Przejdź do treści
Stowarzyszenie Mama Tata i Ja
Menu
  • Stowarzyszenie
    • Stowarzyszenie
    • Czytelnia dla dzieci im. Danuty Gellnerowej i Doroty Gellner
  • Tymczasem
  • Tarnogórskie Spotkania Naukowe
  • Zaczytani
  • Pierś – O!
  • Wczoraj
  • Nazajutrz
  • Wspomnienie
  • Kontakt

Zaczytani

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.

Wisława Szymborska.

***

Spotkanie autorskie jest jak ziarno, które sadzi się w glebie społeczności literackiej. To jedno z najbardziej satysfakcjonujących i kształtujących doświadczeń, jakie możemy przeżyć. Książki oferują nam nie tylko wiedzę i mądrość, ale także emocjonalne oddziaływanie, które wpływa na naszą osobowość, wartości i postawy życiowe. Serdecznie zapraszam w podróż śladami utworów literackich. E.

***

Akurat wtedy w Lubomierzu nie było wody i wszystkie kurki zostawiłyśmy odkręcone. Wieczorem po powrocie okazało się, że dość dużo książek wypłynęło Panu z półek i poszło z wodą w dół w kierunku wsi. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wiemy przecież, Panie Profesorze, że czytelnictwo we wsi katastrofalnie zamiera. Ten mały potop stworzył nadzieję, że ktoś tę czy ową książkę wyłowi, osuszy, a może nawet przeczyta.

Zabawy literackie, Wisława Szymborska

***

Ale dlatego właśnie uwielbiam czytać książki, a od jakiegoś czasu również je piszę. I zawsze gorąco polecam, nazywając korzystanie z nich biblioterapią. Nie jest to specjalnie popularny sposób myślenia o czytaniu jako metodzie leczniczej, ale niesłusznie. Bowiem już w starożytności faraon Ramzes II (przełom XIII i XII w. p.n.e.) nazywał swoją komnatę biblioteczną ,,domem uzdrowienia dla duszy” i taki napis kazał umieścić nad wejściem. W II w. n.e. Galen, rzymski filozof i lekarz cesarza Marka Aureliusza, założył medyczną bibliotekę dla pacjentów, wierząc, że czytanie pomoże im zdrowieć. Jest też przykład ze średniowiecza, w Kairze, w muzułmańskim kompleksie Al-Mansur Qalawun (zbudowanym w roku 1285) pacjentom tamtejszego szpitala zalecano czytanie Koranu dla przyspieszenia rekonwalescencji. A obecnie zdrożeni podróżni w tysiącach moteli i hoteli amerykańskich znajdują w nocnych szafkach egzemplarze Pisma Świętego. Ponieważ nie ma przy nich karteczki z instrukcją, najpewniej chodzi o biblioterapię łagodzącą trudy i stresy podróży za pomocą ,,świętych słów”. Jeżeli działa i nie szkodzi, każdy pomysł jest dobry.

Przytoczony fr. poch. z książki Ewy Woydyłło: Wszystkiego najlepszego! Jak dbać o własne szczęście.

Galeria – zbiory prywatne.

***

Zaglądnęli do nas:

Krystyna Loch,

nasza przyszywana Mama i Babcia

(…) Wiele z babcią godałam, czyli rozmawiałam, najczęściej przy kawie, herbacie, dla niej tyju, kołoczu i ziście, niekiedy przy kyjksach, ciastkach, czy innych maszketach. I to blisko 30 lat, od czasu jak chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej, do jej śmierci w roku 1978. Godałyśmy po śląsku, tak jak się godało w Hajdukach, w godce typowej dla śląskich dzielnic przemysłowych, pełnej niemieckich ausdruków, które rechtórki, panie w szkole, chciały nas na zawsze oduczyć. Babcie, czy omy to na Śląsku osoby szczególnie ważne, bo bez nich wielu z nas nie znałoby prawdziwej, niecyganionej/!/ historii rodzinnej ziemi oraz żyjących tu ludzi.  Tak też było z moją babcią Wiktorią. Ona nie ôsprawiała nam żadnych berów i bajek, ale o tym co było naprawdę na Śląsku, w naszym jak godała – Heimacie. A co godała, to co innego niż mnie i innych uczono w szkole, jak pisano w gazetach i książkach. Dlatego pomyślałam, że warto o tym napisać, to przypomnieć, aby inni mogli przeczytać, do tego tak, jak myśmy godały po śląsku...

W swej książce „W Chorzowie czyli na Śląsku” Krystyna Loch opowiada, w oparciu o życie swoich bliskich dzieje rodzinnego miasta, skomplikowaną historię Śląska oraz losy Ślązaków w XX stuleciu. „Godki z babciōm” są tego kontynuacją, napisaną po śląsku, pełną wspomnień i refleksji, oraz prawdziwych obaw, czy za parę lat Ślązacy jeszcze na Śląsku będą…

Krystyna Loch urodziła się w Chorzowie, a dokładnie w Hajdukach, w cieniu huty Batory. Jest z wykształcenia ekonomistką, a jej zainteresowania to historia Śląska i wszystko, co dotyczy małego Heimatu.

***

Dorota Rodzim

Dorota Rodzim – autorka powieści obyczajowych. Urodzona w Świętokrzyskiem, mieszkanka Tarnowskich Gór. Spełniona mama i szczęśliwa żona. Uśmiechnięta introwertyczka, która uważnie przygląda się otaczającemu Ją światu. To, co widzi, przenosi na papier lub płótno. Z jednego powstają książki, z drugiego obrazy. Pisze powieści, które chwytają za serce – o prawdziwym życiu i ludzkich emocjach. Choć dotyka trudnych tematów – książki oceniane są jako wciągające i wzruszające. To mieszanka lekkiego pióra oraz dobrego humoru. Autorka Powiedziała M, Zagubionej i czekającej na premierę Siubienicy.

***

Dorota Gellner

Dama Orderu Uśmiechu. Poetka, prozaik, autorka ponad stu książek, słuchowisk, bajek muzycznych i sztuki dla Teatru Lalek GULIWER. Debiutowała w Świerszczyku, współpracowała z Misiem, Płomyczkiem, Ciuchcią, Pentliczkiem, radiem i telewizją. Jest laureatką Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego. Otrzymała statuetkę Bursztynowe Nutki. Odznaczona Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis oraz Medalem Serce Dziecku. Jej książki znajdują się na Liście Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej, Międzynarodowej Liście Białych Kruków, Złotej Liście Cała Polska czyta dzieciom oraz liście lektur szkolnych (Wścibscy). Na zaproszenie Instytutu Książki napisała w 2024 roku książeczkę Tyci, tyci, którą w ramach kampanii Mała książka – wielki człowiek otrzymuje w wyprawce czytelniczej każde nowo narodzone dziecko w Polsce.

Dorotkę poznaliśmy w 2013 r.

*

Czarodziej osobisty” to zbiór baśni, bajek i wierszy pisanych ,,czarodziejskim atramentem”. Z ilustracjami Piotra Fąfrowicza, arcyczarodzieja magicznego realizmu. To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. O odwadze i niezwykłych siłach, drzemiących w każdym z nas, o których istnieniu często nie mamy pojęcia. Ale też o smutku, żalu, tęsknocie, rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią. To książka dla marzycieli. Ale nie tylko. Także dla tych, którzy swoje marzenia pogubili. Dla optymistów i pesymistów. Dla stojących na rozstajach dróg. Dla poszukujących i tych, którzy znaleźli już to, czego szukali. Dla kochających i kochanych, oczarowanych, rozczarowanych, zaczarowanych, odczarowanych i dla wielu, wielu innych… (fr.książki)

*

Wścibscy wszędzie nos wtykają!

Podsłuchiwać uwielbiają! Aż na uszach mają dreszcze!

Wciąż chcą coś usłyszeć jeszcze!

Wścibscy wszystkich podglądają! Z każdej strony oczy mają!

Wyskakują spod poduszek, ze słoików, z rondli, z puszek!

Są koło nas! Zawsze blisko!

Wścibscy pragną wiedzieć wszystko!

***

Zbigniew Myga

Poświatowska we wspomnieniach i inspiracjach to swoistego rodzaju biografia opowiedziana przez brata poetki – Zbigniewa Mygę oraz spokrewnioną z nimi dziennikarkę, Kalinę Słomską. Całe życie wierna sobie, swemu ideałowi miłości, nigdy nie szła na kompromis. Była ciekawa życia, ale miała świadomość, że musi się spieszyć. Każdy dzień był dla niej najważniejszy. Te trzy zdania najlepiej podsumowują fascynujące życie Haliny Poświatowskiej. Uzupełnieniem wspaniałej opowieści jest bogaty wybór zdjęć, pochodzących z rodzinnych, prywatnych zbiorów, z których część do tej pory nie była publikowana. To subiektywny wybór poezji oraz refleksje i wspomnienia wielu artystów (Anny Marii Jopek, Hanny Banaszak czy Stanisława Sojki). Książka kreśli obraz Poświatowskiej od nieznanej nam strony. Dostrzegamy kobietę z bogatym życiem uczuciowym, rodzinnym oraz z problemami. Haśka uważała, że kobieta dbająca o urodę musi płakać i śmiać się bezzmarszczkowo – wspomina Zbigniew Myga. Codzienną rutyną Haliny było więc naklejanie na czoło plastra szkockiej taśmy samoprzylepnej, który miał redukować zmarszczki. W kraju, w którym krem Nivea był jedynym kosmetykiem, dbanie o urodę było nie lada wyzwaniem. Poświatowska zmuszona była do robienia zabiegów z pokrzywy i maseczek z żółtek (fr. tekstu).

Szczęście

mam szczęście!

krzyczą dzieci

chwytając piłkę

z nurtów wody

a ono – na niebie świeci

roześmaine złotem – młode

wyciągnij rękę – zamknij

płonący krążek w pięści

i głośno – głośno krzyknij

– mam szczęście –

Halina Poświatowska

wiersze z lat 1956 – 1958

***

Anna Seniuk i Edyta Jungowska!

(…) Astrid jest wesołą, młodą dziewczyną, która chętnie wspina się na drzewa i nic nie robi sobie z panujących w jej rodzinnej miejscowości konwenansów. Wygrywa konkurs na najlepsze opowiadanie szkolne, które w nagrodę zostaje opublikowane w prasie lokalnej. Astrid Lindgren to jedna z najpopularniejszych autorek powieści dla dzieci na świecie. Jej książki sprzedano w liczbie przekraczającej 165 mln egzemplarzy i przetłumaczono na ponad sto języków.

Lindgren nie zajmowała się wyłącznie pisaniem, walczyła również o prawa najmłodszych. Dawała głos tym, którzy głosu nie mieli. Jak ewangeliczna przypowieść brzmi dziś fragment przemówienia, wygłoszonego we Frankfurcie po przyznaniu jej pokojowej nagrody niemieckich księgarzy. Mówiła o matce, która chciała ukarać syna i wysłała go do lasu po rózgi. Chłopczyk poszedł i długo go nie było. W końcu wrócił zapłakany i tak powiedział: Nie znalazłem rózgi, lecz masz za to kamień, którym możesz we mnie rzucić. Wtedy i matka zaczęła płakać, ponieważ zobaczyła wszystko oczami dziecka. Dziecko musiało myśleć, że jeśli matka chce mu uczynić zło, to równie dobrze może to zrobić za pomocą kamienia.

Wkrótce po tym przemówieniu, w 1979 r. parlament szwedzki ustawowo zabronił stosowania klapsów wobec małoletnich.

***

Anna Seniuk – Nietypowa baba jestem, w rozmowie z córką, Magdaleną Małecką – Wippich

Z miłości porzuciła rolę, która trafia się aktorce raz na sto lat. O mały włos – aż trzykrotnie – nie straciła życia. Zwymyślała komisję egzaminacyjną krakowskiej szkoły teatralnej, uwiodła swą grą rosyjskiego dramaturga i jako pierwsza polska aktorka pokazała na dużym ekranie biust. A wszystko to – jak sama mówi – zaczęło się w dniu, w którym biegnąc przez krakowski rynek, „przeskoczyła Sukiennice”. Odżegnuje się od wizerunku ciepłej mamuśki, który przez lata wykreowały media. Marzenia zaczęła spełniać dopiero po sześćdziesiątce. Dziś nie boi się opowiedzieć o swoich życiowych zmaganiach. Znana z powściągliwości, po raz pierwszy szczerze mówi o swoim prywatnym życiu, walce z chorobą, teatrze, pasjach, miłości i drodze do kariery (fr.)

Sięgnijcie po opowieść pełną ciepła, inteligencji i humoru. Nietypowa baba jestem to deklaracja piękna, odwagi i autentyczności.

  • 24 maja 2025 r. : spotkanie z Panią Edytą Jungowską – Podróż do Szwecji tropami książek Astrid Lindgren
  • 26 sierpnia 2021 r. Spotkanie autorskie z Panią Anną Seniuk – Nietypowa baba jestem
    W filmowej adaptacji powieści Redlińskiego, Pani Anna wcieliła się w postać wcześniej opisanej, Handzi Bartoszewicz
  • 20 lipca 2021 r. Ojezu, co zemno! Praca moja, jako pasja w literaturze, czyli o laktacji kapka :). 
    PS. Wyszperane w ,,Konopielce” E. Redlińskiego Przygotowując się do spotkania z Panią Anną Seniuk, postanowiłam raz jeszcze wziąć pod lupę ww. lekturę. Obejmijcie proszę spojrzeniem obydwa cytaty: – ,,Handzia przysiada, skopek …

***

Literatura dla rodzica

  • Przytulanie na receptę. Dr n. med. Katarzyna Skórzewska, Zuzanna Kuffel
  • Trudności w budowaniu bliskości. Małgorzata Poznańska-Wójtowicz
  • Sztuka odzyskiwania równowagi. Przemek Staroń
  • Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet. Dr Alicja Długołęcka, Paulina Reiter
  • Rozbieżność w pożądaniu. Emily Nagoski, Zuzanna Kuffel
  • Życie z endometriozą. Karolina Wigura, Natalia Waloch

Przytulanie na receptę

Żeby okiełznać kortyzol, często trzeba zmierzyć się ze swoimi problemami, zadbać o relacje, najlepiej przytulić bliskich, albo nawet samego siebie

Z dr n. med. Katarzyną Skórzewską, ginekolożką i endokrynolożką, rozmawia Zuzanna Kuffel (Wysokie Obcasy, 29 marca 2025 r.)

