Czytam od zawsze. Czytam, gdy dom dopiero, co zasnął. Czytam, gdy dom na długo przed pobudką. Czytam w przerwach i pomiędzy. Czytam, doglądając pyrkającego leniwie rosołu. Czytam z kotem na kolanach. Dzień książki obchodzę codziennie. Czytam i dzielę się z Wami tym, co ważne.
Drodzy. W tejże zakładce (poniżej relacji ze spotkań autorskich) znajduje się wykaz książek, publikacji oraz rozmów prowadzonych przez doświadczonych redaktorów z ekspertami. Ufam, iż lista ta, w piękny sposób pozwoli nam zrozumieć świat i samą/samego siebie. Miłej lektury. Najserdeczniej, E.
***
Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.
Wisława Szymborska.
***
Akurat wtedy w Lubomierzu nie było wody i wszystkie kurki zostawiłyśmy odkręcone. Wieczorem po powrocie okazało się, że dość dużo książek wypłynęło Panu z półek i poszło z wodą w dół w kierunku wsi. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wiemy przecież, Panie Profesorze, że czytelnictwo we wsi katastrofalnie zamiera. Ten mały potop stworzył nadzieję, że ktoś tę czy ową książkę wyłowi, osuszy, a może nawet przeczyta.
Zabawy literackie, Wisława Szymborska
***
Ale dlatego właśnie uwielbiam czytać książki, a od jakiegoś czasu również je piszę. I zawsze gorąco polecam, nazywając korzystanie z nich biblioterapią. Nie jest to specjalnie popularny sposób myślenia o czytaniu jako metodzie leczniczej, ale niesłusznie. Bowiem już w starożytności faraon Ramzes II (przełom XIII i XII w. p.n.e.) nazywał swoją komnatę biblioteczną ,,domem uzdrowienia dla duszy” i taki napis kazał umieścić nad wejściem. W II w. n.e. Galen, rzymski filozof i lekarz cesarza Marka Aureliusza, założył medyczną bibliotekę dla pacjentów, wierząc, że czytanie pomoże im zdrowieć. Jest też przykład ze średniowiecza, w Kairze, w muzułmańskim kompleksie Al-Mansur Qalawun (zbudowanym w roku 1285) pacjentom tamtejszego szpitala zalecano czytanie Koranu dla przyspieszenia rekonwalescencji. A obecnie zdrożeni podróżni w tysiącach moteli i hoteli amerykańskich znajdują w nocnych szafkach egzemplarze Pisma Świętego. Ponieważ nie ma przy nich karteczki z instrukcją, najpewniej chodzi o biblioterapię łagodzącą trudy i stresy podróży za pomocą ,,świętych słów”. Jeżeli działa i nie szkodzi, każdy pomysł jest dobry.
Przytoczony fr. poch. z książki Ewy Woydyłło: Wszystkiego najlepszego! Jak dbać o własne szczęście.


Galeria – zbiory prywatne.
***
Spotkanie autorskie jest jak ziarno, które sadzi się w glebie społeczności literackiej. To jedno z najbardziej satysfakcjonujących i kształtujących doświadczeń, jakie możemy przeżyć. Książki oferują nam nie tylko wiedzę i mądrość, ale także emocjonalne oddziaływanie, które wpływa na naszą osobowość, wartości i postawy życiowe. Serdecznie zapraszam w podróż śladami utworów literackich. E.
Zaglądnęli do nas:
Krystyna Loch,
nasza przyszywana Mama i Babcia
(…) Wiele z babcią godałam, czyli rozmawiałam, najczęściej przy kawie, herbacie, dla niej tyju, kołoczu i ziście, niekiedy przy kyjksach, ciastkach, czy innych maszketach. I to blisko 30 lat, od czasu jak chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej, do jej śmierci w roku 1978. Godałyśmy po śląsku, tak jak się godało w Hajdukach, w godce typowej dla śląskich dzielnic przemysłowych, pełnej niemieckich ausdruków, które rechtórki, panie w szkole, chciały nas na zawsze oduczyć. Babcie, czy omy to na Śląsku osoby szczególnie ważne, bo bez nich wielu z nas nie znałoby prawdziwej, niecyganionej/!/ historii rodzinnej ziemi oraz żyjących tu ludzi. Tak też było z moją babcią Wiktorią. Ona nie ôsprawiała nam żadnych berów i bajek, ale o tym co było naprawdę na Śląsku, w naszym jak godała – Heimacie. A co godała, to co innego niż mnie i innych uczono w szkole, jak pisano w gazetach i książkach. Dlatego pomyślałam, że warto o tym napisać, to przypomnieć, aby inni mogli przeczytać, do tego tak, jak myśmy godały po śląsku...
W swej książce „W Chorzowie czyli na Śląsku” Krystyna Loch opowiada, w oparciu o życie swoich bliskich dzieje rodzinnego miasta, skomplikowaną historię Śląska oraz losy Ślązaków w XX stuleciu. „Godki z babciōm” są tego kontynuacją, napisaną po śląsku, pełną wspomnień i refleksji, oraz prawdziwych obaw, czy za parę lat Ślązacy jeszcze na Śląsku będą…



Krystyna Loch urodziła się w Chorzowie, a dokładnie w Hajdukach, w cieniu huty Batory. Jest z wykształcenia ekonomistką, a jej zainteresowania to historia Śląska i wszystko, co dotyczy małego Heimatu.
***
Dorota Rodzim

Dorota Rodzim – autorka powieści obyczajowych. Urodzona w Świętokrzyskiem, mieszkanka Tarnowskich Gór. Spełniona mama i szczęśliwa żona. Uśmiechnięta introwertyczka, która uważnie przygląda się otaczającemu Ją światu. To, co widzi, przenosi na papier lub płótno. Z jednego powstają książki, z drugiego obrazy. Pisze powieści, które chwytają za serce – o prawdziwym życiu i ludzkich emocjach. Choć dotyka trudnych tematów – książki oceniane są jako wciągające i wzruszające. To mieszanka lekkiego pióra oraz dobrego humoru. Autorka Powiedziała M, Zagubionej i czekającej na premierę Siubienicy.
***
Dorota Gellner
Dama Orderu Uśmiechu. Poetka, prozaik, autorka ponad stu książek, słuchowisk, bajek muzycznych i sztuki dla Teatru Lalek GULIWER. Debiutowała w Świerszczyku, współpracowała z Misiem, Płomyczkiem, Ciuchcią, Pentliczkiem, radiem i telewizją. Jest laureatką Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego. Otrzymała statuetkę Bursztynowe Nutki. Odznaczona Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis oraz Medalem Serce Dziecku. Jej książki znajdują się na Liście Skarbów Muzeum Książki Dziecięcej, Międzynarodowej Liście Białych Kruków, Złotej Liście Cała Polska czyta dzieciom oraz liście lektur szkolnych (Wścibscy). Na zaproszenie Instytutu Książki napisała w 2024 roku książeczkę Tyci, tyci, którą w ramach kampanii Mała książka – wielki człowiek otrzymuje w wyprawce czytelniczej każde nowo narodzone dziecko w Polsce.
Dorotkę poznaliśmy w 2013 r.

*



Czarodziej osobisty” to zbiór baśni, bajek i wierszy pisanych ,,czarodziejskim atramentem”. Z ilustracjami Piotra Fąfrowicza, arcyczarodzieja magicznego realizmu. To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. O odwadze i niezwykłych siłach, drzemiących w każdym z nas, o których istnieniu często nie mamy pojęcia. Ale też o smutku, żalu, tęsknocie, rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią. To książka dla marzycieli. Ale nie tylko. Także dla tych, którzy swoje marzenia pogubili. Dla optymistów i pesymistów. Dla stojących na rozstajach dróg. Dla poszukujących i tych, którzy znaleźli już to, czego szukali. Dla kochających i kochanych, oczarowanych, rozczarowanych, zaczarowanych, odczarowanych i dla wielu, wielu innych… (fr.książki)
*

Wścibscy wszędzie nos wtykają!
Podsłuchiwać uwielbiają! Aż na uszach mają dreszcze!
Wciąż chcą coś usłyszeć jeszcze!
Wścibscy wszystkich podglądają! Z każdej strony oczy mają!
Wyskakują spod poduszek, ze słoików, z rondli, z puszek!
Są koło nas! Zawsze blisko!
Wścibscy pragną wiedzieć wszystko!
***
Zbigniew Myga
Poświatowska we wspomnieniach i inspiracjach to swoistego rodzaju biografia opowiedziana przez brata poetki – Zbigniewa Mygę oraz spokrewnioną z nimi dziennikarkę, Kalinę Słomską. Całe życie wierna sobie, swemu ideałowi miłości, nigdy nie szła na kompromis. Była ciekawa życia, ale miała świadomość, że musi się spieszyć. Każdy dzień był dla niej najważniejszy. Te trzy zdania najlepiej podsumowują fascynujące życie Haliny Poświatowskiej. Uzupełnieniem wspaniałej opowieści jest bogaty wybór zdjęć, pochodzących z rodzinnych, prywatnych zbiorów, z których część do tej pory nie była publikowana. To subiektywny wybór poezji oraz refleksje i wspomnienia wielu artystów (Anny Marii Jopek, Hanny Banaszak czy Stanisława Sojki). Książka kreśli obraz Poświatowskiej od nieznanej nam strony. Dostrzegamy kobietę z bogatym życiem uczuciowym, rodzinnym oraz z problemami. Haśka uważała, że kobieta dbająca o urodę musi płakać i śmiać się bezzmarszczkowo – wspomina Zbigniew Myga. Codzienną rutyną Haliny było więc naklejanie na czoło plastra szkockiej taśmy samoprzylepnej, który miał redukować zmarszczki. W kraju, w którym krem Nivea był jedynym kosmetykiem, dbanie o urodę było nie lada wyzwaniem. Poświatowska zmuszona była do robienia zabiegów z pokrzywy i maseczek z żółtek (fr. tekstu).
Szczęście
mam szczęście!
krzyczą dzieci
chwytając piłkę
z nurtów wody
a ono – na niebie świeci
roześmaine złotem – młode
wyciągnij rękę – zamknij
płonący krążek w pięści
i głośno – głośno krzyknij
– mam szczęście –
Halina Poświatowska
wiersze z lat 1956 – 1958

***
Anna Seniuk i Edyta Jungowska!
(…) Astrid jest wesołą, młodą dziewczyną, która chętnie wspina się na drzewa i nic nie robi sobie z panujących w jej rodzinnej miejscowości konwenansów. Wygrywa konkurs na najlepsze opowiadanie szkolne, które w nagrodę zostaje opublikowane w prasie lokalnej. Astrid Lindgren to jedna z najpopularniejszych autorek powieści dla dzieci na świecie. Jej książki sprzedano w liczbie przekraczającej 165 mln egzemplarzy i przetłumaczono na ponad sto języków.
Lindgren nie zajmowała się wyłącznie pisaniem, walczyła również o prawa najmłodszych. Dawała głos tym, którzy głosu nie mieli. Jak ewangeliczna przypowieść brzmi dziś fragment przemówienia, wygłoszonego we Frankfurcie po przyznaniu jej pokojowej nagrody niemieckich księgarzy. Mówiła o matce, która chciała ukarać syna i wysłała go do lasu po rózgi. Chłopczyk poszedł i długo go nie było. W końcu wrócił zapłakany i tak powiedział: Nie znalazłem rózgi, lecz masz za to kamień, którym możesz we mnie rzucić. Wtedy i matka zaczęła płakać, ponieważ zobaczyła wszystko oczami dziecka. Dziecko musiało myśleć, że jeśli matka chce mu uczynić zło, to równie dobrze może to zrobić za pomocą kamienia.
Wkrótce po tym przemówieniu, w 1979 r. parlament szwedzki ustawowo zabronił stosowania klapsów wobec małoletnich.
