo urodziły dzieci przed czterdziestką. Opiekują się starszymi rodzicami, ale i dziećmi, które jeszcze nie wyfrunęły z gniazda. Ale mimo to zapisują się na studia, podróżują, uprawiają sport, działają charytatywnie. Taka postawa to szansa na satysfakcję z życia w póżnym wieku. U wielu kobiet poczucie szczęścia rośnie między 55. a 75. rokiem życia! To oznacza sporo dobrych lat. Jest na co czekać.
Wierzę, że mogę utrzymać umysł i ciało w kondycji. A seks? Menopauza wyklucza dobry seks?
Nie wyklucza, choć utrudnia osiąganie satysfakcji. Pojawiają się problemy fizjologiczne, suchość pochwy – jest na to medyczna rada. Ale to nie menopauza jest najczęściej powodem mniejszej radości z seksu.
A co?
Problemy w relacji. To naturalne, że na początku, w fazie zakochania, częściej uprawiamy seks i uważamy go za satysfakcjonujący, nawet jeśli nie kończy się orgazmem. Pożądamy i pragniemy. W związkach z długim stażem rzadko tak to działa. Seks sam się nie zrobi, trzeba zadecydować, że chcemy go uprawiać. Znaleźć na niego czas, stworzyć atmosferę, odpowiednie warunki. Pamiętajmy też, że po pięćdziesiątce nie tylko kobiety zmagają się z kryzysem, mężczyźni też. Z moich obserwacji wynika, że dojrzała kobieta, która dba o zdrowe ciało, może czerpać z seksu nawet większą satysfakcję niż w wieku 20 czy 30 lat. Bo wie już, czego chce. W tej sferze w dojrzałym wieku też można osiągnąć szczyt możliwości.
Mało kto wie, że do tego właśnie nawiązuje słowo ,,klimakterium”, które pochodzi od łacińskiego ,,climax”, czyli szczyt.
Życiorysy wielu kobiet potwierdzają tę tezę. Reżyserka Kathryn Bigelow miała pięćdziesiąt siedem lat, gdy dostała Oscara za film The Hurt Locker. Emma Rowena Gatewood przeszła szlakiem Appalachów trzy tysiące kilometrów w wieku 67 lat. Barbara Hillary dotarła na biegun północny po siedemdziesiątce i ciężkim leczeniu onkologicznym. W Polsce też są takie kobiety. Pisał o nich magazyn ,,Forbes Woman”, prezentując prestiżowy ranking ,,50 po pięćdziesiątce”. Jest więc kim się inspirować. Dojrzałość to dobry czas na odkrywanie swoich możliwości i realizację marzeń. Nareszcie! Jeśli takie przesłanie wdrukujemy w umyśle, może być ciekawiej niż w młodości.
***
Inny ból
Niektóre nasze rozmówczynie zabierały na wizyty partnera, bo dopiero kiedy facet facetowi powie, że kobietę boli, to się robi wiarygodne. Z Magdą Łucyan i Katarzyną Górniak, dziennikarkami, rozmawia Zuzanna Kuffel. Wysokie Obcasy, 22 marca 2025

Kiedy rozmawiam ze znajomymi o endometriozie, m.in. o tym, jak trudno ją zdiagnozować, dostaję pytania ,,Dlaczego?”, ,,Jak to możliwe?”. Wasza książka na te pytania odpowiada.
Magda Łucyan: My też, zajmując się tym tematem od kilku lat, nadal często mamy w sobie myśl, jak to możliwe. Pracując nad książką, co rusz dzwoniłyśmy do siebie po rozmowach z pacjentkami czy lekarzami, zszokowane tym, co usłyszałyśmy. Katarzyna Górniak: Sprawa jest medyczno-społeczno-kulturowa. Endometrioza jest zaniedbana w medycynie, bo wcześniej przepadła w androcentrycznej dziurze.
Dlaczego?
M.Ł.: Podstawowym problemem jest brak szacunku do kobiet. Przez lata odbijają się od gabinetu do gabinetu i nikt im nie wierzy. K.G.: Nie chciałyśmy mocno ideologicznie nasycać naszej książki, ale zależało nam, żeby wytłumaczyć, skąd się to bierze. Znalazłyśmy ekspertkę od leczenia bólu, Magdalenę Kocot-Kępską, prezeskę Polskiego Towarzystwa Badania Bólu, która wyłożyła nam całą teorię i poparła ją danymi. Te badania nas poraziły. Jasno pokazują, że jeśli posadzisz na izbie przyjęć kobietę i mężczyznę z tymi samymi objawami, to on zostanie szybciej zabezpieczony, dostanie silniejsze leki przeciwbólowe i będzie potraktowany bardziej poważnie, chociaż biologicznie – m.in. przez hormony – to kobiety są bardziej wrażliwe na ból i mocniej go odczuwają. M.Ł.: Kobiety często zamiast leków przeciwbólowych dostają leki uspokajające, ponieważ łatwo padają sugestie, że pacjentka wyolbrzymia, histeryzuje albo jest zdenerwowana. Często się zastanawiam, czy gdyby mężczyzna zadzwonił po pogotowie i powiedział, że ma tak silny ból brzucha, że mdleje, ktoś by mu powiedział, żeby wziął lek rozkurczowy i sobie poleżał? Nie sądzę. Nam w takiej sytuacji się mówi, że okres może boleć i mamy nie przesadzać.
Wasza książka dobrze pokazuje, że tu nie chodzi tylko o seksizm w interakcjach poszczególnych lekarzy z pacjentkami. To problem systemowy.
K.G.: System stworzył sytuację, w której złe traktowanie kobiet jest społecznie akceptowalne. Medycyna bardzo często jest przeciwko nam, a endometrioza jest tego jednym z przykładów. Na diagnozę czeka się od 8 do 10 lat.
Według światowych statystyk, bo w Polsce nikt nie wpadł na to, żeby to zbadać.
K.G.: Dokładnie. Nawet na poziomie statystycznym nie ma u nas zainteresowania endometriozą. W tej chorobie wiele problemów i zaniedbań, które są w medycynie od lat, zbiera się jak w soczewce. Na przykład, jak to możliwe, że jeszcze całkiem niedawno naukowcy, opracowując leki przeciwbólowe, nie pomyśleli, żeby sprawdzić, czy zadziałają na kobiety? Łatwiej było testować wszystko na mężczyznach, bo u nich nie ma wahań hormonalnych. Nas się uważa za ,,mniejszych mężczyzn”, zakładając, że wystarczy nam podać mniejszą dawkę i lek zadziała świetnie. A może nie tylko nie zadziałać, ale też mieć więcej skutków ubocznych.