Zdziwiłam się, że napisała pani książkę o kortyzolu. Ten hormon kojarzył mi się z instagramowymi influencerami, nie z poważną medycyną.

Ktoś w końcu musiał rozprawić się z mitami, które na temat tego hormonu opowiadają osoby bez wykształcenia medycznego, a nawet bez podstawowej wiedzy medycznej. Przez ogromne uproszczenia, które szerzą się w sieci, pacjenci chcą badać kortyzol, a my lekarze, nie widzimy takiej potrzeby, bo większość z nas gołym okiem – zwłaszcza znając pacjenta – potrafi rozpoznać poważne, ale bardzo rzadkie problemy z nadnerczami – chorobę Addisona albo zespół Cushinga.

Influencerzy nie tylko każą badać kortyzol, ale też przedstawiają go jako wroga.

To nie kortyzol winien jest temu, że się denerwujemy, puchniemy, tyjemy, mamy trądzik albo wypadają nam włosy. To, co dzieje się w naszym życiu, powoduje, że kortyzol jest produkowany w nadnerczach w większych ilościach i intensywniej wydzielany do krwi.

Nadnercza to…?

Małe gruczoły o potężnym działaniu. Rdzeń nadnerczy wytwarza katecholaminy, czyli adrenalinę i noradrenalinę, a także dopaminę. Kora nadnerczy produkuje sterydy, m.in. glikokortykosteroidy, czyli głównie kortyzol i jego nieaktywną formę – kortyzon, które wpływają m.in. na gospodarkę węglowodanową i lipidową oraz ciśnienie krwi i nasze tętno. Nadnercza produkują też mineralokortykosteroidy, których głównym przedstawicielem jest aldosteron, odpowiedzialny za gospodarkę wodno-elektrolitową, czyli to, ile wody, sodu i potasu zatrzymujemy w organizmie, a ile wydalamy z moczem. To właśnie działanie aldosteronu – w dużym uproszczeniu – sprzyja obrzękom. W nadnerczach wytwarzane są też androgeny, hormony płciowe, biologicznie słabsze niż te wydzielane przez jajniki u kobiet i jądra u mężczyzn. Po angielsku łatwo zapamiętać funkcje kory nadnerczy jako 3xs – sugar, salt i sex.

Nadnercza nie robią tego wszystkiego same.

Steruje nimi nasza głowa, a konkretnie podwzgórze i przysadka. W książce porównuję je do prezesa i dyrektorki operacyjnej. Wiele osób kojarzy przysadkę z prolaktyną i gruczolakami przysadki, ale ona produkuje dużo więcej hormonów. Działanie osi podwzgórzowo-przysadkowo-nadnerczowej to jest skomplikowane zagadnienie, ale ludzie muszą zdawać sobie sprawę, że kortyzolu nie można rozpatrywać w odcięciu od reszty tego, co dzieje się w naszym organizmie. Nie jest tak, że jeden hormon powoduje całe zło albo dobro, zależy jak się na niego patrzy.

Na kortyzol można patrzeć pozytywnie – w książce proponuje pani, żeby nazywać go hormonem mobilizacji, nie stresu.

Kortyzol to właściwie hormon, który chroni nas przed skutkami stresu. Mówię tu o różnych rodzajach stresu, nie tylko tym emocjonalnym. Stresem jest wszystko, co zaburza homeostazę, czyli równowagę wewnętrzną organizmu. Najlepiej się czujemy, kiedy jesteśmy zdrowi, wypoczęci, najedzeni, nawodnieni i mamy komfort psychiczny. Kiedy homeostaza się zaburza, obok innych procesów zachodzących w organizmie wzrasta wytwarzanie kortyzolu. Zależy mi, żeby ludzie zrozumieli, że to nie jest tak, że jego stężenie jest cały czas wysokie. Ono zmienia się w rytmie dobowym i incydentalnie w reakcji na bodźce stresowe: zimno, gorąco, ból, głód, emocje. Obserwujemy wahania stężenia kortyzolu, zwiększanie się i obniżanie. Nad ranem mamy pik kortyzolu, bo to jest hormon, który budzi nas do życia, daje nam energię do wstania z łóżka i uruchamia metabolizm.

Siłę do wstania z łóżka mamy m.in. dzięki CAR, czyli kortyzolowej reakcji na przebudzenie. Czytając o niej, uznałam, że chyba sobie szkodzę: mój budzik rano dzwoni co kilka minut, bo ustawiam w nim drzemki.

Nie chciałabym bardzo zagłębiać się w ten temat, bo nie jestem ekspertką od snu. Prawdą jest jednak to, że najzdrowiej jest, kiedy budzimy się sami. Jeśli obudzą nas ACTH (hormon adrenokortykotropowy) i kortyzol, a nie budzik, to wstaniemy bardziej wypoczęci. Kiedy budzik dzwoni w fazie snu NREM, czyli snu wolnofalowego, dokładamy sobie dodatkowy wyrzut kortyzolu, a z każdym następnym alarmem drzemki – kolejny. Żeby lepiej czuć się rano, warto poobserwować swój rytm, zobaczyć, o której organizm budzi się sam, może spróbować wcześniej kłaść się spać. Dobrze jest, jeśli kortyzol rano wydziela się w sposób naturalny.

Jeśli kortyzolowa odpowiedź na przebudzenie jest słaba, to możemy mieć duży problem, żeby wstać z łóżka. Co może prowadzić do takiego stanu?

Przede wszystkim przewlekły stres, np. fizyczny, jak choroba nowotworowa, albo psychiczny, jak trwanie w przemocowej relacji. W książce zamieściłam wykresy pokazujące, jak fale kortyzolu w ciągu doby wypływają z nadnerczy. Może być tak, że kortyzol cały czas utrzymuje się w laboratoryjnej normie, ale krzywa jego wydzielania jest płaska, nie ma popołudniowego ani nocnego zmniejszonego wydzielania kortyzolu. I to jest problem.

Nie ma zatem sensu oznaczać kortyzolu z krwi w taki sposób, jak to się dziś najczęściej robi – raz dziennie, rano, w laboratorium?

Jednorazowe, a nawet dwukrotne czy trzykrotne oznaczenie kortyzolu we krwi w ciągu doby nie daje nam żadnych informacji diagnostycznych, zwłaszcza, że sama wizyta w laboratorium, zwykle w pośpiechu, przed pracą, jest dla nas stresująca i powoduje większy wyrzut kortyzolu. Najlepsze, co można zrobić, jeśli są do tego wskazania, to dobowa zbiórka moczu. Kortyzol można badać też w ślinie, ale w Polsce robi się to na razie tylko w ośrodkach uniwersyteckich. Nie jest również powszechnie dostępne oznaczanie tego hormonu z włosów czy paznokci. Nie dość, że pacjenci za bardzo przywiązują się do jednorazowych oznaczeń kortyzolu we krwi, to jeszcze nie wiedzą, że u kobiet przyjmujących antykoncepcję hormonalną, hormonalną terapię menopauzalną albo będących w ciąży, wynik badania może być zaburzony. Dzieje się tak, ponieważ powszechnie stosowane testy laboratoryjne mierzą kortyzol całkowity, a u tych pacjentek estrogeny wpływają na wytwarzanie białek transportujących kortyzol, przez co wynik jest zawyżony.

Ale podwyższony poziom kortyzolu przez dłuższy czas może mieć długofalowe konsekwencje zdrowotne?

Jeżeli cały czas w wyniku działania stresu i przez swój styl życia pobudzamy nadnercza do zwiększonego wydzielania kortyzolu, to jego średni dobowy poziom będzie wyższy i może w dłuższej perspektywie skutkować nadciśnieniem czy cukrzycą, odkładaniem się tkanki tłuszczowej, pogorszeniem koncentracji i pamięci, stanami lękowymi i innymi objawami. Tylko trzeba rozumieć, że to nie jest jakaś mityczna substancja, która pojawia się znikąd i nam szkodzi. To nie kortyzol nam to robi. Sami to sobie robimy.

Czyli my się stresujemy, czym stymulujemy nadnercza do wydzielania kortyzolu w nadmiarze, a on w dłuższej perspektywie powoduje powikłania zdrowotne?

Tak. Dlatego próby walczenia z kortyzolem, zwłaszcza suplementami, to tylko zabijanie posłańca, a nie zajowanie się źródłem problemu. Proszę pamiętać, że kortyzol jest hormonem nam niezbędnym. Gdy nadnercza nie wytwarzają kortyzolu, jest to stan zagrożenia życia.

Nie należy z nim walczyć, jak sugerują influencerki i influencerzy, ale kortyzol zasługuje na uwagę. Bo to bardzo potężny hormon – oddziałuje na mózg, kości, układ oddechowy, układ rozrodczy, itd.

Receptory kortyzolu znajdują się właściwie we wszystkich komórkach w naszym organizmie. Wcześniej uważano, że kortyzol działa tylko przez receptory glikokortykosteroidowe, ale w ostatnich latach udowodniono, że jego działanie jest szersze. Dlatego zależało mi, żeby zebrać najnowszą wiedzę.

Pani też się czegoś nowego dowiedziała?

Zaczęłam jeszcze większą wagę przywiązywać do wpływu alkoholu na zdrowie. Nie miałam wcześniej świadomości, że nadużywanie alkoholu jest najczęstszym czynnikiem powodującym zwiększone wydzielanie kortyzolu. To jest bardzo ważne, bo dzisiaj wiele osób zapija stres. Czasem widzę, jak moje pacjentki przychodzą na wizytę, a w torbie mają butelkę wina, którą kupiły sobie po drodze, żeby wypić wieczorem bez okazji. Podobnie, jak do kortyzolu, zmieniłam też stosunek do fast foodów. Nadal okazjonalnie je jadam, ale teraz w mojej głowie pojawia się myśl, że spowodują one wyrzut kortyzolu. Mam świadomość, że to mi szkodzi.

Jedzenie i kortyzol to zamknięte koło – im więcej jemy, tym więcej kortyzolu wydzielają nadnercza, a im więcej kortyzolu, tym większy apetyt. Kortyzol łączy się z otyłością.

Tak, ale nie tyjemy od kortyzolu. Rzeczywiście zwiększa on lipogenezę, czyli tworzenie się tkanki tłuszczowej i jej odkładanie. Natomiast otyłość prosta, czyli ta, która występuje najczęściej, jest spowodowana nadmiarem spożywanego pokarmu w odniesieniu do tego, ile energii zużywamy. Nierównowaga między energią spożytą i wydatkowaną powoduje gromadzenie się tkanki tłuszczowej i rozwój otyłości.

Nie można winić kortyzolu za otyłość?

Zdecydowanie nie. Jest odwrotnie – to otyłość jest drugą, po nadmiernym spożywaniu alkoholu, przyczyną hiperkortyzolemii nienowotworowej, czyli podwyższonego stężęnia kortyzolu niespowodowanego przez organiczną chorobę nadnerczy. Ten rodzaj hiperkortyzolemii występuje znacznie częściej niż zespół Cushinga. Poza osobami z otyłością albo uzależnieniem od alkoholu może się rozwinąć i dawać podobne objawy do zespołu Cushinga u kobiet z anoreksją albo sportowców, którzy zbyt intensywnie trenują, nie spożywając wystarczających zasobów energetycznych.

Na hiperkortyzolemię wpływa też depresja.

Jestem bardzo wdzięczna mojej przyjaciółce, która zgodziła się, żebym wykorzystała w książce historię jej ślubu, który wiązał się dla niej z ogromnym stresem. Poprosiła mnie, żebym nie zmieniając imion, napisała o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na jej zdrowie. Dlatego w jednym rozdziale łączę ślub i depresję. Bardzo doceniam jej odwagę. Stresujące zdarzenia mają ogromny wpływ na to, jak funkcjonujemy.

Nie tylko opisuje pani, co stres, a przez niego kortyzol, nam robi. Podpowiada pani też, jak go okiełznać. Nie ma na to magicznych tabletek.

To w naszym kraju częste, że przychodzi do gabinetu lekarskiego pacjent lub pacjentka i oczekują, że dostaną skierowanie na jakieś badania i receptę. Niewiele osób będzie zadowolonych, jeśli usłyszy: ,,Jest pan/pani zdrowy(a), proszę spać osiem godzin, ruszać się, ćwiczyć, pić wodę i nie pić alkoholu”. Wolimy dostać diagnozę i tabletki, zamiast zmierzyć się z tym, że mamy problem z akceptacją siebie, jesteśmy w relacji, która nas krzywdzi, albo pracujemy w toksycznym miejscu.

Żeby okiełznać kortyzol, trzeba zadbać o relacje, bo – jak pisze pani w książce – najlepszym remedium na wysoki poziom tego hormonu jest oksytocyna. Polski pacjent, który oczekuje skierowania i recepty, raczej nie weźmie na poważnie zalecenia, żeby zadzwonił do matki.

Raczej spojrzałby na lekarza jak na oszołoma i obsmarowałby go w Internecie. Ale na to są badania. Jeszcze lepiej niż telefon sprawdza się kontakt bezpośredni, najbardziej – przytulenie. Niekoniecznie musimy przytulać kogoś. Możemy też przytulać sami siebie. Jako dzieci robimy to intuicyjnie, ale kiedy jesteśmy starsi, zamiast się przytulić, wychodzimy zestresowani na papierosa. Zamiast słuchać sygnałów z ciała, nauczyliśmy się je lekceważyć. Prosty przyład – ile razy siedzimy przy laptopie albo na spotkaniu i nie wstajemy do łazienki, chociaż czujemy, że chce nam się siku? Wtedy też kortyzol nam się dodatkowo wydziela, bo to stres dla organizmu. Czujemy, że powinniśmy iść na spacer, a siedzimy w domu, żeby zdążyć z pracą na deadline.

A warto wyjść do lasu albo pooglądać ptaki – to jedne z przyładów treningu redukcji stresu opartego na uważności, jakie podaje pani w książce.