***
Anna Seniuk – Nietypowa baba jestem, w rozmowie z córką, Magdaleną Małecką – Wippich

Z miłości porzuciła rolę, która trafia się aktorce raz na sto lat. O mały włos – aż trzykrotnie – nie straciła życia. Zwymyślała komisję egzaminacyjną krakowskiej szkoły teatralnej, uwiodła swą grą rosyjskiego dramaturga i jako pierwsza polska aktorka pokazała na dużym ekranie biust. A wszystko to – jak sama mówi – zaczęło się w dniu, w którym biegnąc przez krakowski rynek, „przeskoczyła Sukiennice”. Odżegnuje się od wizerunku ciepłej mamuśki, który przez lata wykreowały media. Marzenia zaczęła spełniać dopiero po sześćdziesiątce. Dziś nie boi się opowiedzieć o swoich życiowych zmaganiach. Znana z powściągliwości, po raz pierwszy szczerze mówi o swoim prywatnym życiu, walce z chorobą, teatrze, pasjach, miłości i drodze do kariery (fr.)
Sięgnijcie po opowieść pełną ciepła, inteligencji i humoru. Nietypowa baba jestem to deklaracja piękna, odwagi i autentyczności.
- 24 maja 2025 r. : spotkanie z Panią Edytą Jungowską – Podróż do Szwecji tropami książek Astrid Lindgren
- 26 sierpnia 2021 r. Spotkanie autorskie z Panią Anną Seniuk – Nietypowa baba jestemW filmowej adaptacji powieści Redlińskiego, Pani Anna wcieliła się w postać wcześniej opisanej, Handzi Bartoszewicz
- 20 lipca 2021 r. Ojezu, co zemno! Praca moja, jako pasja w literaturze, czyli o laktacji kapka :). PS. Wyszperane w ,,Konopielce” E. Redlińskiego Przygotowując się do spotkania z Panią Anną Seniuk, postanowiłam raz jeszcze wziąć pod lupę ww. lekturę. Obejmijcie proszę spojrzeniem obydwa cytaty: – ,,Handzia przysiada, skopek …
***
Czytelnia dla rodziców w siedzibie SMTiJ
(z literaturą, która w piękny sposób pozwoli nam zrozumieć świat i samą/samego siebie)
- Książki Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej – absolutnie wszystkie!
- Przytulanie na receptę. Dr n. med. Katarzyna Skórzewska, Zuzanna Kuffel
- Trudności w budowaniu bliskości. Małgorzata Poznańska-Wójtowicz
- Zasłona niesłyszenia ( O życiu osób głuchych). Anna Goc, Paula Szewczyk
- Metki, hałas i inne nieprzyjemności (O dzieciach z wysoką wrażliwością). Prof. Agnieszka Słopień, Ewa Pągowska
- W ciszy dorosłych (O dziecięcej wyobraźni, zdrowiu psychicznym i rodzinnych tajemnicach). Michalina Gajewska, Agnieszka Karp-Szymańska
- Poznać lęk. Artur Gębka
- Zmęczenie, zobojętnienie i zwątpienie (Wypalenie rodzicielskie). Sylwia Włodarska, Monika Kamińska-Wcisło
- Kiedy nie można się rozsypać (O życiu z dzieckiem wymagającym stałej opieki). Olga Ptak
- Sztuka odzyskiwania równowagi. Przemek Staroń
- Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet. Dr Alicja Długołęcka, Paulina Reiter
- Rozbieżność w pożądaniu. Emily Nagoski, Zuzanna Kuffel
- Życie z endometriozą. Karolina Wigura, Natalia Waloch
***
Przytulanie na receptę
Żeby okiełznać kortyzol, często trzeba zmierzyć się ze swoimi problemami, zadbać o relacje, najlepiej przytulić bliskich, albo nawet samego siebie

Z dr n. med. Katarzyną Skórzewską, ginekolożką i endokrynolożką, rozmawia Zuzanna Kuffel (Wysokie Obcasy, 29 marca 2025 r.)
Zdziwiłam się, że napisała pani książkę o kortyzolu. Ten hormon kojarzył mi się z instagramowymi influencerami, nie z poważną medycyną.
Ktoś w końcu musiał rozprawić się z mitami, które na temat tego hormonu opowiadają osoby bez wykształcenia medycznego, a nawet bez podstawowej wiedzy medycznej. Przez ogromne uproszczenia, które szerzą się w sieci, pacjenci chcą badać kortyzol, a my lekarze, nie widzimy takiej potrzeby, bo większość z nas gołym okiem – zwłaszcza znając pacjenta – potrafi rozpoznać poważne, ale bardzo rzadkie problemy z nadnerczami – chorobę Addisona albo zespół Cushinga.
Influencerzy nie tylko każą badać kortyzol, ale też przedstawiają go jako wroga.
To nie kortyzol winien jest temu, że się denerwujemy, puchniemy, tyjemy, mamy trądzik albo wypadają nam włosy. To, co dzieje się w naszym życiu, powoduje, że kortyzol jest produkowany w nadnerczach w większych ilościach i intensywniej wydzielany do krwi.
Nadnercza to…?
Małe gruczoły o potężnym działaniu. Rdzeń nadnerczy wytwarza katecholaminy, czyli adrenalinę i noradrenalinę, a także dopaminę. Kora nadnerczy produkuje sterydy, m.in. glikokortykosteroidy, czyli głównie kortyzol i jego nieaktywną formę – kortyzon, które wpływają m.in. na gospodarkę węglowodanową i lipidową oraz ciśnienie krwi i nasze tętno. Nadnercza produkują też mineralokortykosteroidy, których głównym przedstawicielem jest aldosteron, odpowiedzialny za gospodarkę wodno-elektrolitową, czyli to, ile wody, sodu i potasu zatrzymujemy w organizmie, a ile wydalamy z moczem. To właśnie działanie aldosteronu – w dużym uproszczeniu – sprzyja obrzękom. W nadnerczach wytwarzane są też androgeny, hormony płciowe, biologicznie słabsze niż te wydzielane przez jajniki u kobiet i jądra u mężczyzn. Po angielsku łatwo zapamiętać funkcje kory nadnerczy jako 3xs – sugar, salt i sex.
Nadnercza nie robią tego wszystkiego same.
Steruje nimi nasza głowa, a konkretnie podwzgórze i przysadka. W książce porównuję je do prezesa i dyrektorki operacyjnej. Wiele osób kojarzy przysadkę z prolaktyną i gruczolakami przysadki, ale ona produkuje dużo więcej hormonów. Działanie osi podwzgórzowo-przysadkowo-nadnerczowej to jest skomplikowane zagadnienie, ale ludzie muszą zdawać sobie sprawę, że kortyzolu nie można rozpatrywać w odcięciu od reszty tego, co dzieje się w naszym organizmie. Nie jest tak, że jeden hormon powoduje całe zło albo dobro, zależy jak się na niego patrzy.
Na kortyzol można patrzeć pozytywnie – w książce proponuje pani, żeby nazywać go hormonem mobilizacji, nie stresu.
Kortyzol to właściwie hormon, który chroni nas przed skutkami stresu. Mówię tu o różnych rodzajach stresu, nie tylko tym emocjonalnym. Stresem jest wszystko, co zaburza homeostazę, czyli równowagę wewnętrzną organizmu. Najlepiej się czujemy, kiedy jesteśmy zdrowi, wypoczęci, najedzeni, nawodnieni i mamy komfort psychiczny. Kiedy homeostaza się zaburza, obok innych procesów zachodzących w organizmie wzrasta wytwarzanie kortyzolu. Zależy mi, żeby ludzie zrozumieli, że to nie jest tak, że jego stężenie jest cały czas wysokie. Ono zmienia się w rytmie dobowym i incydentalnie w reakcji na bodźce stresowe: zimno, gorąco, ból, głód, emocje. Obserwujemy wahania stężenia kortyzolu, zwiększanie się i obniżanie. Nad ranem mamy pik kortyzolu, bo to jest hormon, który budzi nas do życia, daje nam energię do wstania z łóżka i uruchamia metabolizm.
Siłę do wstania z łóżka mamy m.in. dzięki CAR, czyli kortyzolowej reakcji na przebudzenie. Czytając o niej, uznałam, że chyba sobie szkodzę: mój budzik rano dzwoni co kilka minut, bo ustawiam w nim drzemki.
Nie chciałabym bardzo zagłębiać się w ten temat, bo nie jestem ekspertką od snu. Prawdą jest jednak to, że najzdrowiej jest, kiedy budzimy się sami. Jeśli obudzą nas ACTH (hormon adrenokortykotropowy) i kortyzol, a nie budzik, to wstaniemy bardziej wypoczęci. Kiedy budzik dzwoni w fazie snu NREM, czyli snu wolnofalowego, dokładamy sobie dodatkowy wyrzut kortyzolu, a z każdym następnym alarmem drzemki – kolejny. Żeby lepiej czuć się rano, warto poobserwować swój rytm, zobaczyć, o której organizm budzi się sam, może spróbować wcześniej kłaść się spać. Dobrze jest, jeśli kortyzol rano wydziela się w sposób naturalny.
Jeśli kortyzolowa odpowiedź na przebudzenie jest słaba, to możemy mieć duży problem, żeby wstać z łóżka. Co może prowadzić do takiego stanu?
Przede wszystkim przewlekły stres, np. fizyczny, jak choroba nowotworowa, albo psychiczny, jak trwanie w przemocowej relacji. W książce zamieściłam wykresy pokazujące, jak fale kortyzolu w ciągu doby wypływają z nadnerczy. Może być tak, że kortyzol cały czas utrzymuje się w laboratoryjnej normie, ale krzywa jego wydzielania jest płaska, nie ma popołudniowego ani nocnego zmniejszonego wydzielania kortyzolu. I to jest problem.
Nie ma zatem sensu oznaczać kortyzolu z krwi w taki sposób, jak to się dziś najczęściej robi – raz dziennie, rano, w laboratorium?
Jednorazowe, a nawet dwukrotne czy trzykrotne oznaczenie kortyzolu we krwi w ciągu doby nie daje nam żadnych informacji diagnostycznych, zwłaszcza, że sama wizyta w laboratorium, zwykle w pośpiechu, przed pracą, jest dla nas stresująca i powoduje większy wyrzut kortyzolu. Najlepsze, co można zrobić, jeśli są do tego wskazania, to dobowa zbiórka moczu. Kortyzol można badać też w ślinie, ale w Polsce robi się to na razie tylko w ośrodkach uniwersyteckich. Nie jest również powszechnie dostępne oznaczanie tego hormonu z włosów czy paznokci. Nie dość, że pacjenci za bardzo przywiązują się do jednorazowych oznaczeń kortyzolu we krwi, to jeszcze nie wiedzą, że u kobiet przyjmujących antykoncepcję hormonalną, hormonalną terapię menopauzalną albo będących w ciąży, wynik badania może być zaburzony. Dzieje się tak, ponieważ powszechnie stosowane testy laboratoryjne mierzą kortyzol całkowity, a u tych pacjentek estrogeny wpływają na wytwarzanie białek transportujących kortyzol, przez co wynik jest zawyżony.
Ale podwyższony poziom kortyzolu przez dłuższy czas może mieć długofalowe konsekwencje zdrowotne?
Jeżeli cały czas w wyniku działania stresu i przez swój styl życia pobudzamy nadnercza do zwiększonego wydzielania kortyzolu, to jego średni dobowy poziom będzie wyższy i może w dłuższej perspektywie skutkować nadciśnieniem czy cukrzycą, odkładaniem się tkanki tłuszczowej, pogorszeniem koncentracji i pamięci, stanami lękowymi i innymi objawami. Tylko trzeba rozumieć, że to nie jest jakaś mityczna substancja, która pojawia się znikąd i nam szkodzi. To nie kortyzol nam to robi. Sami to sobie robimy.
Czyli my się stresujemy, czym stymulujemy nadnercza do wydzielania kortyzolu w nadmiarze, a on w dłuższej perspektywie powoduje powikłania zdrowotne?
Tak. Dlatego próby walczenia z kortyzolem, zwłaszcza suplementami, to tylko zabijanie posłańca, a nie zajowanie się źródłem problemu. Proszę pamiętać, że kortyzol jest hormonem nam niezbędnym. Gdy nadnercza nie wytwarzają kortyzolu, jest to stan zagrożenia życia.
Nie należy z nim walczyć, jak sugerują influencerki i influencerzy, ale kortyzol zasługuje na uwagę. Bo to bardzo potężny hormon – oddziałuje na mózg, kości, układ oddechowy, układ rozrodczy, itd.