Bardzo mi się podoba, że w waszej książce wypowiada się specjalistka od leczenia bólu, bo chociaż znam wiele kobiet z przewlekłym bólem podbrzusza, żadna z nich nie korzysta z pomocy poradni leczenia bólu.
M.Ł.: Kobiety od pierwszych miesiączek słyszą, że nie może ich boleć ,,aż tak” albo że każda z nas przeżywa to samo co miesiąc, więc nie ma powodu, żeby iść do poradni leczenia bólu. Problem często zaczyna się niestety w domu. Mama i babcia też miały obfite i bolesne miesiączki, więc dla nich to też nic nadzwyczajnego. Przez to młode dziewczyny z endometriozą dostają sygnał ,,To przykre, ale taki jest los kobiety”. Potem idą do lekarza i tam już powinny usłyszeć, że to nie jest normalne. Tak się nie dzieje. W gabinetach padają słowa ,,Taka pani uroda” albo ,,Po ciąży przejdzie”, czasami też ,,Jeśli boli przy stosunku, to proszę zmienić pozycję”.
U ciebie też tak było?
M.Ł.: Tak, choruję na endometriozę od pierwszej miesiączki. Wiązało się to z ogromnym stresem w szkole – że coś przecieknie, że z bólu nie dam rady siedzieć. Dopiero po drugiej operacji wiem, jak powinna wyglądać miesiączka. W tej książce w pewien sposób rozliczam się ze swoim cierpieniem, z tym, co zakopywałam w sobie przez wiele lat i czym nie dzieliłam się praktycznie z nikim.
Piszecie o problemach endonastolatek, które często nie znajdują wsparcia nie tylko w rodzicach, ale też w nauczycielach. Zaskoczyło was to?
K.G.: Magda zna to z doświadczenia, ale dla mnie był to zupełnie nowy wątek. Te reakcje otoczenia wydają mi się tym straszniejsze, że w okresie nastoletnim wszystko przeżywamy mocniej. Poza tym endometrioza u nastolatek nie jest też łatwym zagadnieniem pod względem medycznym. Na pewno trzeba już wtedy poprawnie diagnozować tę chorobę, żeby oszczędzić kobietom lat cierpienia i bólu, ale włączenie hormonów w nastoletnim wieku nie jest według lekarzy rozwiązaniem właściwym dla każdej chorej. M.Ł.: Bohaterki naszej książki mówiły nam, że w pewnym momencie same zaczęły się zastanawiać, czy rzeczywiście nie wymyślają swoich objawów, czy może jednak nie są chore psychicznie. Uwierzyły otoczeniu, dały to sobie wmówić. Jedna z nich – Iga – do dziś zmaga się przez to z zespołem stresu pourazowego.
Ja dałam sobie wmówić, że mam problemy z oddychaniem, bo ,,jestem młoda i zestresowałam się zabiegiem”. To była zatorowość płucna. A przecież jestem silną kobietą.
K.G.: To, jak jesteśmy traktowane, sprawia, że przestajemy słuchać swojego ciała. Ktoś nam mówi, że wie lepiej, co się z nami dzieje, niż my same. M.Ł.: Nawet jeśli na co dzień w domu i w pracy jesteśmy silne, w zderzeniu z systemem ochrony zdrowia, z grupą lekarzy na obchodzie, którzy są w pozycji władzy, kiedy jesteśmy chore, słabsze, coś nas boli, tracimy tę siłę i nie potrafimy o siebie walczyć. Przyjmujemy to, co się dzieje. Ja też tak miałam. Po mojej pierwszej operacji miałam bardzo silny krwotok. Lekarze mówili, że to pewnie miesiączka, a ja dosłownie stałam w kałuży krwi. Nie byłam w stanie się bronić, byłam jak zagubiona owieczka. Dopiero inne pacjentki z mojej sali powiedziały lekarzom: ,,Co wy mówicie? Spójrzcie, jak ona wygląda!”.
Dlatego psycholożka w waszej książce radzi, jak przygotować się do wizyty tak, żeby lekarz nas nie zbył.
K.G.: Niektóre nasze rozmówczynie zabierały na wizyty partnera, bo dopiero kiedy facet facetowi powie, że kobietę boli, to się robi wiarygodne. M.Ł.: Na początku jeszcze myślisz, że może ten lekarz się nie zna, ma zły dzień, po prostu jest niegrzeczny. Potem idziesz do drugiego, trzeciego, dziesiątego i ciągle powtarza się to samo. W końcu przestajesz szukać pomocy, zaciskasz zęby i próbujesz żyć z bólem. Endometrioza na to jednak nie zważa. Jest podstępną chorobą. Z czasem jej ogniska pojawiają się na kolejnych organach i spektrum objawów się poszerza. Kiedy kobiety już tracą siłę na szukanie diagnozy, w końcu są zmuszone pojechać na SOR, bo ich organizm daje znać, że dzieje się z nim coś bardzo złego.
Te wizyty na SOR raczej nie należą do bardzo pomocnych dla kobiet z endometriozą?
K.G.: To dla nich największe nieszczęście. Jeśli pacjentka trafi niezdiagnozowana w ręce zabiegowca, który nie ma pojęcia o endometriozie, to interwencja chirurgiczna może wyrządzić jej ogromne szkody. M.Ł.: Endometriozę najlepiej leczyć zachowawczo przy pomocy hormonów. Jeśli operacja jest potrzebna, to najlepiej, żeby była jedna i specjalistyczna. ,,Zaglądanie” do brzucha przez przypadkowych lekarzy tylko powoduje rozsianie choroby. To, pod czyj nóż się trafi, ma ogromne znaczenie. K.G.: Niestety wielu lekarzom trudno się przyznać, że czegoś nie potrafią. Z tego biorą się źle przeprowadzone operacje albo przykrywanie własnej niewiedzy i niekompetencji poprzez zarzucanie pacjentce, że wymyśla sobie objawy. M.Ł.: Wystarczyłoby, żeby ginekolodzy wiedzieli na bardzo podstawowym poziomie, że bolesne i obfite miesiączki mogą sugerować endometriozę, i odsyłali kobiety z takim problemem do właściwych ekspertów.