W pandemii moja siostra z mężem zaczęli obserwować zwierzęta. Wszyscy spędzaliśmy wtedy dużo czasu na Mazurach. Myślałam, że to nie dla mnie, ale się w to wkręciłam. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że będę podglądać sarenki i się z tego cieszyć. Pisząc książkę przekonałam się też do zwiedzania muzeów z przewodnikiem. Zawsze mnie to drażniło, bo nie lubię się zatrzymywać, żeby analizować najmniejszy fragment obrazu. Okazuje się jednak, że kiedy przewodnik opowiada nam o obrazie, nasz układ nerwowy skupia się na jednej rzeczy, nie ma dodatkowych bodźców. Jest tu i teraz. Dlatego w planie mam zabrać mój zespół na zwiedzanie MSN z przewodnikiem, żeby zarazić ich treningiem uważności i dobrze zrobić ich nadnerczom.

dr n. med. Katarzyna Skórzewska, specjalistka położnictwa i ginekologii oraz endokrynologii. Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie (obecnie Warszawski Uniwersytet Medyczny). W Klinice Endokrynologii Ginekologicznej WUM zdobywała doświadczenie jako klinicystka, naukowczyni i nauczycielka akademicka. Autorka książki ,,Kortyzol. Jak oswoić hormon, który rządzi twoim życiem”, wyd. Znak.

***

Trudności w budowaniu bliskości

Rodzice mogą kochać swoje dzieci i jednocześnie nie umieć okazywać im bliskości. Chłód emocjonalny rzadko wygląda dziś jak surowe wychowanie – częściej ma twarz nieobecności, pośpiechu i relacji pozbawionej prawdziwego kontaktu. A dziecko najbardziej cierpi wtedy, kiedy czuje się niewidziane. Dlaczego mamy trudności w budowaniu bliskości?

Jesper Juul zwracał uwagę na bolesny paradoks wychowania: rodzice mogą szczerze kochać swoje dzieci, ale to nie oznacza jeszcze, że dzieci będą czuły się kochane. Wiele dorosłych osób, mimo świadomości rodzicielskiej miłości, zmaga się później z niskim poczuciem własnej wartości, wstydem i trudnością w akceptacji siebie. To właśnie dlatego tak często nieświadomie powielamy schematy z własnego domu – nawet te, które były dla nas źródłem cierpienia. W powojennych domach dominował dość spójny surowy model wychowania. Dzieci miały być przede wszystkim grzeczne, posłuszne i podporządkowane autorytetowi dorosłych. Nie wynikało to zwykle z braku miłości, lecz z realiów epoki – walki o przetrwanie, ciężkiej pracy i braku zasobów emocjonalnych na budowanie bliskości. W komunikacji często pojawiały się krótkie, dyscyplinujące komunikaty, które uczyły dzieci, że ich emocje, potrzeby i głos są mniej ważne niż posłuszeństwo i dostosowanie się. Współcześnie, gdy analizujemy skutki tego unikającego, chłodnego wychowania, wiemy już, że było ono skuteczną próbą zamrażania autentyczności i dewaluowania podmiotowości dziecka.

Zimny chów

Wiedza o tym kulturowym dziedzictwie pomaga zrozumieć, dlaczego trudności w budowaniu bliskości nadal są przekazywane między pokoleniami. Dziś chłód emocjonalny rzadziej ma formę surowego wychowania – częściej oznacza rodzica fizycznie obecnego, ale psychicznie niedostępnego. Dziecko przegrywa z telefonem, pracą, pośpiechem i przebodźcowaniem dorosłych. Dawny ,,zimny chów” uczył przetrwania, ale pozostawił pokolenia ludzi, którym trudno rozpoznawać i wyrażać własne emocje. Dzisiejszy dystans emocjonalny buduje podobną pustkę jak dawniej – zmienia się forma, ale skutek pozostaje ten sam. W rodzinach zdominowanych przez chłód emocjonalny rozmowy często ograniczają się do krótkich, technicznych komunikatów: ,,zjedz”, ,,posprzątaj”, ,,idź spać”. Brakuje pytań o emocje, potrzeby czy przeżycia dziecka, ale też otwartości ze strony rodzica. Relacja staje się uboga emocjonalnie, a dziecku brakuje tego, co buduje poczucie bezpieczeństwa: uważności, zrozumienia jego perspektywy i przestrzeni na swobodne wyrażanie emocji. W rodzinach chłodnych emocjonalnie świat przeżyć dziecka bywa ignorowany lub źle odczytywany. Gdy brakuje uważności i emocjonalnej odpowiedzi ze strony rodzica, dziecko stopniowo uczy się tłumić potrzebę bliskości, a samotność zaczyna wydawać się czymś normalnym. Chłód emocjonalny to jednak nie tylko milczenie czy brak zainteresowania. To także brak czułego dotyku. Z perspektywy neurobiologii dotyk jest pierwszym językiem bliskości i bezpieczeństwa. Przytulenie pomaga regulować stres i daje dziecku poczucie bycia ważnym. Kiedy w domu brakuje spontanicznej czułości – przytulania, wygłupów, wspólnego tańca czy fizycznej bliskości – dziecko może zacząć odbierać relację jako zdystansowaną i emocjonalnie niedostępną.

Nakarmione, ale nie zadbane

W psychologii wyróżnia się pięć typów wadliwej atmosfery rodzinnej, opisanych przez polską psycholożkę Irenę Obuchowską. Każdy z nich osłabia więź emocjonalną z dzieckiem i może utrudniać jego prawidłowy rozwój. To np. atmosfera obojętna. Charakteryzuje się emocjonalnym pominięciem dziecka, brakiem zaangażowania i rezonansu emocjonalnego, psychologiczną nieobecnością, dystansem i powierzchownością relacyjną. Rodzic dba o to, by dziecko było nakarmione, ubrane i miało odrobione lekcje, ale nie interesuje się jego światem wewnętrznym. Nie współdzieli radości, nie towarzyszy w smutku, nie okazuje dumy. Dziecko uczy się wtedy, że emocje są nieważne i lepiej je tłumić. Często akceptacja pojawia się tylko wtedy, gdy spełnia oczekiwania dorosłych. Taka ,,miłość na warunkach” buduje w dziecku stałe napięcie i lęk przed odrzuceniem. Z czasem wycofuje się ono z kontaktu, zamyka w swoim świecie i przestaje sygnalizować potrzeby. I właśnie tu pojawia się smutne nieporozumienie: spokojne, wycofane dziecko bywa uznawane za ,,grzeczne” i bezproblemowe. Tymczasem ta cisza często jest milczącym wołaniem o uwagę i bliskość. Dziecko, które przestało sprawiać trudności, nierzadko przestało wierzyć, że jego emocje mają dla kogoś znaczenie.

Chłód nie jest tylko brakiem rodzicielskiego ciepła, ale aktywnym procesem wygaszania w dziecku wszystkich przynależnych dzieciństwu właściwości

Prof. Obuchowska podkreślała, że rodzice nie powinni mylić bierności dziecka z jego faktycznym samopoczuciem i dobrostanem. Powinni uczyć się ,,kochać i rozumieć” dzieci, przy czym rozumienie dziecka to coś więcej niż tylko zaspokajanie jego biologicznych potrzeb, bo to czyni dziecko jedynie przedmiotem działań, a nie podmiotem relacji. Jedynym skutecznym przeciwieństwem atmosfery obojętnej jest aktywne zaangażowanie i bezwarunkowa miłość rodzicielska, stanowiące niezbędny fundament prawidłowego rozwoju i ochrony młodego człowieka przed poczuciem bycia niewidzialnym dla najważniejszych osób w swoim życiu.

Konsekwencje emocjonalnego dystansu

O sytuacji dziecka w rodzinie chłodnej emocjonalnie pisał też John Bradshaw, amerykański psychoterapeuta i pedagog, który dokładnie studiował rodziny dysfunkcyjne i spopularyzował koncepcję wewnętrznego dziecka. Zdefiniował on chłodny dom jako miejsce toksyczne, w którym tłumi się naturalne zasoby dziecka, aby nie zakłócały sztywnej struktury rodzinnej i emocjonalnego dystansu dorosłych. Wprost nazywał dysfunkcjonalnymi takie rodziny, w których dzieci są systematycznie emocjonalnie zaniedbywane. W rodzinach chłodnych, zdystansowanych dochodzi do naruszania fundamentów harmonijnego rozwoju i zaprzeczania pięciu kluczowym potencjałom dziecka – uczuciom, spostrzeżeniom, myślom, dążeniom i wyobrażeniom, co prowadzi do głębokiego rozłamu w rozwoju tożsamości dziecka. Chłód nie jest tylko brakiem rodzicielskiego ciepła, ale aktywnym procesem wygaszania w dziecku wszystkich przynależnych dzieciństwu właściwości. Jest formą porzucenia psychicznego, za które dzieci płacą najwyższą cenę. To trauma relacyjna. Zgodziłby się z nim Gabor Mate, lekarz i ekspert w dziedzinie uzależnień i traumy, piszący, że dzieci nie traumatyzuje ból, ale ból przeżywany w samotności. Dziecko uznaje, że skoro jest odrzucane przez osoby, które powinny je kochać, to znaczy, że samo jest fundamentalnie wadliwe, co powoduje, że zamiast bezpiecznej więzi, wykształca się toksyczny wstyd.

W poczuciu opuszczenia, w poczuciu zagrożenia

Także wybitna polska psycholog i pedagog, prof. Maria Ziemska w klasyfikacji postaw rodzicielskich ujmowała chłód emocjonalny jako zjawisko, w którym mogą występować dwa typy niewłaściwych postaw wywodzących się z braku więzi – postawy unikającej i odtrącającej. Choć obie pochodzą z tego samego źródła, manifestują się w zupelnie inny sposób. Postawa unikająca charakteryzuje się nadmiernym dystansem uczuciowym z towarzyszącą temu biernością i uległością rodzica. Rodzic nie konfliktuje się z dzieckiem, ale też zupełnie nie uczestniczy w jego życiu, reagując na dziecięce sprawy przejmującą obojętnością. Dziecko ma poczucie niewidzialności, uczy się, że jest ,,przezroczyste”, a jego istnienie nie wywołuje u najważniejszych osób żadnej reakcji, co w przyszości skutkuje trudnością w nawiązywaniu relacji i chronicznym poczuciem nieważności. Inną dynamikę ma postawa odtrącająca, w której dystans emocjonalny łączy się z dominacją i wrogością rodzica. Dziecko bywa postrzegane jako przeszkoda lub ciężar, a w relacji dominują rozkazy, krytyka, zastraszanie i negowanie jego działań. To aktywny chłód, który nie tylko nie daje poczucia bezpieczeństwa, ale też rani i buduje w dziecku przekonanie, że świat jest miejscem wrogim i pozbawionym akceptacji. Być może właśnie z taką postawą miał przez lata styczność Franz Kafka, który w ,,Liście do ojca” opowiedział w niezwykle przejmujący sposób perspektywę swojego dzieciństwa, widzianą oczami osamotnionego dziecka: ,,Nie mogę uwierzyć, że byłem szczególnie trudny do wychowania; nie mogę uwierzyć, że przyjaznym słowem, łagodnym ujęciem za rękę, dobrym spojrzeniem nie udałoby się skłonić mnie do zrobienia wszystkiego, czego by chciano. (…) Wystarczyło tylko, żebym poczuł się czymś uszczęśliwiony, przepełniony czymś, i żebym przyszedł do domu, i powiedział o tym, a już odpowiedzią było ironiczne westchnienie, kiwanie głową, bębnienie palcami w stół: >>Widziałem już piękniejsze rzeczy<<, albo: >>Mam tego po dziurki w nosie<<, albo: >>Nie mam na to głowy<<, albo >>No, to kup sobie coś za to<<, albo: >>Też mi wielka rzecz<<„. Zderzenie tych dwóch postaw pokazuje pełne spektrum chłodnego wychowania. W postawie unikającej dziecko dorasta w poczuciu opuszczenia, a w odtrącającej – w ciagłym poczuciu zagrożenia. Obie prowadzą do utraty bezpieczeństwa psychologicznego i osłabienia poczucia własnej wartości.

Miłość, która nie wyraża się w codziennej uważności, czułości i prostych gestach bliskości, staje się dla dziecka trudna do odczucia

Milczenie, które ma złamać opór

Chłód emocjonalny nie zawsze musi być stałą cechą klimatu domowego. Czasem bywa okazjonalny, jako wyrachowane narzędzie dyscyplinujące. To tzw. wychowanie przez fochy, czyli zarządzanie dzieckiem poprzez odcięcie uczuć – najczęściej karanie milczeniem, które ma złamać opór małego człowieka. Przekaz jest prosty i okrutny: ,,skoro nie jesteś taki, jak chcę, przestajesz dla mnie istnieć”. To jedna z najbardziej traumatyzujących metod wychowawczych. Uderza w sam fundament biologicznego bezpieczeństwa dziecka. Ono odbiera to emocjonalne odcięcie jako realne zagrożenie. Uczy się, że bliskość jest warunkowa i może zostać odebrana w każdej chwili. Wyrośnie na dorosłego, który w obawie przed odrzuceniem unika konfliktów i nadmiernie dopasowuje się do innych. Żyje w nieustannym lęku, że każda różnica zdań może zakończyć się banicją emocjonalną. Pomocne będzie tu też słynne odkrycie Johna Bowlby’ego, twórcy teorii przywiązania: dla dziecka bliskość z opiekunem jest równie ważna jak jedzenie czy sen. Miłość, która nie wyraża się w codziennej uważności, czułości i prostych gestach bliskości, staje się dla dziecka trudna do odczucia. W efekcie pozostaje ono z poczuciem osamotnienia i niezaspokojoną potrzebą więzi. Chłód emocjonalny jest niewidzialną raną, która wpływa na rozwój psychiczny i poczucie bezpieczeństwa dziecka.