Receptory kortyzolu znajdują się właściwie we wszystkich komórkach w naszym organizmie. Wcześniej uważano, że kortyzol działa tylko przez receptory glikokortykosteroidowe, ale w ostatnich latach udowodniono, że jego działanie jest szersze. Dlatego zależało mi, żeby zebrać najnowszą wiedzę.
Pani też się czegoś nowego dowiedziała?
Zaczęłam jeszcze większą wagę przywiązywać do wpływu alkoholu na zdrowie. Nie miałam wcześniej świadomości, że nadużywanie alkoholu jest najczęstszym czynnikiem powodującym zwiększone wydzielanie kortyzolu. To jest bardzo ważne, bo dzisiaj wiele osób zapija stres. Czasem widzę, jak moje pacjentki przychodzą na wizytę, a w torbie mają butelkę wina, którą kupiły sobie po drodze, żeby wypić wieczorem bez okazji. Podobnie, jak do kortyzolu, zmieniłam też stosunek do fast foodów. Nadal okazjonalnie je jadam, ale teraz w mojej głowie pojawia się myśl, że spowodują one wyrzut kortyzolu. Mam świadomość, że to mi szkodzi.
Jedzenie i kortyzol to zamknięte koło – im więcej jemy, tym więcej kortyzolu wydzielają nadnercza, a im więcej kortyzolu, tym większy apetyt. Kortyzol łączy się z otyłością.
Tak, ale nie tyjemy od kortyzolu. Rzeczywiście zwiększa on lipogenezę, czyli tworzenie się tkanki tłuszczowej i jej odkładanie. Natomiast otyłość prosta, czyli ta, która występuje najczęściej, jest spowodowana nadmiarem spożywanego pokarmu w odniesieniu do tego, ile energii zużywamy. Nierównowaga między energią spożytą i wydatkowaną powoduje gromadzenie się tkanki tłuszczowej i rozwój otyłości.
Nie można winić kortyzolu za otyłość?
Zdecydowanie nie. Jest odwrotnie – to otyłość jest drugą, po nadmiernym spożywaniu alkoholu, przyczyną hiperkortyzolemii nienowotworowej, czyli podwyższonego stężęnia kortyzolu niespowodowanego przez organiczną chorobę nadnerczy. Ten rodzaj hiperkortyzolemii występuje znacznie częściej niż zespół Cushinga. Poza osobami z otyłością albo uzależnieniem od alkoholu może się rozwinąć i dawać podobne objawy do zespołu Cushinga u kobiet z anoreksją albo sportowców, którzy zbyt intensywnie trenują, nie spożywając wystarczających zasobów energetycznych.
Na hiperkortyzolemię wpływa też depresja.
Jestem bardzo wdzięczna mojej przyjaciółce, która zgodziła się, żebym wykorzystała w książce historię jej ślubu, który wiązał się dla niej z ogromnym stresem. Poprosiła mnie, żebym nie zmieniając imion, napisała o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na jej zdrowie. Dlatego w jednym rozdziale łączę ślub i depresję. Bardzo doceniam jej odwagę. Stresujące zdarzenia mają ogromny wpływ na to, jak funkcjonujemy.
Nie tylko opisuje pani, co stres, a przez niego kortyzol, nam robi. Podpowiada pani też, jak go okiełznać. Nie ma na to magicznych tabletek.
To w naszym kraju częste, że przychodzi do gabinetu lekarskiego pacjent lub pacjentka i oczekują, że dostaną skierowanie na jakieś badania i receptę. Niewiele osób będzie zadowolonych, jeśli usłyszy: ,,Jest pan/pani zdrowy(a), proszę spać osiem godzin, ruszać się, ćwiczyć, pić wodę i nie pić alkoholu”. Wolimy dostać diagnozę i tabletki, zamiast zmierzyć się z tym, że mamy problem z akceptacją siebie, jesteśmy w relacji, która nas krzywdzi, albo pracujemy w toksycznym miejscu.
Żeby okiełznać kortyzol, trzeba zadbać o relacje, bo – jak pisze pani w książce – najlepszym remedium na wysoki poziom tego hormonu jest oksytocyna. Polski pacjent, który oczekuje skierowania i recepty, raczej nie weźmie na poważnie zalecenia, żeby zadzwonił do matki.
Raczej spojrzałby na lekarza jak na oszołoma i obsmarowałby go w Internecie. Ale na to są badania. Jeszcze lepiej niż telefon sprawdza się kontakt bezpośredni, najbardziej – przytulenie. Niekoniecznie musimy przytulać kogoś. Możemy też przytulać sami siebie. Jako dzieci robimy to intuicyjnie, ale kiedy jesteśmy starsi, zamiast się przytulić, wychodzimy zestresowani na papierosa. Zamiast słuchać sygnałów z ciała, nauczyliśmy się je lekceważyć. Prosty przyład – ile razy siedzimy przy laptopie albo na spotkaniu i nie wstajemy do łazienki, chociaż czujemy, że chce nam się siku? Wtedy też kortyzol nam się dodatkowo wydziela, bo to stres dla organizmu. Czujemy, że powinniśmy iść na spacer, a siedzimy w domu, żeby zdążyć z pracą na deadline.
A warto wyjść do lasu albo pooglądać ptaki – to jedne z przyładów treningu redukcji stresu opartego na uważności, jakie podaje pani w książce.
W pandemii moja siostra z mężem zaczęli obserwować zwierzęta. Wszyscy spędzaliśmy wtedy dużo czasu na Mazurach. Myślałam, że to nie dla mnie, ale się w to wkręciłam. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że będę podglądać sarenki i się z tego cieszyć. Pisząc książkę przekonałam się też do zwiedzania muzeów z przewodnikiem. Zawsze mnie to drażniło, bo nie lubię się zatrzymywać, żeby analizować najmniejszy fragment obrazu. Okazuje się jednak, że kiedy przewodnik opowiada nam o obrazie, nasz układ nerwowy skupia się na jednej rzeczy, nie ma dodatkowych bodźców. Jest tu i teraz. Dlatego w planie mam zabrać mój zespół na zwiedzanie MSN z przewodnikiem, żeby zarazić ich treningiem uważności i dobrze zrobić ich nadnerczom.
dr n. med. Katarzyna Skórzewska, specjalistka położnictwa i ginekologii oraz endokrynologii. Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie (obecnie Warszawski Uniwersytet Medyczny). W Klinice Endokrynologii Ginekologicznej WUM zdobywała doświadczenie jako klinicystka, naukowczyni i nauczycielka akademicka. Autorka książki ,,Kortyzol. Jak oswoić hormon, który rządzi twoim życiem”, wyd. Znak.
***
Trudności w budowaniu bliskości
Rodzice mogą kochać swoje dzieci i jednocześnie nie umieć okazywać im bliskości. Chłód emocjonalny rzadko wygląda dziś jak surowe wychowanie – częściej ma twarz nieobecności, pośpiechu i relacji pozbawionej prawdziwego kontaktu. A dziecko najbardziej cierpi wtedy, kiedy czuje się niewidziane. Dlaczego mamy trudności w budowaniu bliskości?
Jesper Juul zwracał uwagę na bolesny paradoks wychowania: rodzice mogą szczerze kochać swoje dzieci, ale to nie oznacza jeszcze, że dzieci będą czuły się kochane. Wiele dorosłych osób, mimo świadomości rodzicielskiej miłości, zmaga się później z niskim poczuciem własnej wartości, wstydem i trudnością w akceptacji siebie. To właśnie dlatego tak często nieświadomie powielamy schematy z własnego domu – nawet te, które były dla nas źródłem cierpienia. W powojennych domach dominował dość spójny surowy model wychowania. Dzieci miały być przede wszystkim grzeczne, posłuszne i podporządkowane autorytetowi dorosłych. Nie wynikało to zwykle z braku miłości, lecz z realiów epoki – walki o przetrwanie, ciężkiej pracy i braku zasobów emocjonalnych na budowanie bliskości. W komunikacji często pojawiały się krótkie, dyscyplinujące komunikaty, które uczyły dzieci, że ich emocje, potrzeby i głos są mniej ważne niż posłuszeństwo i dostosowanie się. Współcześnie, gdy analizujemy skutki tego unikającego, chłodnego wychowania, wiemy już, że było ono skuteczną próbą zamrażania autentyczności i dewaluowania podmiotowości dziecka.
Zimny chów
Wiedza o tym kulturowym dziedzictwie pomaga zrozumieć, dlaczego trudności w budowaniu bliskości nadal są przekazywane między pokoleniami. Dziś chłód emocjonalny rzadziej ma formę surowego wychowania – częściej oznacza rodzica fizycznie obecnego, ale psychicznie niedostępnego. Dziecko przegrywa z telefonem, pracą, pośpiechem i przebodźcowaniem dorosłych. Dawny ,,zimny chów” uczył przetrwania, ale pozostawił pokolenia ludzi, którym trudno rozpoznawać i wyrażać własne emocje. Dzisiejszy dystans emocjonalny buduje podobną pustkę jak dawniej – zmienia się forma, ale skutek pozostaje ten sam. W rodzinach zdominowanych przez chłód emocjonalny rozmowy często ograniczają się do krótkich, technicznych komunikatów: ,,zjedz”, ,,posprzątaj”, ,,idź spać”. Brakuje pytań o emocje, potrzeby czy przeżycia dziecka, ale też otwartości ze strony rodzica. Relacja staje się uboga emocjonalnie, a dziecku brakuje tego, co buduje poczucie bezpieczeństwa: uważności, zrozumienia jego perspektywy i przestrzeni na swobodne wyrażanie emocji. W rodzinach chłodnych emocjonalnie świat przeżyć dziecka bywa ignorowany lub źle odczytywany. Gdy brakuje uważności i emocjonalnej odpowiedzi ze strony rodzica, dziecko stopniowo uczy się tłumić potrzebę bliskości, a samotność zaczyna wydawać się czymś normalnym. Chłód emocjonalny to jednak nie tylko milczenie czy brak zainteresowania. To także brak czułego dotyku. Z perspektywy neurobiologii dotyk jest pierwszym językiem bliskości i bezpieczeństwa. Przytulenie pomaga regulować stres i daje dziecku poczucie bycia ważnym. Kiedy w domu brakuje spontanicznej czułości – przytulania, wygłupów, wspólnego tańca czy fizycznej bliskości – dziecko może zacząć odbierać relację jako zdystansowaną i emocjonalnie niedostępną.
Nakarmione, ale nie zadbane
W psychologii wyróżnia się pięć typów wadliwej atmosfery rodzinnej, opisanych przez polską psycholożkę Irenę Obuchowską. Każdy z nich osłabia więź emocjonalną z dzieckiem i może utrudniać jego prawidłowy rozwój. To np. atmosfera obojętna. Charakteryzuje się emocjonalnym pominięciem dziecka, brakiem zaangażowania i rezonansu emocjonalnego, psychologiczną nieobecnością, dystansem i powierzchownością relacyjną. Rodzic dba o to, by dziecko było nakarmione, ubrane i miało odrobione lekcje, ale nie interesuje się jego światem wewnętrznym. Nie współdzieli radości, nie towarzyszy w smutku, nie okazuje dumy. Dziecko uczy się wtedy, że emocje są nieważne i lepiej je tłumić. Często akceptacja pojawia się tylko wtedy, gdy spełnia oczekiwania dorosłych. Taka ,,miłość na warunkach” buduje w dziecku stałe napięcie i lęk przed odrzuceniem. Z czasem wycofuje się ono z kontaktu, zamyka w swoim świecie i przestaje sygnalizować potrzeby. I właśnie tu pojawia się smutne nieporozumienie: spokojne, wycofane dziecko bywa uznawane za ,,grzeczne” i bezproblemowe. Tymczasem ta cisza często jest milczącym wołaniem o uwagę i bliskość. Dziecko, które przestało sprawiać trudności, nierzadko przestało wierzyć, że jego emocje mają dla kogoś znaczenie.