Jestem pod dużym wrażeniem lekarzy, którzy wypowiadają się w waszej książce. Mam wrażenie, że pracują z dużą pasją i misją, bo endometrioza nie jest atrakcyjna do leczenia – choroba jest nieprzewidywalna, a operacje ryzykowne.
K.G.: To lekarze, którzy bardzo przeżywają historie swoich pacjentek. Dają im swoje prywatne numery telefonu, utrzymują z nimi kontakt. Endometrioza jest bardzo trudna. W jej leczeniu nie ma spektakularnych sukcesów. Można poprawić kobiecie jakość życia, ale to nadal jest choroba przewlekła. M.Ł.: Z roku na rok przybywa w Polsce lekarzy, którzy chcą specjalizować się w endometriozie, uczą się, bardzo często na własną rękę, wydając na to ogromne pieniądze, jeżdżą po Europie i dalej, żeby się szkolić. Dlatego zależało nam, żeby pokazać i podkreślić, że jest w Polsce droga dla kobiet z endometriozą. I na NFZ, i prywatnie mają szansę zawalczyć o swoje zdrowie.
Na NFZ nie jest łatwo. Polski system ochrony zdrowia nie ułatwia pracy lekarzom, którzy zajmują się endometriozą.
M.Ł.: Operowanie endometriozy w Polsce po prostu się nie opłaca. K.G.: Lekarze w publicznych szpitalach muszą dogadywać się z dyrektorami szpitali, operować endometriozę pod nieobecność nieprzychylnych ordynatorów, rozliczać się z NFZ przy pomocy kreatywnej księgowości. Wycena operacji endometriozy jest śmiesznie niska, nie opłaca się i przynosi straty. Naprawdę potrzeba łańcucha ludzi dobrej woli, żeby pomagać pacjentkom z endometriozą w publicznym szpitalu. M.Ł.: Ale nie każdy lekarz ma taką możliwość. Wielu z nich przechodzi przez to do sektora prywatnego, żeby móc pomagać pacjentkom.
Prywatne operacje endometriozy to koszt rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych.
M.Ł.: Polek nie stać na endometriozę. Są zmuszone zakładać zbiórki na operacje, brać kredyty, zapożyczać się. To absolutnie nie powinno mieć miejsca.
Diagnoza nie jest trudna, jeśli wie się, czego szukać i na co patrzeć?
M.Ł.: Zdiagnozowanie endometriozy jest jednocześnie bardzo trudne i bardzo łatwe. Kiedy w końcu spotkałam lekarza, który znał się na mojej chorobie, wystarczyło kilka podstawowych pytań. Po pierwsze: ,,Jak bardzo panią boli?”, gdzie zero to brak bólu, a 10 – ból niemożliwy do wytrzymania. Kolejne pytania – jak długo trwa miesiączka, jak bardzo jest obfita, w jakim stopniu wyłącza z życia. Mówi się, że podczas normalnej miesiączki kobieta traci kilka łyżek krwi. Kilka łyżek? Tyle krwi traciłam przed operacją pewnie w godzinę. Kobiety z endometriozą, kiedy siadają na toalecie, mają poczucie, że wylewa się z nich wiadro krwi.
Kiedy już się porozmawia z pacjentką, trzeba ją dokładnie zbadać. Zaciekawiło mnie to, co mówi w waszej książce jedna z lekarek – niektórzy ginekolodzy boją się badać głębiej, nie chcąc sprawiać pacjentkom bólu, i z tego też biorą się opóźnione diagnozy.
K.G.: Za dobrych powszechnie uważa się lekarzy, którzy są delikatni. A nie o to chodzi. Bo skuteczne badanie w endometriozie może boleć. M.Ł.: To prawda, takie badanie boli, ale dobry specjalista potrafi przeprowadzić przez nie pacjentkę – mówi jej, co i jak będzie bolało. Dla mnie to badanie było odkryciem. W końcu ktoś wiedział, gdzie lokalizuje się mój ból. Już po badaniu palpacyjnym lekarz był w stanie stwierdzić mniej więcej, gdzie są zrosty i co do czego jest przyczepione.
Można też zrobić rezonans endometriozy.
M.Ł.: Tak, to również nie jest bardzo skomplikowane. Tak jak w USG, wystarczy wiedzieć, na co patrzeć. Problem leży w tym, że opis rezonansu endometriozy wymaga więcej czasu od lekarza i rozeznania u technika, który rozonans obsługuje. Radiolog ze Szczecina, z którym rozmawiałyśmy, zainteresował się tym, bo na endometriozę choruje kobieta z jego rodziny.
Szczecin to jedno z kilku miejsc w Polsce, gdzie można zrobić rezonans endometriozy. Nie jest ich dużo.
K.G.: Nawet jeśli kobieta leczy endometriozę na NFZ, dużo wydaje na turystykę medyczną – podróże po Polsce, hotele. Zdarza się, że USG robi w Warszawie, rezonans w Szczecinie, a operację ma w Katowicach.
Kiedy w 2021 roku telewizja pokazała wasz reportaż o endometriozie, liczyłyście na szybsze zmiany? Rozmawiamy ponad trzy lata później, a rozwiązań systemowych nadal nie wypracowano.
M.Ł.: To brutalne, co powiem, ale my w ogóle nie spodziewałyśmy się zmian. Sam fakt, że temat endometriozy po naszym reportażu został poważnie potraktowany i trafił na usta polityków, uważamy za sukces. K.G.: Coś, co na pewno się zmieniło, to świadomość społeczna. M.Ł.: Pamiętam, że kiedy ja dostałam diagnozę, ogólnodostępnych informacji o endometriozie było niewiele. Brakowało mi przede wszystkim historii pacjentek, które pozwoliłyby mi jakoś umiejscowić tę chorobę w życiu. Dziś jest tego znacznie więcej. Myślę, że to jest kluczowe – żeby kobiety z endometriozą zyskały siłę, wiedziały, że nie mogą dać się zbyć, tylko muszą słuchać swojego ciała i walczyć o diagnozę.