Z perspektywy neurobiologii dotyk jest pierwszym językiem bliskości i bezpieczeństwa. Przytulenie pomaga regulować stres i daje dziecku poczucie bycia ważnym

Dlaczego tacy jesteśmy

Zrozumienie przyczyn emocjonalnego dystansu wymaga wyjścia poza uproszczone oceny moralne. Rodzic prezentujący unikający styl przywiązania najczęściej nie jest ,,zły” z wyboru. Rzeczywistość jest nieco bardziej przygnębiająca i skomplikowana – on sam funkcjonuje wewnątrz systemu, który nauczył go, że bliskość jest zagrażająca, a emocje należy trzymać pod ścisłą kontrolą. Ta wewnętrzna blokada drastycznie zakłóca jego wrażliwość rodzicielską, tworzy niewidzialną barierę, której dziecko, mimo rozpaczliwych prób, nie jest w stanie przebić. Psychologia wskazuje tutaj na tragizm pokoleniowego dziedziczenia. Rodzice ,,chłodni” najczęściej sami pochodzą z domów, w których dominował emocjonalny dystans. Jak wskazuje – znosząc nieco brzemię odpowiedzialności – Józef Rembowski, polski psycholog i badacz systemów rodzinnych, takie zachowania najczęściej nie są wynikiem złej woli, ale braku odpowiedniego skryptu emocjonalnego. Jeśli dorosły w swoim dzieciństwie nie doświadczył empatii, nie ma on w swoim wewnętrznym systemie narzędzi, które pozwoliłyby mu na autentyczny rezonans z uczuciami własnego dziecka. Świadomość tych mechanizmów jest pierwszym krokiem do przerwania traumy międzypokoleniowej. Choć osoby dorastające w chłodzie emocjonalnym często potrzebują później terapii i korygujących doświadczeń relacyjnych, profilaktyka jest prostsza – opiera się na budowaniu relacji z dzieckiem na fundamencie ciepła, bliskości i emocjonalnej obecności. Kiedy rodzic rozumie, że jego dystans bywa echem własnych zranień, pojawia się szansa na tworzenie relacji opartej nie tylko na opiece, ale też na autentycznym kontakcie. Pomocne mogą być słowa Jespera Juula, który podkreślał, że dzieci nie potrzebują nieustannej uwagi, lecz uważnych dorosłych, którzy traktują poważnie ich emocje i reakcje. Zachęcał też rodziców, by dzieci mogły widzieć w ich oczach radość ze spotkania i poczucie autentycznej obecności.

Tekst: Małgorzata Poznańska-Wójtowicz, psycholog, psychotraumatolog, pedagog, psycholog biznesu. Trenerka umiejętności psychospołecznych i kompetencji miękkich. Terapeutka dzieci, nastolatków i osób dorosłych. Autorka publikacji psychologicznych. Twórczyni fanpage’a: Matka Terapeutka, na którym aktywnie działa na rzecz psychoedukacji i promocji czytelnictwa.

Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

***

Sztuka odzyskiwania równowagi

Nieprzypadkowo wiele nurtów terapeutycznych rozpoczyna pracę od prostych ćwiczeń sensorycznych, pomagających odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rzeczywistością. Arteterapia jest utkana z takich doświadczeń – zapachu farb, dotyku gliny, darcia papieru, rytmu, ruchu czy dźwięku. A neurobiologia coraz wyraźniej pokazuje, że to właśnie tutaj często zaczyna się proces regulacji emocji i układu nerwowego.

Dobra wiadomość brzmi: bycie idealnym rodzicem, opiekunem czy nauczycielką nie jest warunkiem dobrego wychowania. Idealne wychowanie po prostu nie istnieje. Tym, co rzeczywiście okazuje się kluczowe dla rozwoju człowieka, jest więź oparta na obecności, zaangażowaniu i poczuciu bliskości. Czy istnieje sposób, by połączyć troskę o siebie, dziecko i o naszą więź? Tak. Jedną z najważniejszych, najprzyjemniejszych i najskuteczniejszych odpowiedzi może być arteterapia.

Czym może być tworzenie?

Istnieje wiele sposobów definiowania arteterapii. Jedno z najbardziej praktycznych ujęć proponuje Erica Curtis w książce ,,Arteterapia dla dzieci”. To wykorzystanie szeroko rozumianej sztuki do poprawy samopoczucia, dobrostanu oraz jakości relacji z innymi ludźmi. A być może jeszcze lepiej byłoby zastąpić słowo ,,sztuka” określeniem ,,aktywność twórcza”. Istotą arteterapii jest bowiem sam proces twórczy – zwłaszcza proces twórczej ekspresji. I właśnie o jego wyjątkowej mocy wiemy dziś naprawdę dużo. Dzięki neuronauce i wiedzy o funkcjonowaniu emocji, a także dzięki badaniom pokazującym, jak silnie aktywność twórcza wpływa na nasze myśli, emocje, zachowania i zdolność regulacji układu nerwowego. Arteterapia nie oznacza wyłącznie działań plastycznych ani nie ogranicza się do gabinetu terapeutycznego. Tworzenie może stawać się – i realnie się staje – regulacją, rozwojem, odzyskiwaniem poczucia sprawczości, doświadczaniem sensu, stanem pogłębionej współobecności i bliskości. Dzieje się tak dlatego, że samo tworzenie może działać kojąco i wspierająco. Daje przestrzeń do spontanicznego, autentycznego wyrażania siebie, a przy okazji pomaga odzyskiwać równowagę, lepiej rozumieć emocje i budować poczucie spełnienia. W praktyce arteterapia leży na antypodach podejścia, które wiele osób pamięta z lekcji plastyki. Tu nie trzeba mieć żadnych zdolności artystycznych. Nie chodzi o tworzenie ,,ładnych” rzeczy, nie chodzi o ocenę. Kluczowe jest to, że wytwory powstające w procesie twórczym mogą być formą symbolicznej komunikacji, sposobem wyrażania emocji, odzyskiwaniem kontaktu ze sobą i budowania nowych perspektyw rozumienia siebie oraz świata. Arteterapia polega więc na tym, aby poprzez media kultury i sztuki odzyskiwać relację ze sobą, z własnym doświadczeniem, z innymi ludźmi i z rzeczywistością. Arteterapia staje się więc czymś więcej niż techniką czy metodą – jedną z najważniejszych odpowiedzi na kryzys współczesnego człowieka. Zwłaszcza, że twórczość służyła nam zawsze. Człowiek od tysięcy lat opowiada historie, śpiewa, tańczy i rytmizuje rzeczywistość. Z tej potrzeby wspólnego przeżywania świata wyrosła kultura. Dawniej wyrażało się to w pieśni, poezji i tańcu – wspólnych rytuałach, które pomagały budować więzi, wyrażać emocje i nadawać sens doświadczeniom. I do dziś intuicyjnie po tę moc sięgamy – być może najczęściej poprzez muzykę, której wpływ na układ nerwowy został przebadany wyjątkowo dokładnie.

Najważniejsze jest doświadczenie tworzenia

W arteterapii chodzi o proces, a w żadnym wypadku nie o jakość wyniku. Oczywiście czasem mamy do czynienia z talentem. Czasem czujemy estetyczną satysfakcję, być może zachwyt nad tym, co stworzyliśmy. Żaden z tych elementów nie jest jednak konieczny. Najważniejsze pozostaje bowiem samo doświadczenie tworzenia, akt ekspresji, obecności i bycia w procesie. Dzieci robią to naturalnie. A co z nami, dorosłymi? Być może wielu z nas nie utraciło kreatywności. Utraciliśmy raczej poczucie bezpieczeństwa potrzebne do tworzenia. Zastąpiły je ocena, wstyd, presja produktywności i przekonanie, że wszystko musi mieć praktyczny cel. Arteterapia nie zastąpi psychiatrii ani psychoterapii tam, gdzie są one potrzebne. Nie chodzi też o romantyzowanie sztuki. Chodzi raczej o zrozumienie czegoś prostego: w świecie, który nieustannie przeciąża nasze układy nerwowe, często trzeba zacząć od powrotu do ciała i zmysłów. Nieprzypadkowo wiele nurtów terapeutycznych rozpoczyna pracę od prostych ćwiczeń sensorycznych, pomagających odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rzeczywistością. Arteterapia jest właśnie utkana z takich doświadczeń – zapachu farb, dotyku gliny, darcia papieru, rytmu, ruchu czy dźwięku. A neurobiologia coraz wyraźniej pokazuje, że to właśnie tutaj często zaczyna się proces regulacji emocji i układu nerwowego. Przy okazji pojawiają się zabawa i poczucie ,,flow”. Psychologia od dawna podkreśla, że zabawa nie jest stratą czasu, lecz naturalnym sposobem regulacji i funkcjonowania człowieka. Szczególną moc ma wtedy, gdy przeżywamy ją razem z bliskimi, bo nasz układ nerwowy najlepiej reguluje się we współregulacji. Dlatego wspólne tworzenie często okazuje się ważniejsze niż sam efekt końcowy.

Spotkanie w sztuce

I właśnie dlatego arteterapia może być tak ważna w relacji dorosłych z dziećmi. Badania pokazują, że zarówno twórczość, jak i doświadczenie bliskości obniżają poziom stresu i wspierają regulację emocji. W arteterapii oba te mechanizmy spotykają się jednocześnie. Z perspektywy neurobiologii interpersonalnej – dziecko potrzebuje rodzica obecnego, nie zaś tego perfekcyjnego. Wspólna aktywność twórcza może więc stawać się czymś niezwykle wspierającym – dla dziecka, ale i dla nas samych. Dobrostan dorosłego pozostaje jednym z kluczowych warunków dobrostanu dziecka. W praktyce mogą to być bardzo proste aktywności: wspólne wymyślanie historii, rysowanie bez poprawiania, domowy teatr, śpiewanie, budowanie światów z klocków czy fortów z poduszek i koców, tworzenie kolaży, skakanie do muzyki, pieczenie babeczek czy tworzenie mikroświatów z elementów natury. Znaczenie ma tutaj przede wszystkim samo doświadczenie współobecności, ekspresji i zabawy. Zwłaszcza jeżeli potem o tym wspólnym doświadczeniu rozmawiamy. A jeśli pracujemy w szkole? Czasem wystarczy metafora, krótkie ćwiczenie pozwalające wyrazić samopoczucie, muzyka w tle robienia zadań, drobny element ruchu albo jakakolwiek forma tworzenia pozbawiona oceniania. Nawet niewielkie doświadczenia twórcze mogą stać się dla młodych ludzi przestrzenią oddechu i odzyskiwania kontaktu ze sobą. A przecież to w takich warunkach umysł jest najbardziej gotowy na uczenie się nowych faktów i umiejętności. To działa jak sprzężenie zwrotne: my sami doświadczamy korzystnych skutków aktywności, które proponujemy naszym dzieciom czy uczniom i uczennicom. W szerokim rozumieniu arteterapia staje się więc nie tyle ,,leczeniem sztuką”, ile przestrzenią odzyskiwania równowagi i tak ważnego dla zdrowia psychicznego poczucia sprawstwa w świecie pośpiechu, przebodźcowania i nieustannej oceny. Twórczość nie przetrwała wszystkich epok tylko dlatego, że była dodatkiem do życia. Przeciwnie – ona od zawsze fundamentalnie pomagała człowiekowi przeżywać, rozumieć i radzić sobie z rzeczywistością.

Ćwiczenie: Kojąca kompozycja

Czas trwania: 15 minut

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wiele otaczających nas rzeczy może nam pomóc w radzeniu sobie ze stresem. Kojące zapachy, faktury, dźwięki czy smaki wysyłają do mózgu sygnał, że wszystko jestw porządku, nawet jeśli przeżywamy trudniejszy moment. W ramach tego ćwiczenia dziecko stworzy własny zestaw rzeczy, które je uspokajają i poprawiają mu nastrój, aby korzystać z niego w chwilach napięcia czy znudzenia.

  • Potrzebne materiały: kartka, przybory do pisania, drewniane klocki lub kartony, aparat fotograficzny. 1. Wyjaśnij dziecku, że martwa natura to rysunek lub zdjęcie kompozycji przedmiotów codziennego użytku. Zadaniem dziecka będzie stworzyć kompozycję wyjątkowych i kojących przedmiotów. 2. Wspólnie sporządźcie listę przedmiotów, które dziecko będzie musiało zebrać. Uwzględnijcie na niej rzeczy związane ze wszystkimi zmysłami: ładnie pachnące, ładnie brzmiące, miłe w dotyku, dobrze smakujące, pięknie wyglądające. 3. Dodajcie również rzeczy, które wywołują przyjemne uczucia, na przykład sprawiają, że dziecko się uśmiecha, odpręża, czuje beztroskę i swobodę. 4. Rzuć dziecku wyzwanie, aby zebrało wszystkie rzeczy z listy. Niektóre dzieci lubią ścigać się przy tym z czasem, a inne wolą działać bez pośpiechu. 5. Kiedy dziecko zbierze wszystkie rzeczy z listy, niech stworzy z nich artystyczną kompozycję. Może wykorzystać przy tym klocki lub kartony, aby ułożyć zebrane przedmioty na różnych poziomach czy w ramkach. 6. Niech dziecko sfotografuje kompozycję.
  • Pomocna wskazówka: jeśli dziecko ma trudności z przechodzeniem od jednego zajęcia do drugiego, wykorzystaj krótszą wersję tej zabawy – między jedną czynnością a drugą, albo przed wyjściem z domu poproś, by ono znalazło jedną kojącą rzecz. Ta rzecz może następnie towarzyszyć mu w przejściu do kolejnego zadania.

Tekst: Przemek Staroń, psycholog, wykładowca, trener i edukator, autor bestsellerowej serii ,,Szkoła bohaterek i bohaterów”. Nagrodzony przez Komisję Europejską, twórca Zakonu Feniksa, tutor ponad 50 olimpijczyków z filozofii. Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020. Digital Shaper 2020. Twórca #utrzy, wyróżniony w Konkursie im. Ireny Sendlerowej ,,Za naprawianie świata” i konkursie o Nagrodę im. Janusza Korczaka, nagrodzony LGBT+ Diamond 2019 Polish Business Award. Członek Buglo Experts Circle oraz partner MGA Entertainment.

Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

***

Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet

Co jest nie tak ze słowem ,,przekwitanie”? Wszystko z nim jest nie tak

Z dr Alicją Długołęcką rozmawia Paulina Reiter. Wysokie Obcasy, 1 października 2022

Zacznijmy od uderzeń gorąca.