Chłód nie jest tylko brakiem rodzicielskiego ciepła, ale aktywnym procesem wygaszania w dziecku wszystkich przynależnych dzieciństwu właściwości
Prof. Obuchowska podkreślała, że rodzice nie powinni mylić bierności dziecka z jego faktycznym samopoczuciem i dobrostanem. Powinni uczyć się ,,kochać i rozumieć” dzieci, przy czym rozumienie dziecka to coś więcej niż tylko zaspokajanie jego biologicznych potrzeb, bo to czyni dziecko jedynie przedmiotem działań, a nie podmiotem relacji. Jedynym skutecznym przeciwieństwem atmosfery obojętnej jest aktywne zaangażowanie i bezwarunkowa miłość rodzicielska, stanowiące niezbędny fundament prawidłowego rozwoju i ochrony młodego człowieka przed poczuciem bycia niewidzialnym dla najważniejszych osób w swoim życiu.
Konsekwencje emocjonalnego dystansu
O sytuacji dziecka w rodzinie chłodnej emocjonalnie pisał też John Bradshaw, amerykański psychoterapeuta i pedagog, który dokładnie studiował rodziny dysfunkcyjne i spopularyzował koncepcję wewnętrznego dziecka. Zdefiniował on chłodny dom jako miejsce toksyczne, w którym tłumi się naturalne zasoby dziecka, aby nie zakłócały sztywnej struktury rodzinnej i emocjonalnego dystansu dorosłych. Wprost nazywał dysfunkcjonalnymi takie rodziny, w których dzieci są systematycznie emocjonalnie zaniedbywane. W rodzinach chłodnych, zdystansowanych dochodzi do naruszania fundamentów harmonijnego rozwoju i zaprzeczania pięciu kluczowym potencjałom dziecka – uczuciom, spostrzeżeniom, myślom, dążeniom i wyobrażeniom, co prowadzi do głębokiego rozłamu w rozwoju tożsamości dziecka. Chłód nie jest tylko brakiem rodzicielskiego ciepła, ale aktywnym procesem wygaszania w dziecku wszystkich przynależnych dzieciństwu właściwości. Jest formą porzucenia psychicznego, za które dzieci płacą najwyższą cenę. To trauma relacyjna. Zgodziłby się z nim Gabor Mate, lekarz i ekspert w dziedzinie uzależnień i traumy, piszący, że dzieci nie traumatyzuje ból, ale ból przeżywany w samotności. Dziecko uznaje, że skoro jest odrzucane przez osoby, które powinny je kochać, to znaczy, że samo jest fundamentalnie wadliwe, co powoduje, że zamiast bezpiecznej więzi, wykształca się toksyczny wstyd.
W poczuciu opuszczenia, w poczuciu zagrożenia
Także wybitna polska psycholog i pedagog, prof. Maria Ziemska w klasyfikacji postaw rodzicielskich ujmowała chłód emocjonalny jako zjawisko, w którym mogą występować dwa typy niewłaściwych postaw wywodzących się z braku więzi – postawy unikającej i odtrącającej. Choć obie pochodzą z tego samego źródła, manifestują się w zupelnie inny sposób. Postawa unikająca charakteryzuje się nadmiernym dystansem uczuciowym z towarzyszącą temu biernością i uległością rodzica. Rodzic nie konfliktuje się z dzieckiem, ale też zupełnie nie uczestniczy w jego życiu, reagując na dziecięce sprawy przejmującą obojętnością. Dziecko ma poczucie niewidzialności, uczy się, że jest ,,przezroczyste”, a jego istnienie nie wywołuje u najważniejszych osób żadnej reakcji, co w przyszości skutkuje trudnością w nawiązywaniu relacji i chronicznym poczuciem nieważności. Inną dynamikę ma postawa odtrącająca, w której dystans emocjonalny łączy się z dominacją i wrogością rodzica. Dziecko bywa postrzegane jako przeszkoda lub ciężar, a w relacji dominują rozkazy, krytyka, zastraszanie i negowanie jego działań. To aktywny chłód, który nie tylko nie daje poczucia bezpieczeństwa, ale też rani i buduje w dziecku przekonanie, że świat jest miejscem wrogim i pozbawionym akceptacji. Być może właśnie z taką postawą miał przez lata styczność Franz Kafka, który w ,,Liście do ojca” opowiedział w niezwykle przejmujący sposób perspektywę swojego dzieciństwa, widzianą oczami osamotnionego dziecka: ,,Nie mogę uwierzyć, że byłem szczególnie trudny do wychowania; nie mogę uwierzyć, że przyjaznym słowem, łagodnym ujęciem za rękę, dobrym spojrzeniem nie udałoby się skłonić mnie do zrobienia wszystkiego, czego by chciano. (…) Wystarczyło tylko, żebym poczuł się czymś uszczęśliwiony, przepełniony czymś, i żebym przyszedł do domu, i powiedział o tym, a już odpowiedzią było ironiczne westchnienie, kiwanie głową, bębnienie palcami w stół: >>Widziałem już piękniejsze rzeczy<<, albo: >>Mam tego po dziurki w nosie<<, albo: >>Nie mam na to głowy<<, albo >>No, to kup sobie coś za to<<, albo: >>Też mi wielka rzecz<<„. Zderzenie tych dwóch postaw pokazuje pełne spektrum chłodnego wychowania. W postawie unikającej dziecko dorasta w poczuciu opuszczenia, a w odtrącającej – w ciagłym poczuciu zagrożenia. Obie prowadzą do utraty bezpieczeństwa psychologicznego i osłabienia poczucia własnej wartości.
Miłość, która nie wyraża się w codziennej uważności, czułości i prostych gestach bliskości, staje się dla dziecka trudna do odczucia
Milczenie, które ma złamać opór
Chłód emocjonalny nie zawsze musi być stałą cechą klimatu domowego. Czasem bywa okazjonalny, jako wyrachowane narzędzie dyscyplinujące. To tzw. wychowanie przez fochy, czyli zarządzanie dzieckiem poprzez odcięcie uczuć – najczęściej karanie milczeniem, które ma złamać opór małego człowieka. Przekaz jest prosty i okrutny: ,,skoro nie jesteś taki, jak chcę, przestajesz dla mnie istnieć”. To jedna z najbardziej traumatyzujących metod wychowawczych. Uderza w sam fundament biologicznego bezpieczeństwa dziecka. Ono odbiera to emocjonalne odcięcie jako realne zagrożenie. Uczy się, że bliskość jest warunkowa i może zostać odebrana w każdej chwili. Wyrośnie na dorosłego, który w obawie przed odrzuceniem unika konfliktów i nadmiernie dopasowuje się do innych. Żyje w nieustannym lęku, że każda różnica zdań może zakończyć się banicją emocjonalną. Pomocne będzie tu też słynne odkrycie Johna Bowlby’ego, twórcy teorii przywiązania: dla dziecka bliskość z opiekunem jest równie ważna jak jedzenie czy sen. Miłość, która nie wyraża się w codziennej uważności, czułości i prostych gestach bliskości, staje się dla dziecka trudna do odczucia. W efekcie pozostaje ono z poczuciem osamotnienia i niezaspokojoną potrzebą więzi. Chłód emocjonalny jest niewidzialną raną, która wpływa na rozwój psychiczny i poczucie bezpieczeństwa dziecka.
Z perspektywy neurobiologii dotyk jest pierwszym językiem bliskości i bezpieczeństwa. Przytulenie pomaga regulować stres i daje dziecku poczucie bycia ważnym
Dlaczego tacy jesteśmy
Zrozumienie przyczyn emocjonalnego dystansu wymaga wyjścia poza uproszczone oceny moralne. Rodzic prezentujący unikający styl przywiązania najczęściej nie jest ,,zły” z wyboru. Rzeczywistość jest nieco bardziej przygnębiająca i skomplikowana – on sam funkcjonuje wewnątrz systemu, który nauczył go, że bliskość jest zagrażająca, a emocje należy trzymać pod ścisłą kontrolą. Ta wewnętrzna blokada drastycznie zakłóca jego wrażliwość rodzicielską, tworzy niewidzialną barierę, której dziecko, mimo rozpaczliwych prób, nie jest w stanie przebić. Psychologia wskazuje tutaj na tragizm pokoleniowego dziedziczenia. Rodzice ,,chłodni” najczęściej sami pochodzą z domów, w których dominował emocjonalny dystans. Jak wskazuje – znosząc nieco brzemię odpowiedzialności – Józef Rembowski, polski psycholog i badacz systemów rodzinnych, takie zachowania najczęściej nie są wynikiem złej woli, ale braku odpowiedniego skryptu emocjonalnego. Jeśli dorosły w swoim dzieciństwie nie doświadczył empatii, nie ma on w swoim wewnętrznym systemie narzędzi, które pozwoliłyby mu na autentyczny rezonans z uczuciami własnego dziecka. Świadomość tych mechanizmów jest pierwszym krokiem do przerwania traumy międzypokoleniowej. Choć osoby dorastające w chłodzie emocjonalnym często potrzebują później terapii i korygujących doświadczeń relacyjnych, profilaktyka jest prostsza – opiera się na budowaniu relacji z dzieckiem na fundamencie ciepła, bliskości i emocjonalnej obecności. Kiedy rodzic rozumie, że jego dystans bywa echem własnych zranień, pojawia się szansa na tworzenie relacji opartej nie tylko na opiece, ale też na autentycznym kontakcie. Pomocne mogą być słowa Jespera Juula, który podkreślał, że dzieci nie potrzebują nieustannej uwagi, lecz uważnych dorosłych, którzy traktują poważnie ich emocje i reakcje. Zachęcał też rodziców, by dzieci mogły widzieć w ich oczach radość ze spotkania i poczucie autentycznej obecności.
Tekst: Małgorzata Poznańska-Wójtowicz, psycholog, psychotraumatolog, pedagog, psycholog biznesu. Trenerka umiejętności psychospołecznych i kompetencji miękkich. Terapeutka dzieci, nastolatków i osób dorosłych. Autorka publikacji psychologicznych. Twórczyni fanpage’a: Matka Terapeutka, na którym aktywnie działa na rzecz psychoedukacji i promocji czytelnictwa.
Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026
***
Zasłona niesłyszenia
Bywa, że całe ich dzieciństwo skoncentrowane jest na tym, by nauczyli się mówić, wręcz być jak słyszący. A są przecież głusi. Z Anną Goc, reporterką i autorką książki ,,Głusza” rozmawia Paula Szewczyk. Wysokie Obcasy, 7 stycznia 2023

Myślałam, że osoby głuche rozumieją język polski, potrafią w nim pisać i czytać, tylko po prostu nie mogą usłyszeć jego brzmienia. Jak bardzo się myliłam?
Sama musiałam zmierzyć się z podobnym przekonaniem. Nie spodziewałam się, że wykluczenie językowe głuchych w Polsce jest aż tak duże. I pamiętam, kiedy pięć lat temu zaczynałam zbierać materiał do książki, spotykałam się z pierwszą osobą głuchą, a potem kolejną i następną, które opowiadały, że nie potrafią czytać po polsku ze zrozumieniem. Ale zaraz – myślałam – przecież głusi kończą szkoły, zdają egzaminy, polski jest obecny przez cały okres trwania ich edukacji. Jak to możliwe, by żyły poza nim? Z każdą kolejną rozmową zaczynałam rozumieć, w jak odmiennych sytuacjach głusi mogą się znaleźć. Posługują się na co dzień polskim językiem migowym, czyli PJM, a język polski jest dla nich językiem obcym. Są głusi dwujęzyczni, którzy znają biegle i PJM, i język polski. Ale żyją też dzisiaj w Polsce tacy, którzy nie znają dobrze żadnego języka. Nam, słyszącym, wydaje się, że wiemy, z jakimi problememi mierzą się głusi. Zakładamy, że wystarczy zasłonić uszy, żeby ,,wiedzieć, jak to jest”. A to nie to samo. Co innego przez chwilę nie słyszeć dźwięków otoczenia, a co innego nigdy nie usłyszeć języka, w którym komunikują się wszyscy dookoła nas. Niektórzy głusi uczą się odczytywać słowa z ruchu warg, np. od rodziców, ale w szkole pojawia się kłopot, gdy nauczycielka mówi inaczej niż oni. Nie są już w stanie wszystkiego zrozumieć. Zdarza się i tak, że do pierwszej klasy posyłane jest dziecko ,,bezjęzyczne”. Można sobie wyobrazić, co czuje siedmiolatek z dnia na dzień odesłany do obcego miejsca, z dala od rodziny, który często nie wie nawet, dlaczego tak musi być.