Może to, że dziś tych historii jest więcej, pomoże rodzinom i bliskim kobiet chorych na endometriozę albo cierpiących bez diagnozy lepiej je zrozumieć. Brak wsparcia otoczenia to kolejny wątek, który przewija się w waszej książce.
M.Ł.: W pewnym momencie w zasadzie nikt ci już nie wierzy, nawet najbliżsi, najważniejsi dla ciebie ludzie. Kamilla, jedna z naszych bohaterek, mówiła o tym, że kiedy masz złamaną rękę albo wielkiego guza, to ludzie ci współczują. Endometriozy nie widać. Widać tylko skrzywioną z bólu twarz, ciągłe zmęczenie i łzy. Ludzie w otoczeniu kobiet z endometriozą szybko się tym męczą i mówią: ,,Daj już spokój, przecież zdaniem lekarzy nic ci nie jest.” I tak zamyka się koło samotności.
Historie, które opisujecie, wyraźnie pokazują, że endometrioza potrafi odebrać chęci do życia.
K.G.: Poziom wykluczenia społecznego, z jakim wiąże się ta choroba, jest obezwładniający. Endometrioza wpływa na każdy aspekt życia. Odbija się na pracy, bo albo nie masz siły do niej iść, albo się zwalniasz, albo z biura zabiera cię karetka. Partner ma cię dosyć, także dlatego, że przez ból nie jesteś w stanie z nim współżyć. Rodzina ma cię dosyć, bo jesteś wiecznie niezadowolona. W końcu sama masz siebie dosyć, bo nie możesz normalnie żyć – ciągle czujesz ból, a słyszysz, że nic ci nie jest.
Jednym z aspektów życia, na który endometrioza wpływa bardzo silnie, jest macierzyństwo.
M.Ł.: Endometrioza odpowiada za połowę przypadków niepłodności kobiecej, więc to jest problem o ogromnej skali. Jeśli już kogoś nie interesuje kobiecy ból, to chociaż ze względu na płodność należałoby się systemowo zająć tym tematem. K.G.: Endometrioza utrudnia zajście w ciążę na różne sposoby. Od pierwszego do ostatniego etapu rozrodu coś może pójść nie tak. Poza samą chorobą, szansę na zajście w ciążę zmniejszają operacje przeprowadzane przez niewłaściwych specjalistów, które obniżają rezerwę jajnikową. M.Ł.: Zależało nam jednak, żeby z naszej książki płynęło do kobiet przesłanie, że diagnoza endometriozy to nie wyrok na ich płodności. Ciąża jest możliwa, co pokazuje ekstremalnie trudna historia Ilony. To niesamowicie waleczna dziewczyna, która naprawdę zrobiła wszystko, żeby mieć dzieci. Przeszła sześć pełnych cykli in vitro i miała podane 23 zarodki. I ma dzieci.
Podoba mi się, że opisując jak straszna jest ta choroba i zderzenie z mizoginią w ochronie zdrowia, nie przedstawiacie tych kobiet jako ofiary. Przez strony przewija się słowo ,,silna”.
M.Ł.: One na pewno są siłaczkami, ale bycie silną przez cały czas nie jest fajne. To duży ciężar. Bardzo bym chciała, żeby endometrioza była po prostu chorobą, z którą idzie się do lekarza, szybko dostaje się diagnozę oraz właściwe leczenie.
Katarzyna Górniak i Magda Łucyan – dziennikarki ,,Faktów TVN”. W 2021 roku razem przygotowały reportaż ,,Taka twoja uroda” o kobietach chorujących na endometriozę, w następstwie którego Ministerstwo Zdrowia rozpoczęło pracę nad nowymi przepisami. W 2022 roku dostał on złotą nagrodę w Kategorii Dokument, subkategoria: Zdrowie i Medycyna, na World Media Festival w Hamburgu. W lutym 2025 roku ukazała się ich wspólna książka ,,Taka twoja uroda. Jak endometrioza niszczy życie Polek” (wyd. Znak Horyzont).
***
Życie z endometriozą
Choroba przypomina, że masz granice
Czego nauczyłam się, żyjąc z chorobą? Żeby leczyć nie tylko ciało, ale też umysł i serce. Ważny jest kontakt ze sobą
Z Karoliną Wigurą, autorką książki ,,Endo. Sztuka akceptacji choroby”, rozmawia Natalia Waloch (Wysokie Obcasy, 22-27 listopada 2025)

W swojej książce ,,Endo. Sztuka akceptacji choroby” piszesz, że gdy obudziłaś się po operacji na endometriozę, nie byłaś już królewną, lecz macochą. Dobrze odbieram, że brzmi w tym echo jakiejś utraty?
– Ja myślę baśniami. W szpitalu zaczęłam obsesyjnie myśleć o Śpiącej Królewnie, bo chciałam wyjaśnić sobie moment zaśnięcia i obudzenia się z narkozy. On był dla mnie fundamentalny. Królewna nie decyduje o swoim losie, coś ją usypia i coś ją potem budzi. A kiedy się budzi, dowiaduje się, że zaraz zostanie żoną i matką. Ale ja oczywiście nie jestem tu Śpiącą Królewną.
Zostaje ta druga.
– Ta, która perfidnie usypia Królewnę. Osoba, na której wszyscy zawsze wieszali psy. Wtedy zaczęłam myśleć, że może było inaczej. Może to ona uśpiła Królewnę – po angielsku to nie jest zresztą królewna, tylko ,,piękność”, Sleeping Beauty – bo chciała ją uchronić? A może uśpiła ją, bo taka po prostu jest kolej rzeczy? Bo kobieta musi przejść dojrzewanie seksualne i stać się seksualnie aktywna? W każdym razie macocha działa świadomie. Ona wie, że Królewna będzie jeszcze miała dzieci. A Macocha już dzieci mieć nie będzie, bo jest po menopauzie. Ona ma wiedzę o tym, czym jest ta druga życiowa zmiana.
Wie, więc jest groźna.
– Dla mnie Macocha to fascynująca postać, a Andersen jest tu jedynie przekazicielem wszystkich kulturowych strachów przed wiedźmą, jakie zachowane są w naszej kulturze. Więc moje stwierdzenie, że budzę się jako Macocha, nie jest wcale takie negatywne, wręcz przeciwnie. Fajnie jest być Macochą.