Mam je jeszcze. Ale ja mówię o falach. W nomenklaturze medycznej mówi się o uderzeniach, uważam, że to nieszczęśliwe określenie – agresywne, militarne. Jakby ciało z nami walczyło. Tymczasem ja te fale odbieram jako sygnały. Mówię o tym: przypływ. To zwiastun zmiany. Porównuję transformację menopauzalną do fazy adolescencji. Tak jak dziewczynka czuje się ,,dziwnie”, gdy dojrzewa – ma bóle brzucha, zaczyna miesiączkować, odczuwa zmienność nastrojów, rozwija się u niej myślenie abstrakcyjne, tak podczas tego kolejnego dojrzewania pojawia się mnóstwo zmian. Objawy cielesne można traktować jako zwiastun większego procesu. Ale jeszcze rok temu, przed napisaniem książki ,,Przypływ”, tak o tym nie myślałam. Wiedzę na temat menopauzy czerpałam z książek medycznych. I się bałam. Gdy przyszły pierwsze objawy – fale gorąca, zmęczenie, problemy ze snem – byłam zła, że to już. Interpretowałam to jako znój. Koniec miesiączkowania może się łączyć z różnymi dolegliwościami: ze stanami zapalnymi, zmianami w cewce moczowej, z nietrzymaniem moczu, suchością pochwy. Zaczęłam mieć problemy z przemianą materii. Przytyłam. Potraktowałam to wszystko jako dolegliwość i oznakę ,,upadku ciała” zarówno w wymiarze kulturowym, jak i osobistym.

A gdy się złościłaś, to na co dokładnie?

Myślę, że ta złość była na kilka rzeczy. Przede wszystkim na to, że ciało mnie zmusza do zatrzymania się. Że nie mogę zasuwać jak zwykle. A ja mam tendencję do tyrania. Tymczasem podczs przypływów robiło mi się słabo. Wkurzało mnie, że ,,to” odciąga mnie od spraw bieżących i kieruje na siebie samą. Kolejna rzecz – zauważyłam, iż mimo deklaracji, że jestem feministką, zaczęłam być wściekła na swoje ciało w kwestii poczucia atrakcyjności jako obiektu seksualnego. To ważny moment. Bo można zobaczyć – poczuć i przemyśleć – co sobie deklarujemy, a co naprawdę czujemy. Deklarowałam sobie, że jest mi obojętne, jak moje kobiece kształty i moja energia kobieca odbijają się w męskich oczach. Uważałam, że mam to już dawno przerobione i że nie muszę się dostosowywać do kulturowego wzorca. Odkryłam, że nie do końca tak jest. Mimo, iż zasadniczo lubię swoje ciało, to zaczęłam mieć myśli, że może spodenki, w których wychodzę na rower, są za krótkie i bałam się, że narażę się na śmieszność. Czułam złość na ciało, że przytyłam. I że po weekendzie na żaglach na skórze zostały mi ciemne plamki od słońca, skóra reagowała inaczej niż zwykle. A przecież zawsze byłam taka silna, sprawna. To mnie podłamało.

Ale?

Ale na szczęście szybko poczułam, że nie chcę być w stosunku do siebie tak okrutna. Że chcę przez ten czas przejść świadomie, zrozumieć, dlaczego ta faza życia wiąże się ze smutkiem, złością, z lękiem, a nawet z poczuciem winy. Po roku od menopauzy – ostatniej miesiączki – nadal mam te przypływy, czuję te fale. Ale dzisiaj już odbieram je inaczej. Jako prośbę ciała: ,,Uspokój się, zwolnij. Za dużo na siebie bierzesz. Za bardzo się denerwujesz. Zatrzymaj się”. Zaczęłam bardziej dbać o siebie, o to, ile się ruszam, co jem, ile piję alkoholu, itp. Zrozumiałam, że tak jak nikt mnie nie uświadamiał, jeśli chodzi o sprawy związane z dojrzewaniem, tak samo nikt mnie nie przygotował na tę zmianę. I że jestem w niej bardzo samotna. A wszystkie książki, które czytałam, były książkami medycznymi, które tylko utrwalały stereotypy, pisząc o ,,uderzeniach gorąca” i ,,przekwitaniu”.

Poczułam, że chcę przejść przez ten czas świadomie i nie chcę być w stosunku do siebie tak okrutna

,,Przekwitanie”. To słowo, zdaje się, szczególnie cię złości. Co z nim nie tak?

Wszystko jest nie tak z tym pojęciem. Słowo ,,klimakterium” pochodzi od greckiego słowa ,,klimax” – drabina, i ,,klimakter” oznaczającego szczebel w rozwoju. A więc ma w źródło wpisane wznoszenie się, wspinanie. A przekwitanie to usychanie. Mnie to się kojarzy z gnijącymi roślinami w wazonie bądź na rabatkach. Nieużyteczne, niepotrzebne. Śmieci. Słowo ,,przekwitanie” niesie w sobie mizoginiczne podejście, traktujące zdolności reprodukcyjne jako wyznacznik wartości kobiecości. Porównując do cyklów rozwojowych rośliny, to koncentracja na fazie przywabiania pszczół do zapylenia. Podobnie jest w medycznym traktowaniu tej fazy. Jako edukatorka seksualna jestem dziś przeciwna mówieniu dziewczynkom, że stają się kobietami, gdy zaczynają miesiączkować. Bo to oznaczałoby, że przestajemy być kobietami, gdy przestajemy miesiączkować. Przecież to absurd. Przekwitanie nie koncentruje się na kumulacji energii, na rozwoju, lecz na utracie.

Za twoją książką ,,Przypływ” stoi idea kręgu?

Tak. Zrobiłam to, co podpowiada dawna wiedza i tradycja – stworzyłam krąg. Przywołałam do siebie mądre kobiety.

Piszesz, że to antyporadnik edukacji psychoseksualnej dla kobiet dojrzałych. Czyli jakich?

Myślałam o tym, by wyprzedzić zjawisko, przygotować kobiety na transformację menopauzalną, trochę tak jak dziewczynki przygotowujemy do kilkuletniego procesu dojrzewania, a więc pisałam tę książkę z myślą o kobietach po 35. roku życia. Ale ja mam 54 lata i mnie samej pozwoliło to spojrzeć na ten czas inaczej.

Kultura i medycyna kazały nam do tej pory patrzeć tylko w rubrykę ,,strata”. Ty i twoje rozmówczynie robicie uczciwy bilans – nie odwracacie oczu od strat, ale wypełniacie też rubrykę ,,zysk”.

Nie chciałam pisać huraoptymistycznego poradnika, który służyłby ku pokrzepieniu… już sama nie wiem, jakiego organu. Zależało mi na tym, by opisać to doświadczenie szczerze, prawdziwie. Dla mnie to jest książka o dojrzewaniu, kolejnej fazie rozwoju psychoseksualnego kobiety. I oczywiście, że są straty, które przeżywamy zależnie od tego, czemu wcześniej nadałyśmy znaczenie.

U ciebie?

U mnie klimakterium zbiegło się z momentem, gdy wypuszczałam córkę z domu. Byłam pełna obaw, chociaż wierzyłam, że jest jej to potrzebne i że tego pragnie. Mierzyłam się też z poczuciem samotności. Wiedziałam, że ta strata jest na zawsze, jak w świecie zwierząt – córka wyleciała z gniazda. Jednocześnie przez ten rok nasza relacja rozwijała się wspaniale – z dumą obserwuję, jak staje się autonomicznym człowiekiem i cieszy mnie miłość, która między nami teraz owocuje. A przede mną nagle otworzyły się nowe przestrzenie – zarówno przestrzeni fizycznej, jak i czasu i emocji. Miałam też pewne poczucie straty w kwestii budowania relacji. Mam świadomość, że z moim doświadczeniem i wiedzą pewne rzeczy już mi się nie przydarzą. Młodzieńcze poczucie, że jakaś osoba jest w stanie wypełnić pustkę, gdy wiąże się to z przeżyciami seksualnymi, daje niepowtarzalną jakość zakochania. Tylko że… już nie na tym etapie. To już nie jest możliwe. Budowanie świadomej relacji nie opiera się już na złudzeniach i oczarowaniach, jest w niej o wiele więcej miejsca na autonomię, czułość, wyrozumiałość dla siebie i drugiego człowieka.

Ale to chyba zysk?

Tak. Mam też poczucie utraty sprawności fizycznej – niestety, wiem, że na własnych nogach już do pewnych miejsc nie dotrę, na Kilimandżaro już pewnie nie wejdę. Przychodzi też refleksja o rzeczach, które mogłam zrobić, lecz ich nie zrobiłam. I do tego dochodzi uczucie, że mogłam postępować inaczej – że straciłam czyjąś miłość, przyjaźń, sympatię, szacunek i że mogłam pewne sprawy inaczej poprowadzić. Traktuję to jako naturalną kolej rzeczy – żal, smutek, wzięcie odpowiedzialności za błędy.

A odczuwałaś smutek z powodu rozstania z płodnością? Bardzo piękny film o egzystencjalnym dramacie kobiety, która przechodzi menopauzę, zrobiła Joanna Hogg – ,,Niezwiązani”.

Nie teraz, bo doświadczyłam tego wcześniej. Byłam po stracie ciąży i śmierci narodzonej córki. Trzecie dziecko, to, które żyje, urodziłam, mając 35 lat. I raczej już miałam świadomość, że więcej dzieci mieć nie będę. A potem, w wieku 44 lat, zakochałam się i oszalałam, i poczułam nagle, że to ostatni moment, by mieć jeszcze dziecko. Jednak wtedy podjęłam decyzję, że nie. Bardzo dobrze pamiętam tę chwilę, jechałam samochodem i widziałam swoją twarz w lusterku, jak w filmie, i miałam takie uczucie, że jestem w tym sensie dojrzała, że mogę zdecydować, że mój cykl rodzicielski się wypełnił i nie będę już nigdy w ciąży.

Wiele kobiet nie ma tego poczucia straty. Przeciwnie, koniec płodności przyjmują z ulgą.

Poczucie straty dotyczy kobiet, które nie zrealizowały swojej potrzeby macierzyńskiej z powodu choroby bądź dlatego, że nie spotkały ,,właściwej osoby”, a nie chciały się zdecydować na samodzielne macierzyństwo. Te, które zrealizowały tę potrzebę, uważają, że to czas zasłużonego odpoczynku.

Z pierwszą rozmówczynią, Agnieszką Czapczyńską, psycholożką procesu, mówicie o tym, że w straty często wpisujemy rodziców. To wiek, kiedy wiele z nas ich traci.

Tak. I znamy to obie, bo przecież ty i ja mniej więcej w tym samym czasie straciłyśmy ojców. To może być czas zamiany ról – zaczynamy sie troszczyć o starzejących sie rodziców. Czas czyszczenia relacji, jeśli były trudne. Jeśli rodzic odszedł, pojawić się może żal, że już coś między nami się nie wydarzy. Czujemy się sierotami, już dla nikogo nie jesteśmy dzieckiem. Straciłam też bardzo bliskich przyjaciół, i to jedno po drugim. Te śmierci – przyjaciół, rodziców – powodują, że dzieje się coś najważniejszego, co jest wpisane w tę fazę, czyli to, że uwzględniamy swoją śmierć. A nie godząc się na nią, nie przerabiając jej, nie da się być człowiekiem świadomym w tym wieku. Przerobienie własnej śmierci daje pewnego rodzaju wolność i wdzięczność za czas, który pozostał i który jest zagadką. To zupełnie zmienia sposób podejścia do życia. Możemy przestać walczyć z czasem, uciekać. Otwierają się drzwi do miejsca, gdzie jest moc, wdzięczność, życzliwość dla siebie i innych. I wolność.

Wykonałyśmy zadania i powinności i teraz możemy robić to, co chcemy. I już się nie będziemy przejmować sprawami, którym same nie nadamy znaczenia.

Wykonałyśmy zadania i powinności i teraz możemy robić to, co chcemy. I już się nie będziemy przejmować sprawami, którym same nie nadamy znaczenia.

A co z seksem? Co z tą suchością pochwy itd.?

To, że się zmieniamy na wielu poziomach, będzie się wiązało ze zmianami w tym obszarze życia. Czy z tego powodu należy mieć poczucie straty? Oczywiście można – mężczyzna, że nie ma erekcji na zawołanie, kobieta, że nie ma takiej lubrykacji jak kiedyś. Z rozmów z wieloma kobietami i z własnego doświadczenia wiem, że jeśli się nie wycofamy, staniemy się bardziej uważne, delikatne i asertywne w seksie. Często bardziej autentyczne i otwarte na partnera/partnerkę. Myślę o tym z czułością – że to naturalne tak jak to, że siwieją nam włosy. Można tęsknić za mocnymi włosami, mocnymi zębami, za gładką skórą, ale to jest przecież wpisane w życie.

Moja przyjaciółka martwi się, że zaczęły jej wisieć policzki. Podciąga skórę i pokazuje, jak chciałaby wyglądać – jak kiedyś.

Zaproponowałabym jako terapeutka, żeby się zastanowiła, dlaczego ją to tak dotyka. Jaki lęk leży pod tym zmartwieniem? Co w jej poczuciu zostanie jej zabrane przez to, że będzie miała zmarszczki, że policzki obwisną? W ,,Przypływie” jest rozmowa z Iwoną Demko, artystką. Iwona, osoba bardzo szczupła, opisuje w niej, jak dostrzegła, że zwisa jej brzuch w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie zwisał, i emocje, jakie ten widok wywołał. Rozmawiamy o starzejących się twarzach i o Marinie Abramović, awangardowej performerce, która robi sobie operacje plastyczne, bo nie może się pogodzić z upływem czasu. Uważam, że niech każda kobieta robi, co chce, jak czuje. Ja chciałabym być kiedyś siwa. Dla mnie operacja plastyczna to byłaby walka z sobą samą. Gdy złoszczę się na plamki na skórze lub siwy włos, to potem zadaję sobie pytanie: dlaczego jesteś wobec siebie tak okrutna? Przecież wiesz, że nie będziesz żyła wiecznie, i przyjmuj to. I staram się siebie samą otoczyć troską. Pod wpływem rozmowy z Katarzyną Skórzewską, ginekolożką i endokrynolożką, zwaną w social mediach Doktor Menopauzą, lęk przed starzeniem się zamieniłam w potrzebę dbania o siebie. Nawet dziś robiłam kolejne badania krwi. Dzięki Kasi wiem, że transformacja menopauzalna – bo tak dziś określają to ginekolożki – nie jest chwilą, to dość długi proces, rozciągnięty na 10-15 lat. Czyli mamy czas, by się z tą zmianą oswoić, przygotować do niej. Możemy podjąć decyzję o skorzystaniu z menopauzalnej terapii hormonalnej (odchodzi się dziś od mówienia o ,,terapii zastępczej”). Niektóre kobiety się na to decydują, inne szukają innych rozwiązań, by podnieść jakość życia w tym czasie: aktywność fizyczna, zmiana sposobu odżywiania, danie sobie prawa do odpoczynku.