Jak takie ,,bezjęzyczne” dziecko jest w stanie zrozumieć lekcje?
Nie jest. Nie wie, co się na nich dzieje, bo prowadzone są w języku, którego przecież nie zna. Otwiera podręcznik, a ten jest pełen słów, które widzi pierwszy raz. Musi jednak zrealizować tę samą podstawę programową co jego słyszący rówieśnicy. W szkole dla głuchych dziecko poznaje niesłyszących kolegów i koleżanki, uczy się migać, obserwując, jak one to robią. Tak opanowuje swój pierwszy język – o tym opowiadało mi wielu głuchych w Polsce. A doświadczenie wykluczenia językowego w szkołach to nie jest przypadek jednej czy kilku osób. Bywa wśród posyłanych tam głuchych powszechne. Wielu mówiło mi: ,,Nie rozumieliśmy prawie nic z tego, co się działo na lekcji, co mówił nauczyciel, po prostu szkołę przesiedzieliśmy”. ,,Pusta głowa” – migają dziś czasem głusi, gdy pytam o ich szkoły.
Nauczyciele mający w klasie głuche dzieci nie zdają sobie z tego sprawy?
Zapytałam jedną z nauczycielek, jak to jest, że jej uczniowie zdają testy, egzaminy, kończą szkoły, a mówią o ,,przesiedzeniu”. Anonimowo i w sekrecie przyznała, że w szkole niektórzy nauczyciele pomagają głuchym uczniom w czasie testów, by ,,nie wyszło”, do czego doprowadził system. System rozumiany jako model nauczania. Wielu z nich jest nim sfrustrowanych i wielu głuchych jest nim sfrustrowanych, bo choć teoretycznie ,,system” działa, a oni są absolwentami, to braki w wiedzy sprawiają, że ich problemy zaczynają się wtedy, gdy nagle z klasy, będącej względnie bezpiecznym miejscem, trafiają na rynek pracy, na którym mają dużo mniejsze szanse. Pozostają więc grupą niemal wyjętą ze społecznego funkcjonowania, jak rozumiemy je my, słyszący. I grupą niezauważaną.
Lepszym rozwiązaniem są dla nich szkoły dla głuchych?
W szkołach dla głuchych też napotykają problemy komunikacyjne. Przez dekady nauczyciele na studiach surdopedagogicznych uczyli się SJM-u, czyli systemu językowo-migowego, a nie PJM-u, czyli języka, którym głusi posługują się na co dzień. Wielu było zaskoczonych, gdy zaczynali pracę, że ich głusi uczniowie migają inaczej niż oni na studiach. Są oczywiście w Polsce szkoły dla głuchych, w których nauka wygląda inaczej, bo nauczyciele są dwujęzyczni. W ubiegłym roku opisałam historię głuchego chłopca i jego głuchych rodziców, którzy postanowili zawalczyć o tłumacza PJM na lekcjach w szkole dla głuchych, bo ich syn nie rozumiał, co mówi i miga znaczna część nauczycieli. W ubiegłym tygodniu ukazał się raport NIK na ten temat, z którego wynika, że 60 proc. nauczycieli i pedagogów w skontrolowanych placówkach, gdzie uczą się głuche dzieci, nie znało języka migowego, albo posługiwało się nim na takim poziomie, który nie pozwalał na sprawną komunikację z głuchymi uczniami. W dodatku sami nauczyciele są w trudnej sytuacji, bo mają w klasie dzieci słabosłyszące z aparatami i implantami, które mogą i chcą rozwijać się w języku polskim, dzieci głuche z rodzin głuchych, które wyniosły z domu polski język migowy – to ich pierwszy język, a języka polskiego prawie nie znają – oraz dzieci z innymi potrzebami komunikacyjnymi, np. ze zdiagnozowaną afazją. Nauczyciele stają więc przed zadaniem prawie niewykonalnym – jak poprowadzić lekcje w takiej klasie? W Polsce jest około pół miliona głuchych. Dla osób, które straciły słuch z wiekiem czy w wyniku choroby, niesłyszenie nie jest aż tak dużym problemem, bo zwykle znają polski, mogą w nim pisać i czytać. Trudniej mają ci, którzy urodzili się głusi albo stracili słuch, zanim przyswoili język. A bywa, że dla słyszących rodziców ich głuche dziecko jest pierwszą głuchą osobą, którą kiedykolwiek spotkali. Instynktownie starają się do niego mówić. Chcą dla niego dobrze, skupiają się głównie na tym, co zrobić, by było jak słyszące dzieci.
Tak zaczyna się wieloletnia walka, by mieć dziecko ,,dobrze wyrehabilitowane”?
Właśnie o tych dzieciach, które faktycznie nauczyły się mówić, choć nie słyszą, nawet swojego głosu, mówi się, że są ,,dobrze wyrehabilitowane”. Teraz, kiedy badania przesiewowe słuchu są powszechne i coraz więcej dzieci dostaje bardzo szybko implant, liczba głuchych, którzy starają się funkcjonować wśród słyszących, rośnie. O tym, z czym się mierzą, być może niebawem opowiedzą, bo to pokolenie, które właśnie wchodzi w dorosłość. Ale są też dzieci, które z różnych powodów nigdy tego nie osiągną. Już jako dorośli mówili mi, jak bardzo czuli się opuszczeni językowo, na przykład wtedy, gdy nikt w ich domu nie nauczył się migać, a oni potrafili tylko migać. Zdali sobie sprawę, że całe ich dzieciństwo skoncentrowane było na tym, żeby nauczyli się mówić, wręcz być jak słyszący. A są przecież głusi. Mają poczucie, że nie dostali prawa, by być sobą. ,,Dobrze wyrehabilitowani” dorośli za każdym razem, gdy z kimś rozmawiają, i tak muszą się starać ze wszystkich sił, by udało się im mówiącego zrozumieć. Nie są w mówieniu swobodni, wystarczy, że będzie głośno, rozmówca się odwróci, zasłoni usta albo będzie miał maseczkę. I koniec, nie usłyszą go, ,,nie zobaczą”, co mówi.
Czytając ,,Głuszę”, miałam wrażenie, że to rodzaj pułapki zastawionej i na rodziców, i na dzieci, by być jak słyszący, bo będzie się im ,,łatwiej żyło”.
Jeśli ktokolwiek da rodzicom głuchego dziecka nadzieję, że ich dziecko nauczy się funkcjonować wśród słyszących, pójdzie do szkoły ze słyszącymi dziećmi, potem na studia, znajdzie dobrą pracę, to oni zrobią wszystko, by tak się stało. ,,Udaje się”, ale przecież nie wszystkim. Poza tym warto zapytać dorosłych głuchych, jak oni to przeżywali. Jednym z głównych bohaterów ,,Głuszy” jest Bartosz Marganiec, głuchy od urodzenia, dziś programista i działacz na rzecz praw osób głuchych. Bartosz wspólnie z rodzicami spełnił te wszystkie wymagania: nauczył się odczytywać słowa z ruchu warg i dzięki wieloletniej rehabilitacji także mówić. Jako dorosły zdecydował się na operację wszczepienia implantu, dziś możemy się spotkać i porozmawiać bez tłumacza PJM. Bartosz przyznaje, że choć sporo zawdzięcza rehabilitacji, to równocześnie jako dorosły poczuł rozczarowanie, głównie dlatego, że słyszący przerzucili na niego ciężar odpowiedzialności za komunikację z otoczeniem. A to, że ma dziś implant, wcale nie spowodowało, że funkcjonuje jak słyszący. Gdy nauczył się PJM-u, poczuł się z kimś, kto miga, na równi. Dopiero taka rozmowa nie jest dla niego obarczona wysiłkiem. Może po prostu rozmawiać.
Ale nie każdemu się to udaje. Albo nie każdy chce ten nadludzki wysiłek podejmować.
Dobrze pokazuje to historia innego chłopca i jego rodziców, którzy od jego urodzenia przez sześć lat robili wszystko, by nauczył się mówić i rozumiał mowę. Ale mimo intensywnej rehabilitacji, a w końcu wszczepienia implantu nie rozumiał mowy i nie nauczył się mówić. Po latach wysiłku chłopiec nie był w stanie nawiązać kontaktu w mowie fonicznej. Rodzice, postępujący zgodnie z radami ekspertów, doprowadzili do sytuacji, w której nie mieli jak porozmawiać ze swoim dzieckiem. Równocześnie nie uczyli się polskiego języka migowego, bo w ośrodkach, do których trafiali, doradzano im: ,,Nie uczcie syna migać, bo będzie wolał się tak porozumiewać, a ma nauczyć się mówić, miganie go rozleniwi”. Jeśli przyjrzeć się temu zdaniu, widać, jak jest ono okrutne. To jak powiedzieć: ,,Nie dajcie dziecku języka, którym ma szansę się porozumiewać, tylko zmuście do nauki języka będącego dla niego prawie nieosiągalnym, ale za to takiego, którym posługuje się większość”.
Piszesz, że jeszcze nie tak dawno w szkołach miganie między sobą było zakazane. Dzieci za porozumiewanie się PJM-em dostawały kary. Zabraniano im jedynej możliwości komunikacji, jaką znały. W imię czego?
Głusi, którzy mają dzisiaj 40 lat, opowiadają, że byli bici po rękach, karani za miganie, a więc to nie są historie sprzed stu lat. Wciąż panuje przekonanie, że głuchym najlepiej będzie wtedy, gdy nauczą się funkcjonować jak słyszący. Osoby, które dziś studiują surdopedagogikę, mówiły mi, że są przerażone, bo choć świadomość o osobach głuchych i polskim języku migowym wzrosła w ostatnich latach, to niektórzy wykładowcy wciąż powtarzają, że do głuchych trzeba mówić i robić wszystko, by nauczyli się żyć wśród słyszących. A polski język migowy nazywają językiem ubogim, a nawet twierdzą, że to nie jest język, raczej slang, ,,takie tam pokazywanie”. Sytuacja się więc zmienia, ale wciąż istnieją miejsca, gdzie dominuje tego typu myślenie.
Internaty też nie cieszą się najlepszą opinią. Odcięte od reszty świata szkoły to idealne miejsce do naruszeń wobec bezbronnych dzieci.
Jedna z moich rozmówczyń, Magda, została w internacie wykorzystana seksualnie. Była molestowana i wielokrotnie zgwałcona. Raz w szkole dla słyszących, gdzie była jedynym głuchym dzieckiem, i potem w szkole dla głuchych. Wykorzystali ją koledzy. Długo nie znała nawet słów, by opisać to, co się stało. Przez wiele lat miała problemy psychiczne, niosła ze sobą traumy z przeszłości. Psychoterapia w wielu miejscach w Polsce jest wciąż dla guchych niedostępna, bo brakuje migających psychoterapeutów i tłumaczy PJM. Gdy Magda trafiła na psychoterapię, nie była w stanie opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, bo – jak się okazało – tłumacz nie migał biegle. Dopiero kilka lat później znalazła dobrą tłumaczkę i mogła zacząć przepracowywać przeszłość. Nauczyła się migać słowa ,,gwałt”, ,,pedofil”, ,,molestować”, których dotąd nie znała. Jako mała dziewczynka i nastolatka nie mogła też opowiedzieć swojej mamie o tym, co się wydarzyło, bo Magda potrafiła tylko migać, a jej mama – mówić, nie nauczyła się dla córki PJM. Matka Magdy wiedziała, że było to coś złego, tylko na podstawie przerażenia, które widziała w oczach córki. Głuche dzieci wobec tego typu wykorzystania pozostają bezbronne. Czasem nawet nie potrafią krzyknąć ani zawołać o pomoc.
Anna Goc – dziennikarka, reporterka. Autorka książki ,,Głusza”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego, Grand Prix Nagrody Dziennikarzy Małopolski oraz Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Trzykrotnie nominowana do nagrody Grand Press w kategorii reportaż prasowy. Wyróżniona przez Amnesty International Polska za reportaże o prawach osób głuchych.