Masz rację, bo płodność kobiety jest z jednej strony jej supermocą, z drugiej kultura w związku z nią nakłada na nas cały szereg zobowiązań.
– Jest supermocą i superuwikłaniem. Uwielbiałam tę supermoc, w ogóle kochałam zawsze wszystko, co związane z dziećmi, poczynając od okresu, przez ciążę, aż po wychowywanie tych maluchów, ich zapach, głos, wygląd – to wszystko zawsze było dla mnie absolutnie wspaniałe. Ale to nie znaczy, że nie mam świadomości uwikłania, którym jest płodność. Tego, jak bardzo kultura nas w to wszystko wtłacza, jak bardzo struktura społeczna przez dekady zamykała nas w klatkach związanych z płodnością. Jednak jest we mnie po prostu gotowość do przyjęcia, że skoro była pierwsza zmiana i po niej było fajnie, to po drugiej też może być fajnie.
Pierwsza zmiana, czyli dojrzewanie?
– Pierwsza zmiana to – idąc za Ursulą K. Le Guin, na którą powołuję się w książce – rozpoczęcie życia seksualnego.
W książce wielokrotnie porównujesz pobyt w szpitalu na zabiegu związanym z endometriozą do pobytu tam z powodu porodów, co jest bardzo dojmujące przez pewną odwrotność tych doświadczeń.
– Nie można chyba polubić porodu, ale jego efekt bardzo mi się zawsze podoba. To był dar. Raz rodziłam w szpitalu Świętej Zofii w Warszawie. Potem miałam tam operację na endo i przypominała mi się atmosfera z porodówki, która była absolutnie fantastyczna. Pamiętam położne, które mówiły: ,,Pomogę pani, proszę mi dać noworodka i iść się umyć”. Na operację szłam z takimi przebitkami: że wtedy coś dostałam, a teraz coś tracę, wtedy miałam ze sobą w łóżku noworodka, a teraz mam w sobie tego pająka, jak nazywałam endometriozę, tę moją wewnętrzną agresorkę.
Jak długo trwało diagnozowanie choroby w twoim przypadku? W Polsce jest to średnio od sześciu do ośmiu lat.
– U mnie też trwało bardzo długo. Od momentu, kiedy zgłaszałam pierwsze objawy, które można było powiązać z endo, do diagnozy minęło 20 lat. Te objawy nie są oczywiste. Miałam na przykład bóle dna miednicy. To są bóle, które bardzo trudno umiejscowić, jest ci trudno odpowiedzieć lekarzowi na pytanie: ,,Gdzie dokładnie boli?”, ale wiesz, że boli strasznie, dosłownie zwala z nóg. To taki ból, że nie możesz wytrzymać. Próbujesz chodzić, ale w którymś momencie, jeśli nie położysz się tam, gdzie stoisz, wprost na podłodze, to zemdlejesz. Koszmar. Zgłaszałam to trzem lekarzom, kiedy miałam około 20, 21, 23 lat. I oni mówili takie bzdury, jakby żaden się nie zorientował, co to może być, żaden nie powiedział: ,,Wie pani co, jest taka choroba, w której coś takiego może się dziać. Proszę to sprawdzić”. Potem jest połowa moich lat trzydziestych, gdy już urodziłam dwójkę dzieci, i znów zgłaszam ginekologom różne sprawy, i oni znów o nic nie pytają i nic nie robią. Diagnozę dostałam, gdy miałam 40 lat.
Endometriozę ma co dziesiąta kobieta.
– Z moich szkolnych koleżanek dwie. A efekty tej choroby są różne: mogą być takie, jak u mnie, że rodzisz zdrowe dzieci, a potem jest takie zaostrzenie, że lądujesz w szpitalu, ale może być i tak, jak u wielu dziewczyn, które do mnie piszą – że nie mają szans na dziecko i zostaje im adopcja. I oczywiście wspaniale jest adoptować dziecko, ale gdyby bardzo chciały mieć własne, to może mogłyby, gdyby wcześniej je zdiagnozowano i zaoferowano pomoc.
W jakiej mierze za tak długim i niechlujnym diagnozowaniem endometriozy stoi fakt, że to choroba kobiet, a nauka była przez wieki tworzona głównie przez mężczyzn, i że większość ginekologów to mężczyźni?
– Statystycznie rzecz biorąc, to musi mieć znaczenie. W tej chwili we Francji prowadzi się badania nad krwią miesięczną, z których wynika, że ma ona niezwykłe właściwości m.in. przyspieszające gojenie. Słyszałam wywiad z naukowczynią, która przy tym pracuje; zapytano ją, dlaczego takie odkrycie następuje dopiero teraz, przecież krew miesięczna była tu zawsze. Ano dlatego, że od 2,5 tysiaca lat budowało się nasze wyobrażenie tego, kim jest kobieta w medycynie. Hipokrates twierdził, że jest źródłem wszystkich problemów. A problemy skąd wynikają? No przecież z macicy. A skoro macica jest puszką Pandory, to cóż dobrego może stamtąd wypłynąć? Nic wartościowego, same brudne, zanieczyszczone ciemne rzeczy. Więc wydaje mi się, że masz rację, że jest wielki problem z tym, że ginekologia stoi na wiekach męskiego myślenia. Przecież kobieta nie mogła być lekarzem, a jeśli już znała się na leczeniu, to była kim? Wiedźmą. Tą, która wie.
Do pewnego czasu menstruacją, ciążami, poronieniami i aborcją zajmowały się kobiety, ale potem zostało to przejęte przez mężczyzn lekarzy.
– Kobieta mogła co najwyżej pomagać mężczyźnie i to zostało przeszczepione do nowoczesnej ginekologii. A wiemy, co dwudziestowieczna ginekologia robiła z naszymi babkami i matkami, jeśli miały problemy. Wycinano wszystko, bo po co kobiecie macica. Potem dopiero okazało się, że wycięcie macicy i jajników ma wielki wpływ na gospodarkę hormonalną, może prowadzić do nadciśnienia i innych kłopotów ze zdrowiem. Zwróć uwagę, że jak mężczyzna ma problem z penisem, to nie zaczyna się od tego, że najlepiej go uciąć wraz z jądrami. Ale muszę dodać, że operował mnie lekarz mężczyzna i zrobił to dobrze.