Wiele kobiet mówi, że ten czas to dla nich czas odkrywania wolności.

Już w latach 50. ubiegłego wieku słynna amerykańska antropolożka Margaret Mead ukuła zwrot ,,zapał postmenopauzalny”. Mówiła: ,,Nie ma większej siły na świecie niż zapał kobiety po menopauzie”. Kobiety stają się bardziej wyzwolone, zdecydowane, stawiające granice, niezależne. Zrobienie czegoś wbrew sobie w naszej kulturze cenione jest wyżej niż zrobienie czegoś w zgodzie ze sobą. I mimo, że uważam to za krzywdzące i pozbawione sensu, to dalej działa. Dlatego czujemy się ciągle niewystarczające w różnych dziedzinach. Zwłaszcza jako matki. Naprawdę mnóstwo problemów wynika z tego, że się za bardzo poświęcałyśmy. Wtedy, przy takiej fali gorąca, możemy poczuć, że tego się nie da wytrzymać, że nie jesteśmy już w stanie więcej zrobić. I z tego może się coś zrodzić. To moment, żeby się zatrzymać i pomyśleć: czego jest w moim życiu za dużo? Na co się w życiu zgadzałam? Czy moja relacja z partnerem/partnerką jest dobra? Ma tak trwać czy zalewa mnie smutek i czuję, że to nie ma sensu? A może mogę coś zmienić? To bardzo poruszające dla mnie jako terapeutki, gdy klientki, które przez 15 lat nie mówiły ,,nie”, nagle zaczynają mówić, czego potrzebują. Może się okazać, że partner też ma jakieś niezaspokojone potrzeby i można się na nowo dogadać. Albo nadchodzi czas, by z tłamszącej relacji się wyzwolić. Podobnie było w pracy, gdy wchodziłyśmy w rolę ofiary, robiłyśmy rzeczy, których nie lubiłyśmy, miałyśmy poczucie, że nie rozwijamy swoich talentów. Albo w relacji z rodzicami, gdy nie umiałyśmy stawiać granic i doprowadziło to nasze życie do takiego absurdu, że nie chciało nam się już żyć. To moment, żeby się zatrzymać i zastanowić: po co? To pożywka dla rozwoju, dla dojrzewania. Albo możemy walczyć z czasem, albo zająć się swoim życiem.

Jedną z twoich rozmówczyń jest profesor Magdalena Środa. Rozmawiacie o mądrości. Czy mądrość i doświadczenie to coś, co wpisujemy w rubrykę ,,zysk”?

Tak. Podczas tej rozmowy poczułam, że to, co wiem, ma wartość. Poczułam szacunek dla własnej wiedzy i doświadczenia życiowego. To są zasoby, w których można korzystać i którymi można się dzielić. Gdy słucham najstarszych kobiet, które zaprosiłam do rozmowy – Marii Beisert, seksuolożki, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej, psycholożki, Wirginii Szmyt, pedagożki, działaczki społecznej na rzecz seniorów, czyli słynnej DJ-ki Viki – gdy mówią o sobie, to napawa mnie to optymizmem. Ja i moje rówieśnice jesteśmy jeszcze trochę zaplątane w poszukiwaniach, a one są na następnym etapie mądrości. Chciałabym doświadczyć tej perspektywy. Nam się wmawia, żebyśmy się w ścieżce rozwojowej zatrzymały, udawały młodsze, niż jesteśmy. Mówi się o pięćdziesiątce, że jest jak trzydziestka, i to ma być komplement. Jak mi ktoś tak mówi, to dla mnie już nie jest komplement. Bycie pełnym energii, zaciekawionym wrzuca się do młodości, bo starość, dojrzałość są lekceważone, obśmiewane. A przecież nie wiek decyduje o tym. To błędny przekaz, którego ja nie kupuję.

Maria Beisert, seksuolożka, kobieta po siedemdziesiątce, która drugi raz wyszła za mąż po sześćdziesiątce, mówi ci: ,,Seksualność jest jednym z atrybutów życia, tak długo jak mamy ochotę na ekstazę seksualną, tak długo jesteśmy żywi. Nie znaczy to, że człowiek, który zrezygnuje z seksualności, staje się martwy, lecz niewątpliwie wyrzeka się bardzo ważnej części swojego życia”.

Maria mówi, że warto ten obszar życia hołubić, bo jest życiodajny. A dowodem na to, co mówi, jest Ewa Woydyłło, która o pewnych sprawach związanych z seksualnością mówi bardzo wprost, a jest od Marii o 14 lat starsza. Gdy rozmawiam z seniorami o seksie, często odnoszę wrażenie, że są w nim znacznie bardziej otwarci i wolni niż ludzie młodzi. Seksowi towarzyszy prawdziwa radość, docenianie faktu, że żyjemy, czujemy, dotykamy, widzimy, smakujemy. Łagodniejemy w stosunku do siebie i w stosunku do drugiego człowieka – jest więcej miejsca na wyrozumiałość, czułość, szczerość. Oczywiście jeśli się nie pozamykamy. Warto pamiętać też o samomiłości, masturbacji, która jest po prostu zdrowa zarówno dla naszego psychicznego samopoczucia, jak i dla ciała, bo sprzyja lepszemu ukrwieniu miednicy mniejszej.

Piszesz, że ,,Przypływ” jest buntem przeciwko wpisywaniu kobiet po menopauzie w obraz potulnej babci, z drugiej strony sama podkreślasz łagodność, mówisz, że to może być czas odpuszczenia, spokoju, nieszarpania się już tak bardzo.

Podpuszczasz mnie. Mówię, żeby o siebie zadbać, by mieć siłę. Posłużę się wyświechtanym porównaniem – najpierw matka zakłada maskę w samolocie sobie, potem zakłada ją dziecku. Kobieta postmenopauzalna, jeśli ma matkować światu, musi mieć na to czas i siłę. A działania kobiet w tym wieku są to z reguły działania dość spektakularne – jeśli walczy, to na całość, wali prawdę w oczy, bo ma odwagę, już się nie musi tak bardzo bać. I nie rozdrabnia się. Przychodzi mi do głowy przykład Katarzyny Augustynek, zwanej Babcią Kasią. Albo Jane Fondy, opisanej w książce. Siła, którą mają takie kobiety, pochodzi z pogodzenia ze sobą. Bardzo ciekawą rozmowę odbyłam z Agnieszką Graff, której analityczny umysł połączony z niezwykłą delikatnością i wrażliwością mnie zachwycił. Dokonuje analizy tego, na czym może polegać zmiana świadomości kobiety dojrzałej. Pokazuje też, jak można świadomie dokonywać wyborów w życiu osobistym, i jest przykładem kobiety, która idzie za głosem serca i wybiera człowieka, który jest jej najbliższy – i tym razem to jest kobieta. Ma odwagę łamać dużo schematów.

Wiele kobiet, z którymi rozmawiasz, odkrywa w wieku okołomenopauzalnym więź z przyrodą. Jak to rozumiesz?

Rozumiem to absolutnie egzystencjalnie. Odchodzimy tam, skąd przyszliśmy, więc to jest jasne, że im stajemy się starsi na poziomie komórkowym, tym bliżej nam do cyklów przyrody. Myślę, że to nas przygotowuje do śmierci. Mówię poważnie. Myślimy o sobie, jako o części tego pięknego świata. Łatwiej od niego nie odchodzić, tylko się nim stawać.

Pisanie ,,Przypływu” było dla ciebie procesem, piszesz. Jakim?

Stawaniem w prawdzie. Nadal jestem w tym procesie. Pewnie jeszcze trochę w fazie straty i żalu. Myślę o swojej młodości jako o niezwykle schematycznej w wymiarze relacji – i przyjacielskich, i miłosnych. Aż mnie to przeraża. Szłam za wzorcem – jakby został napisany scenariusz, a ja grałam rolę, jak w filmie. A teraz swoje życie reżyseruję sama.

***

Rozbieżność w pożądaniu.

W braku ochoty na seks, którego się nie lubi, nie ma nic dysfunkcyjnego. Główny problem, z jakim pary zgłaszają się na terapię, to rozbieżność w pożądaniu. Partnerzy zapytani, jak wyglądał ich ostatni seks, opowiadają o czymś ponurym i rozczarowującym. Z Emily Nagoski, amerykańską badaczką i edukatorką seksualną, specjalizującą się w seksualności kobiet, autorką bestsellerowych poradników rozmawia Zuzanna Kuffel. Wysokie Obcasy, 16.08.2025.

Zuzanna Kuffel: To bardzo odważne, że jako edukatorka seksualna przyznałaś w książce, że masz problemy w życiu seksualnym.

Emily Nagoski: – Częścią mojego przygotowania do zawodu była nauka rozróżniania, kiedy mówienie o sobie ma sens, a kiedy lepiej tego nie robić. Z założenia nie mówię o sobie. W mojej pierwszej książce ani jedna historia nie była o mnie. Martwiłam się, że jeśli przyznam, że też mam problemy, podważę swoją wiarygodność i ludzie przestaną brać mnie na poważnie jako ekspertkę. Zwierzyłam się jednak mojej agentce, a ona powiedziała: ,,Emily, nawet nie wiesz, jaka to ulga słyszeć, że dla ciebie to też czasem jest trudne”. Wtedy pomyślałam, że może warto opowiedzieć o swoim problemie. Po spotkaniach z publicznością wiele osób podchodzi podziękować za książkę i zawsze zdarza się ktoś, kto mówi, że w ciągu ostatniego roku tylko raz uprawiał seks. Od kiedy moja książka ukazała się w Stanach Zjednoczonych, dostałam dużo wiadomości od ludzi, którzy po lekturze przestali robić sobie wyrzuty, bo uznali, że jeśli ja mam problem, to każdy może mieć.

Podkreślasz, że ludzie chcą wiedzieć, co jest normalne w kwestii seksualności. Postanowiłaś znormalizować to, że w życiu seksualnym mogą pojawić się kłopoty?

– Taki miałam zamiar. Panuje przekonanie, że osoby zajmujące się zawodowo seksualnością mają szalone życie seksualne – pikantne, kinkowe, w każdym pokoju, w każdej pozycji i z każdą zabawką. A to przecież nieprawda.

Ekspercka wiedza nie uchroniła cię przed kryzysem?

– Mam w głowie pełno informacji, ale to nie znaczy, że moje ciało jest odporne na stres, zmęczenie, depresję i lęk. Starałam się rozwiązać problem, podążając za radami z mojej pierwszej książki. Liczyłam na pożądanie responsywne. Rozbierałam się, kładłam do łóżka, dotykałam mojego partnera i… zaczynałam płakać, po czym zasypiałam. Stwierdziłam więc, że potrzebuję więcej informacji. Zamiast czytać w internecie rady innych osób, szukałam artykułów naukowych o tym, jak pary utrzymują silną więź seksualną w długotrwałych związkach. Potem spróbowałam przełożyć tę specjalistyczną wiedzę na przystępny język w taki sposób, żeby ludzie mogli ją zastosować w codziennym życiu.

Podoba mi się metafora seksu jako współdzielonego przez parę ogrodu.

– Wolałabym, żeby nie była aż tak przydatna, jak się okazała, ponieważ mam wrażenie, że używają jej wszyscy. Jednak mają ku temu powód. Ogród reprezentuje cykle życia. Nikt go nie ocenia za to, że ma różne sezony. Nikt nie ocenia rośliny za to, że wzrasta w taki sposób, na jaki pozwalają jej warunki, w jakich ją posiano. Dlaczego więc oceniamy siebie za to, jak reagujemy na to, co dzieje się w naszym życiu?

Ta metafora przypomina, że piękny ogród nie rośnie w jeden dzień. Wymaga cierpliwości i pracy – tak jak seks w długim związku.

– Tak, ogród wymaga wysiłku, ale jeśli jest twoim hobby, sprawia ci radość. Nie każda część tej pracy jest tak przyjemna jak zrywanie plonów czy zjadanie owoców. Nie każdy dzień w ogrodzie jest cudowny, ale cieszysz się z tego na każdym kroku.

Seks wymaga podobnego zaangażowania.

– Trzeba się do niego nastroić, przygotowywać. Jak z wyjściem na imprezę, kiedy ubierasz sie elegancko, czeszesz, może w trakcie szykowania puszczasz muzykę i tańczysz.

W książce używasz innej metafory o wyjściu na imprezę. Że nie chce ci się szykować, ale gdy się tam pojawiasz, bawisz się świetnie.

– Tą metaforą podzieliła się ze mną znajoma terapeutka. Wcześniej bałam się, że jestem jedyną osobą, która odczuwa przedimprezową niechęć.

Ja jestem z generacji Z. W moim pokoleniu to raczej powszechne.

– Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie, gdybym jako 20-latka wiedziała to, co teraz. Mogłoby to wiele zmienić, zwłaszcza w moim podejściu do relacji. Dobrze byłoby, gdyby dojrzałe osoby chciały uczyć się od młodszych. Rewolucja seksualna tak naprawdę nie wyzwoliła w ludziach zbyt wiele. Zaczęli uprawiać seks pozamałżeński, ale pozostali uwięzieni w tym samym binarnym nonsensie. Podoba mi się, że pokolenie Z w ogóle tego nie kupuje. Im więcej się o tym dowiadujecie, tym bardziej uważacie, że to nie ma sensu, że nie musicie być taką kobietą albo takim mężczyzną, jakimi wpojono wam, że macie być. Starsi powinni się oduczyć binarnych podziałów płciowych.

Twoja książka może w tym pomóc.

– Zastanawiałam się, jak dużo pisać o płci. Ograniczyłam się do dwóch rozdziałów. ,,Podstawowe wprowadzenie do płci” uznałam za elementarne. Jest też rozdział dla heteroseksualnych par, bo te mają najwięcej problemów. Pary gueerowe musiały przedyskutować wiele z tych kwestii, co zapewnia im lepszy seks. Ich stosunki trwają dłużej. Bardziej cieszą się seksem. Częściej mówią ,,kocham cię”.