***
Metki, hałas i inne nieprzyjemności
Niektórym trudno zaakceptować, że dziecko przeżywa jakąś frustrację, ale ona naprawdę czasem bywa rozwojowa. Z prof. Agnieszką Słopień rozmawia Ewa Pągowska. Wysokie Obcasy, lipiec 2026
Córka nie chce nosić do szkoły piórnika, bo jest zrobiony z nieprzyjemnego w dotyku materiału, syn domaga się odcięcia metek od ubrań, chłopiec w restauracji krzyczy z powodu hałasu i zasłania sobie uszy, dziewczynka musi wyjść z hipermarketu, bo tam jest zbyt dużo kolorów – czytam o tym w social mediach i słyszę od znajomych. Czy tak duża wrażliwość na bodźce u dzieci to cecha osobowości, niepokojący objaw czy znak naszych czasów?
– Wiadomo, że każdy z nas trochę inaczej reaguje na bodźce dźwiękowe, dotykowe czy wzrokowe. W środowisku medycznym i psychologicznym bardzo wysoką wrażliwość na bodźce niektórzy uznają za cechę temperamentu. Inni natomiast uważają, że jest ona zawsze przypisana do jakichś zaburzeń. Nie tylko neurorozwojowych jak ADHD czy spektrum autyzmu, ale też lękowych czy depresyjnych lub stanów psychotycznych występujących np. w przebiegu schizofrenii.
Jakie opinie przeważają?
– Dopóki z wysoką wrażliwością nie wiążą się gwałtowne reakcje, jak np. krzyk i zatykanie uszu czy konieczność natychmiastowego wyjścia z pomieszczenia, o czym pani opowiadała, ani nie ma większych konsekwencji dla funkcjonowania człowieka, bo np. wystarczy wyciąć metki z ubrań, to traktuje się ją jako cechę temperamentu, a nie objaw zaburzenia.
Kilkulatki mogą bardzo gwałtownie reagować w wielu sytuacjach, np. kiedy rodzice nie chcą im kupić zabawki.
– Tak, dlatego stawiając diagnozę, nie powinno się patrzeć na jeden objaw, tylko na całość funkcjonowania, na rozwój pacjenta, na to, co się wydarzyło wcześniej i na to, co się obecnie dzieje. Na przykład u dzieci 2 – 3-letnich może pojawić się niechęć próbowania nowych pokarmów. To jest zwykle przejściowe i traktujemy to jako etap rozwoju. Nie można też stawiać diagnozy wyłącznie na podstawie wyników jednego testu.
Niektórzy specjaliści tak robią.
– Wiem o tym doskonale, ale to jest błąd. Pacjentowi, który jest lękowy lub ma schizofrenię, w teście może wyjść autyzm, którego w rzeczywistości nie ma.
Powiedzmy, że nadwrażliwość sensoryczna jest cechą osobowości dziecka. Można spodziewać się, że ono z niej wyrośnie?
– Ona może się zmieniać w czasie, ale całkowicie nie zniknie. Może też dotyczyć różnych obszarów. Jeden będzie bardziej wrażliwy na dźwięki, inny na zapachy. Jednocześnie może temu towarzyszyć zmniejszona wrażliwość na inny rodzaj bodźców, np. dotykowe.
Rodzice czasem zastanawiają się, czy to nie są zaburzenia integracji sensorycznej.
– Nie jestem terapeutką integracji sensorycznej. Mogę wypowiedzieć się tylko jako psychiatrka dziecięca, która specjalizuje się w diagnostyce zaburzeń ze spektrum autyzmu oraz psychoterapeutka.
Proszę.
– Jeśli chodzi o klasyfikacje chorób i zaburzeń, to w nich nie ma takiej jednostki jak ,,zaburzenia integracji sensorycznej”. Wokół tego pojęcia jest zresztą wiele kontrowersji w środowisku. Terapia integracji sensorycznej jest w Polsce bardzo rozpowszechniona, ale nie ma wystarczająco dobrych jakościowo badań, które dowodziłyby jej skuteczności w zmniejszaniu objawów zaburzeń, np. tych ze spektrum autyzmu. To nie znaczy, że ta terapia w ogóle nie poprawia funkcjonowania pacjenta. Może to robić w jakimś małym zakresie.
To znaczy?
– To tak jak z terapią języka w autyzmie. Dzięki niej pacjent być może nauczy się słów, ale to nie znaczy, że będzie umiał komunikować się z innymi.
Czy w ostatnich latach więcej rodziców przychodzi do pani z dziećmi, które mają nadwrażliwość sensoryczną?
– Z tym raczej do psychiatry nie przychodzą. Prędzej do psychologa. Do psychiatry przychodzą wtedy, gdy ta nadwrażliwość jest jednym z wielu objawów, które ich niepokoją.
Czy ona występuje dziś częściej niż kiedyś?
– Na pewno zdecydowanie częściej o niej mówimy, ale można też podejrzewać, że ogromna liczba bodźców, jakie dziś do nas docierają, sprawia, że wszyscy stajemy się na nie bardziej wrażliwi. Dorośli są nimi przytłoczeni, a co dopiero dzieci. Na ekranach telewizorów, komputerów i smartfonów szybko zmieniają się obrazki, w mieście na ulicy jest hałas samochodów, gwar rozmów, w każdym sklepie gra inna muzyka.
Z kolei bodźce dotykowe mamy chyba trochę ograniczone? Dzieciaki kiedyś więcej czasu przebywały na zewnątrz i częściej miały kontakt fizyczny z różnymi materiałami i fakturami: piaskiem, kamieniami, gałęziami, trawą, błotem. Dzisiaj te powierzchnie są bardziej przewidywalne, gładkie i podobne do siebie.
– To prawda. Mam też wrażenie, że brakuje bodźców mniej intensywnych, które można znaleźć właśnie w przyrodzie, np. szelestu liści czy odgłosów wydawanych przez ptaki. Kontakt z naturą, możliwość swobodnego eksplorowania otoczenia oraz zabawy z rówieśnikami, w tym kłótnie i rozwiązywanie konfliktów – to wszystko miało znaczenie także dla rozwoju społeczno-emocjonalnego. Dziś coraz częściej widzimy, że dzieci i młodzi ludzie nie radzą sobie z małymi trudnościami.
Kiedy urodziłam syna, położna poradziła mi, żeby tam, gdzie śpi, nie było przesadnie cicho, bo potem będzie drażnił go każdy dźwięk.
– To wszystko nie jest takie proste. Jeśli dziecko od samego początku jest bardzo wrażliwe, niekiedy rzeczywiście trzeba ograniczyć mu bodźce czy wyeliminować różne trudności, żeby zmniejszyć ryzyko pojawienia się objawów depresyjnych czy lękowych w przyszłości. Ale też nie powinniśmy usuwać wszystkiego, co może je frustrować, bo później kiedy pojawi się jakaś trudność, będzie wobec niej zupełnie bezradne. Ja wiem, że dziś niektórym trudno zaakceptować, że dziecko przeżywa jakąś frustrację, ale ona naprawdę czasem bywa rozwojowa. Czegoś uczy, np. sprawia, że dziecko staje się bardziej wytrwałe. Poza tym czasem troska o to, by ono nie czuło dyskomfortu, prowadzi do tego, że lekceważymy jego inne ważne potrzeby.
To znaczy?
– Nie widzę sensu upierać się przy tym, żeby dziecko nosiło konkretny piórnik. Znam też osoby, które nie cierpią skarpetek, więc albo ich w ogóle nie noszą, albo zakładają bardzo cienkie, ale w niczym im to nie przeszkadza. Natomiast uważam, że jeśli dziecko nie chce zakładać majtek, bo go drażnią, trzeba starać się je do tego przekonać czy szukać sposobu, by lepiej to znosiło, bo nienoszenie bielizny może skutkować jakimiś zakażeniami. Jeśli nadwrażliwość dziecka wręcz destabilizuje życie, warto też zastanowić się, czy to nie jest rezultat działania osób w jego otoczeniu. Być może tak się nad nim ,,pochylali”, że wygenerowali problem? Może tak bardzo się dopasowywali, że wzmocnili jego trudności, a może na siłę dopatrują się jakiejś nieprawidłowości? Polecam książkę ,,Wiek diagnozy” neurolożki Suzanne O’Sullivan. Ona pisze, że dziś mamy potrzebę diagnozowania wszystkiego. Każdej trudności. Uważam, że wszyscy na tym tracą. Trochę jakbyśmy zapomnieli, że wszyscy różnimy się temperamentem i historią życia, że jedni się trochę bardziej wściekają, a inni są spokojniejsi, że miewamy gorsze okresy i to jest normalne. Dziś bardzo potrzebujemy nadać wszystkiemu nazwę.
Skąd to się bierze?
– Częściowo stąd, że chcemy zrozumieć swoje zachowanie i zobaczyć swoje potrzeby. Oczywiście nie ma nic złego w dookreślaniu siebie. Dzięki temu lepiej nam się żyje, ale nie zawsze od razu trzeba stawiać rozpoznania. Ta chęć diagnozowania i klasyfikowania wszystkiego to też trochę wynik działania specjalistów, którzy mówią dużo o konieczności bycia uważnym na różne objawy. W zależności od tego, jakie teorie są im bliskie, takie objawy znajdują się w centrum ich uwagi.
Rozumiem, że dotyczy to także obserwowania dzieci?
– Tak. My, specjaliści, czasami zbyt mało ufamy kompetencjom opiekunów i ich doświadczeniu. Mamy tendencję do naprawiania rodziców zamiast ich wzmacniania czy pracowania na ich zasobach. Chcielibyśmy wszystko bardzo wcześnie zauważyć, żeby tylko na pewno nic złego w przyszłości się nie wydarzyło. W rezultacie czasem dostrzegamy objawy zaburzeń tam, gdzie ich nie ma. Co ciekawe, tak jak w niektórych przypadkach wszyscy jesteśmy zbyt czujni – rodzice, pedagodzy, psycholodzy i lekarze – tak w innych potrafimy bagatelizować ewidentne problemy, np. to, że trzylatek nie mówi. Czasami słyszę: ,,Przecież chłopcy zaczynają mówić później”. To prawda, że normy rozwojowe są szerokie, ale gdzieś jednak są ich granice. Dziś mamy dowody na to, że opóźniony rozwój mowy będzie się później przekładać na różne aspekty życia.
Może to jest kwestia tego, na co aktualnie jest fokus, o czym się mówi w przestrzeni publicznej, jaki temat częściej poruszają media?
– Być może, ale są też zaburzenia i choroby, na które nigdy nie było fokusu, np. na schizofrenię.
Bo tej choroby bardzo się boimy.
– Tak, lęk przed nią jest ogromny. Ludziom się wydaje, że osoby ze schizofrenią są bardziej niebezpieczne niż inne. Niesłusznie. Ta choroba nie jest też romantyzowana w przeciwieństwie do niektórych zaburzeń psychicznych czy rozwojowych.
Schizofrenia nie bywa przedstawiana jako supermoc, jak to się zdarza chociażby w przypadku ADHD czy spektrum autyzmu.
– To prawda. Jeśli chodzi o autyzm, to dużo zmieniło się w podejściu do niego, kiedy zaczęto mówić szerzej o osobach w spektrum, które są jednocześnie w normie intelektualnej. I dobrze, bo one też cierpiały, a czasem nie dostrzegało się ich problemów. Teraz z kolei trochę pomija się osoby, które mają dużo większe trudności i np. wymagają całodobowej opieki.
Coraz więcej osób mówi, że jest w spektrum autyzmu. Czy rzeczywiście to zaburzenie jest dziś częstsze?
– Na pewno tak, ale też rozszerzono kryteria diagnostyczne. Kiedyś pewne kłopoty z wchodzeniem w interakcje czy specyficzny sposób myślenia, które dziś są uważane za objawy autyzmu, były uznawane za normę lub traktowane jako ,,dziwactwo”.
Kiedy na pewno poszłaby pani z nadwrażliwością dziecka do specjalisty?