Przy endometriozie to ty jesteś odpowiedzialna za swoją diagnozę, nikt cię do niej nie poprowadzi. Tak, jakby cię lekarze rozłożyli na części i każdy coś tam sobie oglądał, ale dużego obrazka nie ma.
Wydaje mi się, że problemem przy diagnozowaniu jest też to, że często biegamy od specjalisty do specjalisty i różne kawałki naszych działań się nie widzą. Nie ma spójnego systemu.
– Tak, biegamy od lekarza do lekarza, a że każdy ma swoją specjalizację, to najczęściej oni w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Finalnie to ty jesteś odpowiedzialna za swoją diagnozę, nikt cię do niej nie poprowadzi. To jest tak, jakby cię lekarze rozłożyli na części i każdy coś tam sobie oglądał, ale dużego obrazka nie ma.
W twojej książce jest zdanie ,,Jezus nie miał endometriozy”. Piszesz to przy okazji przypatrywania się życiu kobiet i mężczyzn, i konstatujesz, że życie kobiety jest doświadczeniem regularnego bólu. Jest to dla nas rzecz rutynowa.
– Wiesz, ja zostałam wychowana w poczuciu, że płeć do pewnego stopnia jest niewidzialna. Mój tata nie miał synów, więc gdy remontował auto albo naprawiał w mieszkaniu kontakt, to mówił: ,,Chodź, Kaja” – bo tak mnie nazywano w domu – ,,Pomożesz mi”. Częściowo dzięki temu miałam całe życie poczucie, że mogę wszystko, a poza tym, że jestem silna, wysportowana, atletyczna. Wiedziałam też, że jestem nadzwyczajnie wytrzymała. I dopiero w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem taka dlatego, że co miesiąc cierpię ból. I że tak jest z każdą kobietą.
Piszesz o tym, że choroba czasem uruchamia w nas próżność, jest sposobem na ściąganie na siebie uwagi.
– Oczywiście, ja to uwielbiam i nie wiem, kto tego nie lubi: ,,Och, jaka jesteś dzisiaj biedna”. Uwielbiam to, ale bardzo, bardzo się przed tym bronię, bo to wypłukuje relację z innych elementów, prowadzi do tego, że koncentrujesz uwagę na czymś, co jest nieinteresujące. Bo, bardzo przepraszam, choroba nie jest interesująca. Jest nudna, długa i niezbyt atrakcyjna erotycznie. A jeżeli chcesz budować z kimś realcję długotrwałą, musisz być interesująca, drugi człowiek musi się tobą ciekawić i na tym trzeba budować, nie na chorobie. Choroba może być też egzekwowaniem władzy: ,,Zrób to teraz, bo ja tak chcę, a że jestem chora, to cię do tego zmuszę”. To jest bardzo nieuczciwe. Dlatego ja za Michelem de Montaigne’em powtarzam, że lepiej się trochę w chorobie schować przed bliskimi. Oni i tak wiedzą, oni i tak pomogą, nie ma co ich epatować.
Opowiedz, proszę, więcej o tym filozofie. W książce cytujesz go kilkukrotnie i zaskakuje mnie, jak bardzo jego myśli są ponadczasowe.
– To filozof, którego główną maksymą życiową było ,,Po pierwsze, nie łżeć”. To oczywiście parafraza, on nigdzie tak tego nie stawia. Ale to przenika jego myślenie. Napisał ,,Próby”, esej, w którym poszedł w introspekcji dalej niż którykolwiek tzw. filozofów życia przed nim, i dlatego Francuzi do dziś się na nim wzorują. W Polsce filozofii życia jest bardzo mało, więc chciałam go nam trochę przywrócić. Jakoś też ufam Montaigne’owi, bo on strasznie cierpiał. Umiera na kamicę nerkową; opisuje, jak kamienie przechodzą przez jego członek. Nie opowiada głupot, nie opisuje siebie jako kogoś wyjątkowego.
Chcę cię spytać o narracje kulturowe o kobiecości, które ujawniają się w nazywaniu endometriozy chorobą menedżerek, pracoholiczek, zestresowanych lasek, które pognały za karierą. Mamy tu do czynienia z karą za próżność, jaka spada na kobiety, które chciały być takie jak mężczyźni.
– Choroba jako kara to metafora stara jak świat. Pięknie pisała o tym Susan Sontag, na przykład gdy poruszała temat AIDS jako kary za niewłaściwie uprawiany seks. W takim kontekście często umieszczano choroby jakoś związane z organami rozrodczymi. Endometrioza je po prostu niszczy. Kim jest menedżerka? To osoba pozbawiona emocji, sucha, bezpłodna lub niechętna dawaniu życia, czyli niegościnna, nieczuła. Krótko mówiąc, to nie kobieta, tylko po prostu czarownica. Taki jest stereotyp, który oczywiście nie ma żadnego sensu, bo na endo chorują kobiety wszystkich zawodów. To czyste przeniesienie stereotypu o wiedźmie wraz ze wszystkimi ocenami, jakie się wystawia kobietom, które pragną iść do góry.
W naszej kulturze stary mężczyzna, który na koniu już nie jeździ, miecza nie utrzyma, łbów wrogom nie ścina, zostaje mędrcem, przypina medale, uczy. Stara kobieta, czyli ta, która przestaje być płodna, idzie na śmietnik. Ty i przywoływana przez ciebie Ursula K. Le Guin proponujecie coś innego.
– Le Guin jest dla mnie bardzo ważna; tak jak zajeździłam baśnie Andersena, zajeździłam też jej trylogię ,,Ziemiomorze”. Ale jest też autorką esejów i wśród nich jest wiele poświęconych menopauzie i kobiecości. Wśród nich jest wspaniały tekst ,,Kosmiczna starucha”, w którym Le Guin pisze o dwóch zmianach, czyli o rozpoczęciu życia seksualnego i o menopauzie. I mówi nam, że menopauza nie jest klątwą, lecz szansą. Starucha jest wspaniałą postacią, bo jest wolna również od męskiego wpływu. Jak pisze Le Guin, mężczyźni znają sposób na dziewice. Boją się ich, ale z nimi – to prawie dokładny cytat, choć Le Guin jest jeszcze bardziej dosadna – wystarczy się pieprzyć. Natomiast na staruchę nie mają sposobu. Ona jest przerażająca, więc żyć może z nią tylko bardzo odważny mężczyzna. Reszta, jak pisze Le Guin, ucieka z podwiniętym penisem.