W związkach heteroseksualnych można przeżyć razem wiele lat w utartych schematach, w rolach zwycięzcy i dawczyni.

– Niedawno słuchałam podcastu, którego gospodynią jest edukatorka seksualna. Opowiadała o swoich zmaganiach z rolami płciowymi. Jej mąż, który nie zajmuje się edukacją seksualną, wciąż jest mocno zakorzeniony w patriarchalnej męskości, co bardzo ogranicza ich seksualną więź. Ona próbuje go przekonać, żeby odpuścił chociaż w niektórych kwestiach. To kolejny przykład, że można zajmować się zawodowo edukacją seksualną, a prywatnie cały czas walczyć z tym, co jest w nas głęboko zakorzenione. Od narodzin jesteśmy uczeni, jak powinniśmy żyć w swoich ciałach. Wierzę, że wspieranie ludzi w odkrywaniu, kim są naprawdę jako osoby seksualne, to część ruchu oporu wobec strasznych rzeczy, które teraz dzieją się w amerykańskiej polityce. Mówienie o płci, seksualności, kinku, przyjemności i pozwoleniu na eksplorację jest antyfaszystowskie.

***

Życie z endometriozą

Choroba przypomina, że masz granice

Czego nauczyłam się, żyjąc z chorobą? Żeby leczyć nie tylko ciało, ale też umysł i serce. Ważny jest kontakt ze sobą

Z Karoliną Wigurą, autorką książki ,,Endo. Sztuka akceptacji choroby”, rozmawia Natalia Waloch (Wysokie Obcasy, 22-27 listopada 2025)

W swojej książce ,,Endo. Sztuka akceptacji choroby” piszesz, że gdy obudziłaś się po operacji na endometriozę, nie byłaś już królewną, lecz macochą. Dobrze odbieram, że brzmi w tym echo jakiejś utraty?

– Ja myślę baśniami. W szpitalu zaczęłam obsesyjnie myśleć o Śpiącej Królewnie, bo chciałam wyjaśnić sobie moment zaśnięcia i obudzenia się z narkozy. On był dla mnie fundamentalny. Królewna nie decyduje o swoim losie, coś ją usypia i coś ją potem budzi. A kiedy się budzi, dowiaduje się, że zaraz zostanie żoną i matką. Ale ja oczywiście nie jestem tu Śpiącą Królewną.

Zostaje ta druga.

– Ta, która perfidnie usypia Królewnę. Osoba, na której wszyscy zawsze wieszali psy. Wtedy zaczęłam myśleć, że może było inaczej. Może to ona uśpiła Królewnę – po angielsku to nie jest zresztą królewna, tylko ,,piękność”, Sleeping Beauty – bo chciała ją uchronić? A może uśpiła ją, bo taka po prostu jest kolej rzeczy? Bo kobieta musi przejść dojrzewanie seksualne i stać się seksualnie aktywna? W każdym razie macocha działa świadomie. Ona wie, że Królewna będzie jeszcze miała dzieci. A Macocha już dzieci mieć nie będzie, bo jest po menopauzie. Ona ma wiedzę o tym, czym jest ta druga życiowa zmiana.

Wie, więc jest groźna.

– Dla mnie Macocha to fascynująca postać, a Andersen jest tu jedynie przekazicielem wszystkich kulturowych strachów przed wiedźmą, jakie zachowane są w naszej kulturze. Więc moje stwierdzenie, że budzę się jako Macocha, nie jest wcale takie negatywne, wręcz przeciwnie. Fajnie jest być Macochą.

Masz rację, bo płodność kobiety jest z jednej strony jej supermocą, z drugiej kultura w związku z nią nakłada na nas cały szereg zobowiązań.

– Jest supermocą i superuwikłaniem. Uwielbiałam tę supermoc, w ogóle kochałam zawsze wszystko, co związane z dziećmi, poczynając od okresu, przez ciążę, aż po wychowywanie tych maluchów, ich zapach, głos, wygląd – to wszystko zawsze było dla mnie absolutnie wspaniałe. Ale to nie znaczy, że nie mam świadomości uwikłania, którym jest płodność. Tego, jak bardzo kultura nas w to wszystko wtłacza, jak bardzo struktura społeczna przez dekady zamykała nas w klatkach związanych z płodnością. Jednak jest we mnie po prostu gotowość do przyjęcia, że skoro była pierwsza zmiana i po niej było fajnie, to po drugiej też może być fajnie.

Pierwsza zmiana, czyli dojrzewanie?

– Pierwsza zmiana to – idąc za Ursulą K. Le Guin, na którą powołuję się w książce – rozpoczęcie życia seksualnego.

W książce wielokrotnie porównujesz pobyt w szpitalu na zabiegu związanym z endometriozą do pobytu tam z powodu porodów, co jest bardzo dojmujące przez pewną odwrotność tych doświadczeń.

– Nie można chyba polubić porodu, ale jego efekt bardzo mi się zawsze podoba. To był dar. Raz rodziłam w szpitalu Świętej Zofii w Warszawie. Potem miałam tam operację na endo i przypominała mi się atmosfera z porodówki, która była absolutnie fantastyczna. Pamiętam położne, które mówiły: ,,Pomogę pani, proszę mi dać noworodka i iść się umyć”. Na operację szłam z takimi przebitkami: że wtedy coś dostałam, a teraz coś tracę, wtedy miałam ze sobą w łóżku noworodka, a teraz mam w sobie tego pająka, jak nazywałam endometriozę, tę moją wewnętrzną agresorkę.

Jak długo trwało diagnozowanie choroby w twoim przypadku? W Polsce jest to średnio od sześciu do ośmiu lat.

– U mnie też trwało bardzo długo. Od momentu, kiedy zgłaszałam pierwsze objawy, które można było powiązać z endo, do diagnozy minęło 20 lat. Te objawy nie są oczywiste. Miałam na przykład bóle dna miednicy. To są bóle, które bardzo trudno umiejscowić, jest ci trudno odpowiedzieć lekarzowi na pytanie: ,,Gdzie dokładnie boli?”, ale wiesz, że boli strasznie, dosłownie zwala z nóg. To taki ból, że nie możesz wytrzymać. Próbujesz chodzić, ale w którymś momencie, jeśli nie położysz się tam, gdzie stoisz, wprost na podłodze, to zemdlejesz. Koszmar. Zgłaszałam to trzem lekarzom, kiedy miałam około 20, 21, 23 lat. I oni mówili takie bzdury, jakby żaden się nie zorientował, co to może być, żaden nie powiedział: ,,Wie pani co, jest taka choroba, w której coś takiego może się dziać. Proszę to sprawdzić”. Potem jest połowa moich lat trzydziestych, gdy już urodziłam dwójkę dzieci, i znów zgłaszam ginekologom różne sprawy, i oni znów o nic nie pytają i nic nie robią. Diagnozę dostałam, gdy miałam 40 lat.

Endometriozę ma co dziesiąta kobieta.

– Z moich szkolnych koleżanek dwie. A efekty tej choroby są różne: mogą być takie, jak u mnie, że rodzisz zdrowe dzieci, a potem jest takie zaostrzenie, że lądujesz w szpitalu, ale może być i tak, jak u wielu dziewczyn, które do mnie piszą – że nie mają szans na dziecko i zostaje im adopcja. I oczywiście wspaniale jest adoptować dziecko, ale gdyby bardzo chciały mieć własne, to może mogłyby, gdyby wcześniej je zdiagnozowano i zaoferowano pomoc.

W jakiej mierze za tak długim i niechlujnym diagnozowaniem endometriozy stoi fakt, że to choroba kobiet, a nauka była przez wieki tworzona głównie przez mężczyzn, i że większość ginekologów to mężczyźni?

– Statystycznie rzecz biorąc, to musi mieć znaczenie. W tej chwili we Francji prowadzi się badania nad krwią miesięczną, z których wynika, że ma ona niezwykłe właściwości m.in. przyspieszające gojenie. Słyszałam wywiad z naukowczynią, która przy tym pracuje; zapytano ją, dlaczego takie odkrycie następuje dopiero teraz, przecież krew miesięczna była tu zawsze. Ano dlatego, że od 2,5 tysiaca lat budowało się nasze wyobrażenie tego, kim jest kobieta w medycynie. Hipokrates twierdził, że jest źródłem wszystkich problemów. A problemy skąd wynikają? No przecież z macicy. A skoro macica jest puszką Pandory, to cóż dobrego może stamtąd wypłynąć? Nic wartościowego, same brudne, zanieczyszczone ciemne rzeczy. Więc wydaje mi się, że masz rację, że jest wielki problem z tym, że ginekologia stoi na wiekach męskiego myślenia. Przecież kobieta nie mogła być lekarzem, a jeśli już znała się na leczeniu, to była kim? Wiedźmą. Tą, która wie.

Do pewnego czasu menstruacją, ciążami, poronieniami i aborcją zajmowały się kobiety, ale potem zostało to przejęte przez mężczyzn lekarzy.

– Kobieta mogła co najwyżej pomagać mężczyźnie i to zostało przeszczepione do nowoczesnej ginekologii. A wiemy, co dwudziestowieczna ginekologia robiła z naszymi babkami i matkami, jeśli miały problemy. Wycinano wszystko, bo po co kobiecie macica. Potem dopiero okazało się, że wycięcie macicy i jajników ma wielki wpływ na gospodarkę hormonalną, może prowadzić do nadciśnienia i innych kłopotów ze zdrowiem. Zwróć uwagę, że jak mężczyzna ma problem z penisem, to nie zaczyna się od tego, że najlepiej go uciąć wraz z jądrami. Ale muszę dodać, że operował mnie lekarz mężczyzna i zrobił to dobrze.

Przy endometriozie to ty jesteś odpowiedzialna za swoją diagnozę, nikt cię do niej nie poprowadzi. Tak, jakby cię lekarze rozłożyli na części i każdy coś tam sobie oglądał, ale dużego obrazka nie ma.

Wydaje mi się, że problemem przy diagnozowaniu jest też to, że często biegamy od specjalisty do specjalisty i różne kawałki naszych działań się nie widzą. Nie ma spójnego systemu.

– Tak, biegamy od lekarza do lekarza, a że każdy ma swoją specjalizację, to najczęściej oni w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Finalnie to ty jesteś odpowiedzialna za swoją diagnozę, nikt cię do niej nie poprowadzi. To jest tak, jakby cię lekarze rozłożyli na części i każdy coś tam sobie oglądał, ale dużego obrazka nie ma.

W twojej książce jest zdanie ,,Jezus nie miał endometriozy”. Piszesz to przy okazji przypatrywania się życiu kobiet i mężczyzn, i konstatujesz, że życie kobiety jest doświadczeniem regularnego bólu. Jest to dla nas rzecz rutynowa.

– Wiesz, ja zostałam wychowana w poczuciu, że płeć do pewnego stopnia jest niewidzialna. Mój tata nie miał synów, więc gdy remontował auto albo naprawiał w mieszkaniu kontakt, to mówił: ,,Chodź, Kaja” – bo tak mnie nazywano w domu – ,,Pomożesz mi”. Częściowo dzięki temu miałam całe życie poczucie, że mogę wszystko, a poza tym, że jestem silna, wysportowana, atletyczna. Wiedziałam też, że jestem nadzwyczajnie wytrzymała. I dopiero w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem taka dlatego, że co miesiąc cierpię ból. I że tak jest z każdą kobietą.

Piszesz o tym, że choroba czasem uruchamia w nas próżność, jest sposobem na ściąganie na siebie uwagi.

– Oczywiście, ja to uwielbiam i nie wiem, kto tego nie lubi: ,,Och, jaka jesteś dzisiaj biedna”. Uwielbiam to, ale bardzo, bardzo się przed tym bronię, bo to wypłukuje relację z innych elementów, prowadzi do tego, że koncentrujesz uwagę na czymś, co jest nieinteresujące. Bo, bardzo przepraszam, choroba nie jest interesująca. Jest nudna, długa i niezbyt atrakcyjna erotycznie. A jeżeli chcesz budować z kimś realcję długotrwałą, musisz być interesująca, drugi człowiek musi się tobą ciekawić i na tym trzeba budować, nie na chorobie. Choroba może być też egzekwowaniem władzy: ,,Zrób to teraz, bo ja tak chcę, a że jestem chora, to cię do tego zmuszę”. To jest bardzo nieuczciwe. Dlatego ja za Michelem de Montaigne’em powtarzam, że lepiej się trochę w chorobie schować przed bliskimi. Oni i tak wiedzą, oni i tak pomogą, nie ma co ich epatować.

Opowiedz, proszę, więcej o tym filozofie. W książce cytujesz go kilkukrotnie i zaskakuje mnie, jak bardzo jego myśli są ponadczasowe.

– To filozof, którego główną maksymą życiową było ,,Po pierwsze, nie łżeć”. To oczywiście parafraza, on nigdzie tak tego nie stawia. Ale to przenika jego myślenie. Napisał ,,Próby”, esej, w którym poszedł w introspekcji dalej niż którykolwiek tzw. filozofów życia przed nim, i dlatego Francuzi do dziś się na nim wzorują. W Polsce filozofii życia jest bardzo mało, więc chciałam go nam trochę przywrócić. Jakoś też ufam Montaigne’owi, bo on strasznie cierpiał. Umiera na kamicę nerkową; opisuje, jak kamienie przechodzą przez jego członek. Nie opowiada głupot, nie opisuje siebie jako kogoś wyjątkowego.

Chcę cię spytać o narracje kulturowe o kobiecości, które ujawniają się w nazywaniu endometriozy chorobą menedżerek, pracoholiczek, zestresowanych lasek, które pognały za karierą. Mamy tu do czynienia z karą za próżność, jaka spada na kobiety, które chciały być takie jak mężczyźni.