– Wtedy, gdy cierpi lub jego funkcjonowanie jest zakłócone. A już na pewno, gdy pojawią się dodatkowe objawy, np. lękowe czy depresyjne. To zresztą uniwersalna reguła w przypadku różnych problemów. Jeśli natomiast dziecko miewa czasem trudności, ale dobrze sobie z nimi radzi – samodzielnie lub z naszą pomocą – to naprawdę nie trzeba chodzić z nim do psychologa czy psychiatry. Poza tym czy my naprawdę musimy patrzeć na własne dziecko jak na zbiór potencjalnych objawów?
***
W ciszy dorosłych
Tomek ma najlepszego przyjaciela – Gostka! To najfajniejszy i najzabawniejszy kumpel, jakiego można sobie wyobrazić. Problem polega na tym, że jedynie Tomek go widzi i słyszy. Dodatkowo ,,genialne” pomysły Gostka wpędzają chłopca w coraz to większe tarapaty. W końcu rodzice, załamani poczynaniami Tomka, postanawiają wysłać go do Domu Dobrej Nadziei. Liczą na to, że tam Gostek zniknie wreszcie z życia ich syna. Tyle, że Tomek nie chce się rozstać z przyjacielem. Czy musi się z nim pożegnać tylko dlatego, że inni go nie widzą? (fr. książki)
Książka Pietera Koolwijka ,,Gostek” wydaje się historią o chłopięcej przyjaźni. Ale jest o tym, czego rodziny nie umieją nazwać. I o tym, jak to jest, gdy świat dziecka przestaje się mieścić w ramach wygodnych dla dorosłych. O dziecięcej wyobraźni, zdrowiu psychicznym i rodzinnych tajemnicach – rozmawiają psycholożka Michalina Gajewska i Agnieszka Karp-Szymańska. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

Tomek ma towarzysza idealnego: odważnego, zabawnego i zawsze gotowego na przygodę. Problem w tym, że nikt poza nim go nie widzi. Z czasem jednak ta historia okazuje się czymś znacznie więcej niż opowieścią o wyobraźni. To historia o emocjach, samotności i tym, co dzieje się z dzieckiem, kiedy dorośli nie potrafią mówić o własnym bólu.
Agnieszka Karp-Szymańska: Tomek ma przyjaciela, przy którym jest odważniejszy, szczęśliwszy i bardziej sobą. Dlaczego dorośli w tej historii tak szybko zaczynają się niepokoić?
Michalina Gajewska: Dla dorosłych problem zaczyna się tam, gdzie kończy się to, co racjonalne. Małe dziecko z wymyślonym przyjacielem zwykle budzi rozczulenie – wydaje się kreatywne, rozwija wyobraźnię. Ale kiedy Tomek idzie do szkoły, oczekiwania się zmieniają. Fantazja przestaje być urocza, zaczyna być niepokojąca. I książka bardzo dobrze pokazuje ten moment graniczny – kiedy świat dziecka przestaje się mieścić w ramach wygodnych dla dorosłych.
A przecież Tomek nie uważa Gostka za wymyślonego przyjaciela. Po prostu wierzy, że jest on niewidzialny.
– I to jest bardzo ważne. Tomek nie ma poczucia, że robi coś dziwnego. Wręcz przeciwnie – dziwi się, że inni nie mają własnego Gostka. Chce, żeby rodzice zaakceptowali jego przyjaciela, zrobili mu miejsce w świecie. To bardzo dziecięce i jednocześnie bardzo prawdziwe. Dziecko nie pyta: ,,Czy moja emocja jest logiczna?” Ono po prostu ją przeżywa.
Książka długo pozwala czytelnikowi wierzyć, że to przede wszystkim opowieść o sile wyobraźni. Ale Gostek zaczyna ,,jechać po bandzie”.
– Dosłownie. Pojawiają się chaos, niebezpieczne sytuacje, coraz większe trudności w relacjach. Autor robi coś bardzo mądrego – pozwala nam zachwycić się tym światem razem z Tomkiem, ale jednocześnie stopniowo pokazuje jego cenę. To ważne także psychologicznie. Wymyślony przyjaciel zwykle pomaga dziecku – dodaje odwagi, wspiera. W ,,Gostku” w pewnym momencie zaczyna jednak przejmować kontrolę. A to już jest sygnał alarmowy.
Czyli książka pokazuje moment, kiedy fantazja przestaje wspierać, a zaczyna izolować?
– Tak. I robi to bez moralizowania. Tomek nie jest ,,dziwnym dzieckiem”, nie jest też ,,problemem do naprawienia”. To chłopiec, który próbuje sobie z czymś poradzić. Bardzo poruszające jest to, że autor nie oskarża dziecka. Raczej pyta: co takiego wydarzyło się wokół niego, że Gostek stał się aż tak potrzebny?
Dużo mówi pani o dorosłych. Tymczasem rodzice Tomka długo nie wiedzą, co zrobić. Ojciec próbuje rozmawiać, matka chce, żeby syn był ,,normalny”.
– I to jest bardzo prawdziwe. Rodzice często reagują z poziomu własnego lęku. Chcą, żeby problem zniknął, bo sami nie wiedzą, jak go pomieścić. Książka nie idealizuje rodzicielstwa. Pokazuje, że rodzice też bywają zagubieni, popełniają błędy, potrzebują czasu, żeby zrozumieć dziecko. Ale jest tam też ważna myśl: kiedy dziecko wpuszcza nas do świata swojego wymyślonego przyjaciela, tak naprawdę mówi: ,,Chcę ci coś pokazać. Nie umiem inaczej”.
Jednym z najmocniejszych momentów książki jest pobyt Tomka w szpitalu psychiatrycznym. W literaturze dziecięcej to wciąż rzadkość.
– I właśnie dlatego ,,Gostek” jest tak wyjątkowy. Autor odczarowuje temat pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Nie pokazuje jej jako kary ani końca świata. Widzi też opór dziecka. Tomek nie chce stracić Gostka, bo Gostek daje mu coś, czego brakuje w realnym świecie: poczucie bezpieczeństwa, ekscytację, bliskość. Ale jednocześnie książka pokazuje coś jeszcze – że zdrowienie nie polega na ,,naprawianiu dziecka”, tylko na odbudowywaniu relacji.
W szpitalu Tomek poznaje Lunę, która jest Gostka przeciwieństwem – zamiast ucieczki w wyobraźnię proponuje mu brutalną szczerość. Dlaczego właśnie ona okazuje się dla niego punktem zwrotnym? I co ta relacja mówi o zdrowieniu?
– Luna jest dla Tomka kimś zupełnie innym niż Gostek. Gostek odciąga go od trudnych emocji, pozwala uciekać w zabawę i fantazję, mówi: ,,nie przejmuj się, chodź ratować świat”. Luna robi coś odwrotnego – zatrzymuje go i zmusza do spojrzenia na rzeczywistość. Nie jest miła za wszelką cenę, potrafi powiedzieć wprost: ,,przez twoje wygłupy wszyscy mamy kłopoty”. I właśnie to działa. Ona nie oszukuje Tomka, nie szkodzi mu, tylko pokazuje konsekwencje jego zachowania. To pierwszy moment, kiedy Tomek naprawdę łapie kontakt z drugim człowiekiem i zaczyna rozumieć, że zdrowienie wymaga dezyzji: co jest wyobraźnią, która zaczyna niszczyć życie, a co rzeczywistością, z którą trzeba się zmierzyć. Luna sama bardzo chce wyzdrowieć i walczy o powrót do życia – dlatego nie pozwala Tomkowi ściągać siebie w dół.
Przyszło mi do głowy, że Gostek jest trochę jak ChatGPT – wspierający, potakujący, zawsze gotowy powiedzieć: ,,dobrze to wymyśliłeś”. Dlaczego taka relacja może być jednocześnie pomocna i niebezpieczna, zwłaszcza dla dzieci?
Bo wszyscy lubimy czuć się dobrze i słyszeć, że sobie radzimy. Lubimy, kiedy ktoś nas wspiera, nie burzy naszego spokoju i nie zmusza do konfrontowania się z trudnymi emocjami czy konsekwencjami własnych działań. W tym sensie Gostek przypomina kogoś, kto zawsze jest po naszej stronie – pociesza, daje ulgę, pomaga uciec od tego, co trudne. I oczywiście w tym jest coś bardzo kuszącego. Problem zaczyna się wtedy, gdy taki wspierający głos staje się jedynym punktem odniesienia. Dzieci – ale także dorośli – potrzebują nie tylko akceptacji, lecz także kogoś, kto czasem zatrzyma i powie: ,,sprawdźmy, co się naprawdę dzieje”, ,,jakie mogą być konsekwencje?”, ,,czy to ci służy?”. Bez tego łatwo utknąć w świecie, który daje natychmiastową ulgę, ale oddala od prawdziwych relacji i realnych problemów. W książce pięknie pokazano, że zdrowienie zaczyna się wtedy, gdy obok wspierania pojawiają się też szczerość i konfrontacja z rzeczywistością. Dlatego tak ważna okazuje się Luna – ktoś, kto nie odrzuca Tomka, ale też nie pozwala mu schować się wyłącznie w tym, co wygodne i bezpieczne.
No i finał. Kiedy okazuje się, że pod historią Gostka kryje się rodzinna żałoba, książka nagle przesuwa środek ciężkości.
– To był dla mnie najmocniejszy moment. Nagle rozumiemy, że Tomek przez cały czas coś czuł, ale nikt nie powiedział mu prawdy. Dzieci świetnie wyczuwają napięcia, emocje i przemilczenia. Nawet jeśli nie znają faktów, wiedzą, że coś jest nie tak. I próbują to sobie wyjaśnić. Książka pokazuje więc coś bardzo niewygodnego: że czasem największy problem dziecka nie zaczyna się w jego głowie, tylko w ciszy dorosłych.
Komu poleciłaby pani tę książkę?
– Przede wszystkim dorosłym. Rodzicom, nauczycielom, wszystkim, którzy pracują z dziećmi. Ale też dzieciom – najlepiej czytaną razem, kawałek po kawałku. To jedna z tych książek, które na różnych etapach życia opowiadają zupełnie inną historię. Jedni zobaczą opowieść o przyjaźni i przygodzie. Inni – historię o zdrowiu psychicznym. A jeszcze inni bardzo poruszającą opowieść o rodzinie – przełamywaniu w niej tematów tabu i dawaniu nadziei.
Ta niezwykła powieść pozwala młodym czytelnikom spojrzeć na świat z unikalnej perspektywy. Autor – Pieter Koolwijk – z niezwykłą empatią i błyskotliwym poczuciem humoru wplata w fabułę kwestie zdrowia psychicznego dzieci. Stawia przy tym odważne pytanie o to, co jest normalnością, a co szaleństwem. ,,Gostek” stał się fenomenem wydawniczym w Holandii; historię Tomka i jego przyjaciół pokochały zarówno dzieci, jak i dorośli. To jedna z tych książek, która raz przeczytana zostaje z czytelnikami na zawsze (fr. książki).
Michalina Gajewska: psycholog, absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej; szkoliła się w zakresie pomocy dziecku z zaburzeniami emocjonalnymi, zachowania i rozwoju, ze szczególnym uwzględnieniem Zespołu Aspergera, ADHD i lęków dziecięcych. Pracuje jako psycholog – praktyk w szkole podstawowej i przedszkolach (diagnoza i terapia dzieci, wspieranie mocnych stron dziecka i redukowanie napięć emocjonalnych, pomoc rodzicom). Nauczyciel akademicki na wydziałach pedagogicznych UW i WSP ZNP. Szkoli rodziców i specjalistów; konsultuje problemy psychologiczne dotyczące dzieci, rodzin i rodziców. Współprowadzi grupowe zajęcia Treningu Umiejętności Społecznych dla dzieci w wieku 7-12 lat.