Endometrioza jednak nie zawsze splata się z menopauzą.
– Oczywiście, chorują na nią też dziewczyny dwudziestoletnie albo trzydziestoletnie, które właśnie starają się zajść w ciążę. U mnie po prostu to nałożyło się na perimenopauzę i stąd myślę o tej staruszce, bo ona już jest właściwie tuż przy mnie, czy też ja już nią prawie jestem.
A co się dziś dzieje na świecie, jeśli chodzi o podejście do kobiet dojrzałych i starych?
Tu jest dużo dobrych wiadomości. To jedna z najfajniejszych ewolucji kulturowych, które dokonują się w szeroko pojętym świecie zachodnim. Coraz częściej kobieta po menopauzie jest uważana za mądrą, atrakcyjną, zamożną i wpływową. Tylko też im bardziej takie jesteśmy, tym bardziej jest to przerażające dla tych panów, którzy nie wiedzą, co to jest okres i owulacja. To ich przerasta podwójnie. Zapytałam kiedyś premiera Bieleckiego o największe osiągnięcie trzeciej RP, a on mówi mi: ,,Pani”, mając na myśli pokolenie kobiet wykształconych, pewnych siebie, mobilnych, które w gruncie rzeczy mogą poradzić sobie bez mężczyzn, jeżeli mężczyźni nie przynoszą im szczęścia. I to jest przerażające dla tej grupy radykalnych, prawicowych mężczyzn, którzy w tym upatrują źródeł niepowodzeń swoich i świata.
W swoich rozważaniach odbijasz się od różnych myślicieli i myślicielek, m.in. od Susan Sontag.
– Odbijam się od jej twierdzenia, że choroba jest nocną stroną życia. To jest po prostu nieprawda. Choroba jest cały czas; teraz, kiedy mówię do ciebie, również, więc jest to jak najbardziej dzienna strona mojego życia. Nie ma żadnej nocnej strony mojego życia, żadnego zaplecza. Le Guin mówi ,,Tylko w ciemności światło”, dla mnie znaczy to tyle, że nie jest tak, że szczęścia szukamy poza chorowaniem czy poza cierpieniem. Cierpienie po prostu jest, życie każdego na różny sposób dojeżdża i szczęścia szukamy w tym, a nie w kontrze do tego. Z Sontag kłócę się jeszcze o jej stwierdzenie, że choroba jest faktem. My to wszyscy dziś wiemy, ale żeby ją wytrzymać, trzeba zapytać, jakim ona jest sensem. Jeśli wiem, że moja choroba się nie skończy, bo to nie jest przeziębienie, to muszę sobie znaleźć jakiś jej sens, bo inaczej trudno będzie ją znieść. Potrzebujemy sensu, żeby funkcjonować wartościowo.
I jak to było u ciebie z tym poszukiwaniem sensu w endo?
– Absolutnie nie mogłam pogodzić się z tym, że już nie mam takiego zdrowia jak dawniej. Że już nie jestem kosmonautką, czyli że nie jestem już idealnie funkcjonującym organizmem. To było dla mnie najtrudniejsze. Poza tym chciałam mieć trzecie dziecko, więc bardzo było mi trudno zaakceptować, że już szlus, koniec. Z czasem zrozumiałam, że chorując, musimy nauczyć się od nowa żyć dobrze. Z tym zdrowiem, które nam pozostało. I że jest tutaj jakaś misja, polegająca na tym, że kobiety mogą zacząć o tym wszystkim mówić. Możemy mówić o fizjologii naszego bólu, o naszych ciałach, i to uczyni nas mniej samotnymi. Pozwoli nam też znaleźć tych mężczyzn, którzy są otwarci i chcą słuchać, bo tacy też bez wątpienia istnieją. Ostatnio mój dawny instruktor pływania powiedział mi, że kupił sobie tę książkę. Pomyślałam – no to mogiła, przeczyta i powie, że to jednak nie dla niego. A on łapie mnie potem na basenie Ośrodka Inflancka i mówi: ,,Dziękuję, wiele się nauczyłem. I podarowałem przyjaciółce, która teraz będzie miała operację na endo”. Tak że bardzo się cieszę, że nie tylko dużo kobiet kupuje ,,Endo”, ale także mężczyźni chcą kupować ją komuś w prezencie. Mam też jakąś tam swoją misję profilaktyczną, bo wiem, że porządnie zbadana pacjentka może mieć szansę na wczesniejszą diagnozę. To są moje sensy. No i jest jeszcze jeden sens związany z miłością.
Czyli?
– Myślę sobie, że jeśli ja mam endo, ty masz coś innego, a nasza koleżanka jeszcze coś innego, przez coś cierpi, to skoro tylko w ciemności światło, to po prostu dbajmy o relacje z ludźmi, których kochamy, bądźmy w tym razem. Sensem tej ciemności jest miłość.
Jesteś osobą publiczną, naukowczynią, profesorką, a tu rzecz tak osobista. Chyba nie jest łatwo napisać o doświadczeniu z fotela ginekologicznego, zakładaniu spirali czy dziwnych napadach pożądania po operacji?
– Dużo myślałam o tych fragmentach o spirali i pożądaniu. Szczególnie ten ostatni mnie mocno odsłania. Myślałam sobie przy redakcji: ,,Wykreśl to, wiesz, co ci za to zrobią”. Ale potem myślałam: ,,No, ale Montaigne pisał: Nie łgać, nie łgać. To musi zostać, bo może jakaś kobieta to przeczyta i powie: ,,Ja też tak mam”. Rozmawiałam o tym fragmencie z pewną ginekolożką, która mi powiedziała: ,,Jaka ja jestem pani wdzięczna, że pani to nazwała, bo kobiece pożądanie buduje się inaczej niż męskie i my za mało o tym mówimy”. Pomyślałam: ,,O, rany, jaka ulga!”.
Żeby powiedzieć coś istotnego, musisz trochę zaryzykować. Jak można powiedzieć coś ważnego, jeżeli się w ogóle nie odsłoniłaś?
Kiedy czytałam ten fragment, pomyślałam: ,,Ależ ona odważna”.