– Choroba jako kara to metafora stara jak świat. Pięknie pisała o tym Susan Sontag, na przykład gdy poruszała temat AIDS jako kary za niewłaściwie uprawiany seks. W takim kontekście często umieszczano choroby jakoś związane z organami rozrodczymi. Endometrioza je po prostu niszczy. Kim jest menedżerka? To osoba pozbawiona emocji, sucha, bezpłodna lub niechętna dawaniu życia, czyli niegościnna, nieczuła. Krótko mówiąc, to nie kobieta, tylko po prostu czarownica. Taki jest stereotyp, który oczywiście nie ma żadnego sensu, bo na endo chorują kobiety wszystkich zawodów. To czyste przeniesienie stereotypu o wiedźmie wraz ze wszystkimi ocenami, jakie się wystawia kobietom, które pragną iść do góry.

W naszej kulturze stary mężczyzna, który na koniu już nie jeździ, miecza nie utrzyma, łbów wrogom nie ścina, zostaje mędrcem, przypina medale, uczy. Stara kobieta, czyli ta, która przestaje być płodna, idzie na śmietnik. Ty i przywoływana przez ciebie Ursula K. Le Guin proponujecie coś innego.

– Le Guin jest dla mnie bardzo ważna; tak jak zajeździłam baśnie Andersena, zajeździłam też jej trylogię ,,Ziemiomorze”. Ale jest też autorką esejów i wśród nich jest wiele poświęconych menopauzie i kobiecości. Wśród nich jest wspaniały tekst ,,Kosmiczna starucha”, w którym Le Guin pisze o dwóch zmianach, czyli o rozpoczęciu życia seksualnego i o menopauzie. I mówi nam, że menopauza nie jest klątwą, lecz szansą. Starucha jest wspaniałą postacią, bo jest wolna również od męskiego wpływu. Jak pisze Le Guin, mężczyźni znają sposób na dziewice. Boją się ich, ale z nimi – to prawie dokładny cytat, choć Le Guin jest jeszcze bardziej dosadna – wystarczy się pieprzyć. Natomiast na staruchę nie mają sposobu. Ona jest przerażająca, więc żyć może z nią tylko bardzo odważny mężczyzna. Reszta, jak pisze Le Guin, ucieka z podwiniętym penisem.

Endometrioza jednak nie zawsze splata się z menopauzą.

– Oczywiście, chorują na nią też dziewczyny dwudziestoletnie albo trzydziestoletnie, które właśnie starają się zajść w ciążę. U mnie po prostu to nałożyło się na perimenopauzę i stąd myślę o tej staruszce, bo ona już jest właściwie tuż przy mnie, czy też ja już nią prawie jestem.

A co się dziś dzieje na świecie, jeśli chodzi o podejście do kobiet dojrzałych i starych?

Tu jest dużo dobrych wiadomości. To jedna z najfajniejszych ewolucji kulturowych, które dokonują się w szeroko pojętym świecie zachodnim. Coraz częściej kobieta po menopauzie jest uważana za mądrą, atrakcyjną, zamożną i wpływową. Tylko też im bardziej takie jesteśmy, tym bardziej jest to przerażające dla tych panów, którzy nie wiedzą, co to jest okres i owulacja. To ich przerasta podwójnie. Zapytałam kiedyś premiera Bieleckiego o największe osiągnięcie trzeciej RP, a on mówi mi: ,,Pani”, mając na myśli pokolenie kobiet wykształconych, pewnych siebie, mobilnych, które w gruncie rzeczy mogą poradzić sobie bez mężczyzn, jeżeli mężczyźni nie przynoszą im szczęścia. I to jest przerażające dla tej grupy radykalnych, prawicowych mężczyzn, którzy w tym upatrują źródeł niepowodzeń swoich i świata.

W swoich rozważaniach odbijasz się od różnych myślicieli i myślicielek, m.in. od Susan Sontag.

– Odbijam się od jej twierdzenia, że choroba jest nocną stroną życia. To jest po prostu nieprawda. Choroba jest cały czas; teraz, kiedy mówię do ciebie, również, więc jest to jak najbardziej dzienna strona mojego życia. Nie ma żadnej nocnej strony mojego życia, żadnego zaplecza. Le Guin mówi ,,Tylko w ciemności światło”, dla mnie znaczy to tyle, że nie jest tak, że szczęścia szukamy poza chorowaniem czy poza cierpieniem. Cierpienie po prostu jest, życie każdego na różny sposób dojeżdża i szczęścia szukamy w tym, a nie w kontrze do tego. Z Sontag kłócę się jeszcze o jej stwierdzenie, że choroba jest faktem. My to wszyscy dziś wiemy, ale żeby ją wytrzymać, trzeba zapytać, jakim ona jest sensem. Jeśli wiem, że moja choroba się nie skończy, bo to nie jest przeziębienie, to muszę sobie znaleźć jakiś jej sens, bo inaczej trudno będzie ją znieść. Potrzebujemy sensu, żeby funkcjonować wartościowo.

I jak to było u ciebie z tym poszukiwaniem sensu w endo?

– Absolutnie nie mogłam pogodzić się z tym, że już nie mam takiego zdrowia jak dawniej. Że już nie jestem kosmonautką, czyli że nie jestem już idealnie funkcjonującym organizmem. To było dla mnie najtrudniejsze. Poza tym chciałam mieć trzecie dziecko, więc bardzo było mi trudno zaakceptować, że już szlus, koniec. Z czasem zrozumiałam, że chorując, musimy nauczyć się od nowa żyć dobrze. Z tym zdrowiem, które nam pozostało. I że jest tutaj jakaś misja, polegająca na tym, że kobiety mogą zacząć o tym wszystkim mówić. Możemy mówić o fizjologii naszego bólu, o naszych ciałach, i to uczyni nas mniej samotnymi. Pozwoli nam też znaleźć tych mężczyzn, którzy są otwarci i chcą słuchać, bo tacy też bez wątpienia istnieją. Ostatnio mój dawny instruktor pływania powiedział mi, że kupił sobie tę książkę. Pomyślałam – no to mogiła, przeczyta i powie, że to jednak nie dla niego. A on łapie mnie potem na basenie Ośrodka Inflancka i mówi: ,,Dziękuję, wiele się nauczyłem. I podarowałem przyjaciółce, która teraz będzie miała operację na endo”. Tak że bardzo się cieszę, że nie tylko dużo kobiet kupuje ,,Endo”, ale także mężczyźni chcą kupować ją komuś w prezencie. Mam też jakąś tam swoją misję profilaktyczną, bo wiem, że porządnie zbadana pacjentka może mieć szansę na wczesniejszą diagnozę. To są moje sensy. No i jest jeszcze jeden sens związany z miłością.

Czyli?

– Myślę sobie, że jeśli ja mam endo, ty masz coś innego, a nasza koleżanka jeszcze coś innego, przez coś cierpi, to skoro tylko w ciemności światło, to po prostu dbajmy o relacje z ludźmi, których kochamy, bądźmy w tym razem. Sensem tej ciemności jest miłość.

Jesteś osobą publiczną, naukowczynią, profesorką, a tu rzecz tak osobista. Chyba nie jest łatwo napisać o doświadczeniu z fotela ginekologicznego, zakładaniu spirali czy dziwnych napadach pożądania po operacji?

– Dużo myślałam o tych fragmentach o spirali i pożądaniu. Szczególnie ten ostatni mnie mocno odsłania. Myślałam sobie przy redakcji: ,,Wykreśl to, wiesz, co ci za to zrobią”. Ale potem myślałam: ,,No, ale Montaigne pisał: Nie łgać, nie łgać. To musi zostać, bo może jakaś kobieta to przeczyta i powie: ,,Ja też tak mam”. Rozmawiałam o tym fragmencie z pewną ginekolożką, która mi powiedziała: ,,Jaka ja jestem pani wdzięczna, że pani to nazwała, bo kobiece pożądanie buduje się inaczej niż męskie i my za mało o tym mówimy”. Pomyślałam: ,,O, rany, jaka ulga!”.

Żeby powiedzieć coś istotnego, musisz trochę zaryzykować. Jak można powiedzieć coś ważnego, jeżeli się w ogóle nie odsłoniłaś?

Kiedy czytałam ten fragment, pomyślałam: ,,Ależ ona odważna”.

– Byli ze mną różni przyjaciele literaccy. Czytając ich książki, pomyślałam, że aby powiedzieć coś istotnego, musisz trochę zaryzykować. Jak można powiedzieć coś ważnego, jeżeli się w ogóle nie odsłoniłaś?

Piszesz, że przetrwać ból pomagały ci myśli na przykład o tym, jak słońce świeciło, gdy biegałaś, i dochodzisz do wniosku, że być może te właśnie myśli, które przychodzą w takiej chwili, są jedynymi właściwymi.

– Żyjemy w pogoni za różnymi rzeczami, potrzebujemy jakoś wszystko pogodzić i to jest okropnie trudne. A jak cię naprawdę coś strasznie boli, to zmieniają się wszystkie hierarchie. Ja na przykład przestaję być taką straszną egoistką. Zaczynam zastanawiać się, co mogę zrobić dla mojego męża czy dzieci. Kiedy ostatnio dzwoniłam do rodziców? Ale myślę też o prostych rzeczach, że lubię słońce, konie i zapach dzieci. I to są najważniejsze rzeczy, prawda?

Postulujesz więcej wytchnienia, mniej dyscypliny.

– Bo jestem pracoholiczką. Jest mi strasznie trudno odpoczywać, więc zrobiłam z odpoczywania obowiązek. Założyłam sobie, że leżenie do góry brzuchem czy też, jak lubię mówić, do góry cyckami, musi być częścią codzienności.

Ostatnie dwie myśli chcę z tobą omówić. Świadome chorowanie wymaga umiarkowania.

– Żyjemy w bardzo nieumiarkowanych czasach. A kobiety, które chcą iść do góry, są perfekcjonistkami. Choroba jest przypomnieniem o tym, że masz granice. Więc działaj troszeczkę wolniej, nie spinaj się tak, spokojnie.

Podoba mi się twoje twierdzenie, że nie wierzysz w życie po śmierci, ale wierzysz w życie przed śmiercią. I że filozofia życia przed śmiercią jest filozofią regularności.

– Małych, codziennych rzeczy, które sprawiają, że żyje nam się troszkę lepiej. Myślę, że ateiści i wierzący mogą się zgodzić co do tego, że jakość życia tutaj jest ważna. Ja mam swoich 11 punktów. Jest tam, prócz codziennych wakacji, np. sport. Uprawiam go dużo w trybie często i mało. Czyli pływam codziennie, ale 20 minut. To, czego nauczyłam się, żyjąc z chorobą, to to, że nie o to chodzi, żeby leczyć tylko ciało, musisz też trochę leczyć swój umysł i serce. Niektórzy nazwą to duszą. Ważny jest kontakt ze sobą. U mnie to filozofowanie, dla niektórych może to być modlitwa, dla innych medytacja. To może zajmować naprawdę bardzo mało czasu dziennie, ale powinno być.

***

Czuję miętę do Pinokia!

Carlo Lorenzini przyszedł na świat 24 listopada 1826 r. we Florencji, w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Nazwisko Collodi przyjął do swojego pseudonimu w 1856 r. Collodi to nazwa miasteczka, z którego pochodziła jego mama, Angela Orzali, i w którym spędził większość dzieciństwa. Ze względu na trudną sytuację materialną, wcześnie podjął pracę zarobkową. Choć pierwsze kroki stawiał w księgarni, szybko zyskał uznanie wydawców lokalnych gazet. Zaczątkowe próby pisarskie młodego człowieka oscylowały wokół literatury adresowanej do osób dorosłych. Na tworzenie dla nieletnich zdecydował się w dojrzałym wieku.

Historia o Pinokiu po raz pierwszy została opublikowana w 1881 r., na łamach włoskiego czasopisma dla dzieci: Giornale per i Bambini. Początkowo była to seria krótkich odcinków, pt. Storia di un burattino (,,Historia marionetki”). Dopiero w 1883 r. opowieść została wydana jako całość pod tytułem: Le avventure di Pinocchio (,,Przygody Pinokia”).

Pajaca wystrugał z magicznego kawałka drewna ubogi, stary i samotny stolarz, Gepetto. Wyrzeźbiony chłopiec ożywa. Mówi, rusza się, odczuwa głód, nie obce mu ludzkie słabości. Jest ,,synem” krnąbrnym, leniwym i nieposłusznym. Za sprawą wielu niegodziwców, schodzi na złą drogę. Cechą charakterystyczną Pinokia jest nos, który wydłuża się z każdym kolejnym kłamstwem. Po wielu dramatycznych przygodach powraca do ,,ojca” i staje się… prawdziwym człowiekiem.

Nie sposób przejść obojętnie obok lektury. Determinacja starego człowieka w walce o dobro pajacyka jest godna podziwu. Wzruszający przekaz o odwadze, pokorze i sile miłości rodzicielskiej sprawił, iż powiastka ta stała się żywą częścią mojej świadomości. Niech historia Pinokia, pełna symboli wykraczających poza dosłowność, skłoni też Was do refleksji. Choć dla współczesnych miłośników książek język może momentami wydawać się nieco archaiczny, z pewnością dodaje dziełu uroku i sprawia, że czytelnik przenosi się w czasie, do świata pełnego magii. Co jest ważne? ,,Ważne jest to, co nosimy w sercu”. Tak, to uniwersalna opowieść o dorastaniu, odpowiedzialności i sile marzeń.

Collodi zmarł 26 października 1890 r., tamże. Został pochowany na cmentarzu przy bazylice San Miniato al Monte. Spoczął na wzgórzu, z którego widać miasto i toskańską wieś. Nie podejrzewał, że historia o drewnianym chłopcu, który nieustannie wpada w tarapaty, stanie się jednym z najbardziej znanych utworów literatury dziecięcej na świecie. Początkowo planował zakończyć opowieść tragedią, co było dość typowe dla jego stylu, bowiem często obnażał mroczną stronę ludzkiej natury. Jednak pod wpływem opinii publicznej, oczekującej bardziej optymistycznego zakończenia, zdecydował się na zmianę.

Urodził się pod innym nazwiskiem, był w seminarium, walczył o niepodległość swojego kraju i odszedł, nie wiedząc, że napisał dzieło, które przyniesie mu miedzynarodową sławę.

Książki widoczne na zdjęciu zostały przywiezione z różnych miejsc. Stanowią wyposażenie naszej domowej biblioteki.

Prawa autorskie © 2026 Stowarzyszenie Mama Tata i Ja – OnePress motyw wg FameThemes