– Byli ze mną różni przyjaciele literaccy. Czytając ich książki, pomyślałam, że aby powiedzieć coś istotnego, musisz trochę zaryzykować. Jak można powiedzieć coś ważnego, jeżeli się w ogóle nie odsłoniłaś?
Piszesz, że przetrwać ból pomagały ci myśli na przykład o tym, jak słońce świeciło, gdy biegałaś, i dochodzisz do wniosku, że być może te właśnie myśli, które przychodzą w takiej chwili, są jedynymi właściwymi.
– Żyjemy w pogoni za różnymi rzeczami, potrzebujemy jakoś wszystko pogodzić i to jest okropnie trudne. A jak cię naprawdę coś strasznie boli, to zmieniają się wszystkie hierarchie. Ja na przykład przestaję być taką straszną egoistką. Zaczynam zastanawiać się, co mogę zrobić dla mojego męża czy dzieci. Kiedy ostatnio dzwoniłam do rodziców? Ale myślę też o prostych rzeczach, że lubię słońce, konie i zapach dzieci. I to są najważniejsze rzeczy, prawda?
Postulujesz więcej wytchnienia, mniej dyscypliny.
– Bo jestem pracoholiczką. Jest mi strasznie trudno odpoczywać, więc zrobiłam z odpoczywania obowiązek. Założyłam sobie, że leżenie do góry brzuchem czy też, jak lubię mówić, do góry cyckami, musi być częścią codzienności.
Ostatnie dwie myśli chcę z tobą omówić. Świadome chorowanie wymaga umiarkowania.
– Żyjemy w bardzo nieumiarkowanych czasach. A kobiety, które chcą iść do góry, są perfekcjonistkami. Choroba jest przypomnieniem o tym, że masz granice. Więc działaj troszeczkę wolniej, nie spinaj się tak, spokojnie.
Podoba mi się twoje twierdzenie, że nie wierzysz w życie po śmierci, ale wierzysz w życie przed śmiercią. I że filozofia życia przed śmiercią jest filozofią regularności.
– Małych, codziennych rzeczy, które sprawiają, że żyje nam się troszkę lepiej. Myślę, że ateiści i wierzący mogą się zgodzić co do tego, że jakość życia tutaj jest ważna. Ja mam swoich 11 punktów. Jest tam, prócz codziennych wakacji, np. sport. Uprawiam go dużo w trybie często i mało. Czyli pływam codziennie, ale 20 minut. To, czego nauczyłam się, żyjąc z chorobą, to to, że nie o to chodzi, żeby leczyć tylko ciało, musisz też trochę leczyć swój umysł i serce. Niektórzy nazwą to duszą. Ważny jest kontakt ze sobą. U mnie to filozofowanie, dla niektórych może to być modlitwa, dla innych medytacja. To może zajmować naprawdę bardzo mało czasu dziennie, ale powinno być.
***
Czuję miętę do Pinokia!
Carlo Lorenzini przyszedł na świat 24 listopada 1826 r. we Florencji, w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Nazwisko Collodi przyjął do swojego pseudonimu w 1856 r. Collodi to nazwa miasteczka, z którego pochodziła jego mama, Angela Orzali, i w którym spędził większość dzieciństwa. Ze względu na trudną sytuację materialną, wcześnie podjął pracę zarobkową. Choć pierwsze kroki stawiał w księgarni, szybko zyskał uznanie wydawców lokalnych gazet. Zaczątkowe próby pisarskie młodego człowieka oscylowały wokół literatury adresowanej do osób dorosłych. Na tworzenie dla nieletnich zdecydował się w dojrzałym wieku.
Historia o Pinokiu po raz pierwszy została opublikowana w 1881 r., na łamach włoskiego czasopisma dla dzieci: Giornale per i Bambini. Początkowo była to seria krótkich odcinków, pt. Storia di un burattino (,,Historia marionetki”). Dopiero w 1883 r. opowieść została wydana jako całość pod tytułem: Le avventure di Pinocchio (,,Przygody Pinokia”).
Pajaca wystrugał z magicznego kawałka drewna ubogi, stary i samotny stolarz, Gepetto. Wyrzeźbiony chłopiec ożywa. Mówi, rusza się, odczuwa głód, nie obce mu ludzkie słabości. Jest ,,synem” krnąbrnym, leniwym i nieposłusznym. Za sprawą wielu niegodziwców, schodzi na złą drogę. Cechą charakterystyczną Pinokia jest nos, który wydłuża się z każdym kolejnym kłamstwem. Po wielu dramatycznych przygodach powraca do ,,ojca” i staje się… prawdziwym człowiekiem.
Nie sposób przejść obojętnie obok lektury. Determinacja starego człowieka w walce o dobro pajacyka jest godna podziwu. Wzruszający przekaz o odwadze, pokorze i sile miłości rodzicielskiej sprawił, iż powiastka ta stała się żywą częścią mojej świadomości. Niech historia Pinokia, pełna symboli wykraczających poza dosłowność, skłoni też Was do refleksji. Choć dla współczesnych miłośników książek język może momentami wydawać się nieco archaiczny, z pewnością dodaje dziełu uroku i sprawia, że czytelnik przenosi się w czasie, do świata pełnego magii. Co jest ważne? ,,Ważne jest to, co nosimy w sercu”. Tak, to uniwersalna opowieść o dorastaniu, odpowiedzialności i sile marzeń.
Collodi zmarł 26 października 1890 r., tamże. Został pochowany na cmentarzu przy bazylice San Miniato al Monte. Spoczął na wzgórzu, z którego widać miasto i toskańską wieś. Nie podejrzewał, że historia o drewnianym chłopcu, który nieustannie wpada w tarapaty, stanie się jednym z najbardziej znanych utworów literatury dziecięcej na świecie. Początkowo planował zakończyć opowieść tragedią, co było dość typowe dla jego stylu, bowiem często obnażał mroczną stronę ludzkiej natury. Jednak pod wpływem opinii publicznej, oczekującej bardziej optymistycznego zakończenia, zdecydował się na zmianę.
Urodził się pod innym nazwiskiem, był w seminarium, walczył o niepodległość swojego kraju i odszedł, nie wiedząc, że napisał dzieło, które przyniesie mu miedzynarodową sławę.

Książki widoczne na zdjęciu zostały przywiezione z różnych miejsc. Stanowią wyposażenie naszej domowej biblioteki.