***
Poznać lęk
Każdy ma prawo się bać, niezależnie od sytuacji. Nie ma rzeczy, których nie można lub nie należy się bać. Każdy z nas ma prawo ocenić to indywidualnie. Istotne jest, byśmy nauczyli się akceptować pojawianie się lęku i działać w jego towarzystwie. Tekst: Artur Gębka. Fragment książki ,,Znikodem i zagadka lęku”. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

Pomocne jest wspólne wykonanie ćwiczeń i podzielenie się swoim doświadczeniem. Opowiedz dziecku, w jakich sytuacjach odczuwasz lęk, kiedy jest to dla ciebie trudniejsze i co ci wówczas pomaga. Staraj się również nie oceniać lęku dziecka jako czegoś negatywnego, czego trzeba się pozbyć. Trudno żyć z czymś, co ,,jest dla nas złe”, skoro nigdy nas nie opuści. Jeśli tobie lub twojemu dziecku bardzo trudno zaakceptować odwiedziny lęku, zawsze możecie skorzystać ze wsparcia specjalisty w zakresie zdrowia psychicznego.
Myśli to sygnał dla lęku
Lęk bardzo często pojawia się w odpowiedzi na nasze myśli. Chce tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Warto jednak zauważać, co się myśli – to pomaga oswoić lęk. Pamiętaj, że to, iż jakaś myśl wpadła nam do głowy, wcale nie oznacza, że musimy od razu robić, co ona nakazuje. Kolejny eksperyment pozwala to łatwo sprawdzić. Co zatem robić z myślami? Warto je zauważyć i świadomie zdecydować, czy dana myśl nam pomaga, czy raczej przeszkadza. A potem zrobić to, co dla nas lepsze. Co to oznacza? Poniższe ćwiczenia pomogą to zrozumieć.
Eksperyment 1 Pomyśl: ,,Macham ręką”. A teraz skup się mocno i jeszcze raz pomyśl: ,,Macham ręką”. Czy to spowodowało pomachanie ręką? Zapewne nie. Zatem samo pomyślenie o czymś nie musi automatycznie powodować zachowania. Możemy zachować się inaczej, niż podpowiada dana myśl. Możemy też pomyśleć, że coś robimy, i wcale tego nie robić. Albo odwrotnie – pomyśleć, że nie damy rady czegoś zrobić (np. pójść do nowej szkoły), a jednak to zrobić.
Eksperyment 2 Postaraj się przez chwilę nie myśleć o tańczących psach. Z całych sił staraj się nie myśleć o tańczących psach. I jak? Prawdopodobnie – jak u większości osób – właśnie pojawiły się w twojej głowie obrazy tańczących psów. To naturalne, że im bardziej staramy się o czymś nie myśleć, tym częściej dana myśl chce do nas wrócić.
Ćwiczenie 1 Zamknij oczy i wyobraź sobie, że idziesz do szkoły. Dziś masz sprawdzian z matematyki, którego się boisz. Twój lęk towarzyszy ci w drodze. Właśnie przechodzisz koło sklepu zoologicznego. Na wystawie widzisz różne ciekawe i zabawne zwierzęta. Wpada ci do głowy następująca myśl: ,,Nie pójdę do szkoły i zamiast tego pooglądam zwierzaki”. Zatrzymaj się przy tej myśli i zastanów, czy jest dla ciebie dobra. Jeśli postępujesz zgodnie z nią, to rodzice i nauczyciele będą niezadowoleni, a ty będziesz mieć zaległości w lekcjach. Zatem posłuchanie myśli przyniesie ci więcej szkody. W tej sytuacji lepiej postąpić inaczej, niż podpowiada myśl. Najpierw jednak trzeba ją zauważyć. Jak to zrobić? Na przykład możesz zadać sobie pytanie: ,,Jaka myśl pojawiła się teraz w mojej głowie?”.
Ćwiczenie 2 Pewne myśli bardziej niż inne pomagają nam oswoić lęk. Oto, jak możesz nauczyć się je rozróżniać. Wytnij z papieru lub kartonu wielką głowę. Następnie przygotuj karteczki w kolorze czerwonym i zielonym. Spośród podanych poniżej przykładów myśli zapisz na zielonych karteczkach te, które pomagają ci dogadać się z lękiem, a na czerwonych te, które mówią, że z lękiem należy walczyć lub że należy go unikać (tych myśli lęk nie lubi). Następnie poukładaj karteczki na kartonowej głowie.
Przykłady: ,,Nie wolno się bać”; ,,Trzeba być silnym”; ,,Mogę się tak czuć – to nic złego się bać”; ,,Każdy się czegoś boi”; ,,Mogę się bać i jednocześnie iść do dentysty”; ,,To głupie bać się sprawdzianu”; ,,Jestem już za duży/duża by się bać ciemności”; ,,Można się bać, ale ja się boję za bardzo”; ,,Muszę pokonać strach”; ,,Nie ma się czego bać”; ,,To, że się boję, nie musi sprawić, że tego nie zrobię”; ,,Mogę się bać i spróbować pójść na zajęcia ze śpiewu”; ,,Mogę się bać i pojechać na kolonię”; ,,Mogę się bać i sobie poradzić”; ,,Jeśli ma mi nie wyjść, to lepiej nie iść do szkoły”; ,,Jeśli mam nie wygrać, to lepiej w ogóle nie uczestniczyć w konkursie”.
Jak widzisz, do głowy mogą nam wpadać bardzo różne myśli. Musimy im się przyjrzeć, by odróżnić te, które pomagają nam oswoić i poznać lęk, od tych, które mówią, że lepiej unikać lęku i że trzeba z nim walczyć.
Artur Gębka: psycholog, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. W pracy korzysta z modeli terapeutycznych ACT, DBT i terapii schematu. Prowadzi terapię dzieci, młodzieży oraz osób dorosłych. Związany z Kliniką Terapii Poznawczo-Behawioralnej Uniwersytetu SWPS. Autor książek dla dzieci.
***
Zmęczenie, zobojętnienie i zwątpienie
Coraz trudniej wstawać rano. Coraz mniej sytuacji sprawia przyjemność. Życie wydaje się klatką z kołowrotkiem, z którego nie można zejść, bo cała konstrukcja się rozpadnie. Kontrast między tym, jakim rodzicem chciało się być, a tym, jak jest, rozdziera serce. O tym, jakie sygnały ostrzegają nas, że zaczynamy się wypalać w roli rodzica, i jak z tym stanem sobie radzić – mówi Sylwia Włodarska, autorka książki ,,Wypalenie rodzicielskie”. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026

Monika Kamińska-Wcisło: Czy pamięta pani ten moment, kiedy zrozumiała, że doszła do ściany, że potrzebuje pomocy?
Sylwia Włodarska: Pamiętam wiele takich momentów. To nie było jedno spektakularne wydarzenie, tylko raczej coraz częściej powtarzające się doświadczenie, że już dłużej tak nie dam rady. Rzeczy, które kiedyś były zwyczajną częścią codzienności, zaczynają mnie przerastać, wszystko kosztuje bardzo dużo energii. Pamiętam takie odczucie, że jestem jak człowiek, który cały czas coś niesie. Dźwiga. Organizuje. Ogarnia. I że już nawet nie chodzi o to, że jest ciężko. Bardziej o to, że moje ciało i układ nerwowy przestają współpracować. Coraz częściej pojawiała się myśl: ,,nie mam już siły”. Na początku pełna złości, głośna. Później coraz częściej mówiona z miejsca bezsilności i wypełniona smutkiem. Pamiętam też momenty, w których zaczęłam zauważać, że coraz mniej mam dostępu do zaciekawienia dziećmi. Do lekkości. Do ciepła. Coraz więcej było działania z automatu i potrzeby przetrwania. Myślę, że bardzo długo próbowałam po prostu bardziej się starać. I wcale się temu nie dziwię – żyjemy w kulturze, która bardzo mocno uczy rodziców, zwłaszcza matki, że kiedy jest trudno, to trzeba się bardziej postarać, lepiej zorganizować, mniej narzekać. To był bardzo intensywny czas w moim życiu. Dorastające dzieci, zmiana szkół, etapów edukacji, dwójka w liceum, w tym jedno z nich wybierało się na studia, najmłodsze wchodziło w okres dojrzewania, do tego przeprowadzka. Wypalenie rodzicielskie nie dotknęło mnie, kiedy dzieci były małe. Warto podkreślić, że to zjawisko, którego można doświadczyć na każdym etapie rodzicielstwa. Jednym z najtrudniejszych momentów był ten, kiedy zorientowałam się, że już nawet nie mam siły próbować kolejny raz ,,ogarniać”, że nie potrzebuję kolejnego poradnika ani większej samodyscypliny, tylko realnego wsparcia i opieki.
Kiedy nazwała pani to, z czym się zmaga, wypaleniem rodzicielskim?
– Najpierw było zmęczenie, przeciążenie, niezgoda na to, jak jest, oddalanie się od siebie i od dzieci. A dopiero potem trafiłam na pojęcie wypalenia rodzicielskiego i poczułam pewien rodzaj ulgi, że to doświadczenie ma nazwę. Nazwa na to, czego doświadczałam, pomogła mi szukać wskazówek do poruszania się po tym terenie.
Wypalenie rodzicielskie nie jest oznaką braku miłości do dziecka. To sygnał, że ktoś zbyt długo próbował dawać więcej, niż miał w swoich zasobach. Jeśli je rozpoznamy i zaakceptujemy, wypalenie może nam pokazać, że nasza codzienność woła o zmianę, że potrzebna jest nam odnowa.
Co czuje matka na kanapie u terapeuty? Co myślała pani o sobie? Rodzicielstwo, macierzyństwo – w naszej kulturze funkcjonuje przekonanie, że dobry rodzic daje radę sam.
– Terapeutka, do której się umówiłam, przyjmowała w gabinecie, gdzie stała turkusowa kanapa. Pamiętam ją bardzo dokładnie. Kiedy tam weszłam i ją zobaczyłam, powiedziałam, że mam ochotę się położyć. Terapeutka powiedziała: ,,proszę to zrobić”. I się położyłam. Pierwsza myśl? Że mam brudne stopy i może śmierdzą. To był totalny miks. Wdzięczność, że leżę w cichym, chłodnym miejscu i ktoś mnie do tego zachęcił. Wstyd, że w ogóle tu jestem. Niepewność, bo to było nasze pierwsze spotkanie. I gdzieś pod tym wszystkim pytanie: do czego ja się doprowadziłam? Był też jeden dodatkowy poziom – syndrom oszustki. Zawodowo zajmuję się wspieraniem rodziców, prowadzę konferencje, sesje indywidualne, jestem certyfikowaną trenerką NVC, pracuję z Emotion Aid. Przecież tyle wiem. Przecież tym się zajmuję. I co? I leżę tutaj z brudnymi stopami na turkusowej kanapie? Właśnie to doświadczenie nauczyło mnie, że wiedza ani umiejętności nie chronią przed trudnymi doświadczeniami. One pomagają przez nie przejść, ale nie sprawią, że wyzwania przestaną przychodzić. I słyszę to samo od innych osób z branży pomocowej: ,,znam to, o czym mówisz, i też myślałam, że mnie to nie powinno dotyczyć”.
Czym jest wypalenie rodzicielskie i jak przebiegało u pani?
– To stan chronicznego przeciążenia emocjonalnego, fizycznego i relacyjnego, w którym człowiek więcej wydaje, niż dostaje, przez co w dłuższej perspektywie traci dostęp do zasobów potrzebnych do rodzicielstwa. Dla mnie wypalenie to przede wszystkim trzy ,,z”: zmęczenie, zobojętnienie i zwątpienie. Coraz trudniej wstawać rano. Coraz mniej sytuacji w rodzicielstwie sprawia przyjemność. Życie wydaje się klatką z kołowrotkiem, z którego nie można zejść, bo cała konstrukcja się rozpadnie. Zauważalny jest bolesny kontrast między tym, jakim rodzicem chciało się być i nawet było wcześniej, a tym, jak jest. Jest tęsknota za bliskością, zachwytem, radością, które zostały zastąpione przez działanie mechaniczne.
Czy zauważała pani wcześniej jakieś sygnały? Zapalały się czerwone lampki?
– Tak. I myślę, że bardzo wiele osób je zauważa, tylko często interpretuje je jako coś, co trzeba przeczekać albo ,,lepiej ogarnąć”. U mnie to było przewlekłe zmęczenie, drażliwość, coraz mniejsza radość z rzeczy, które wcześniej mnie karmiły. Coraz trudniej było mi odpoczywać naprawdę. Nawet, kiedy miałam chwilę wolnego, mój układ nerwowy dalej był w napięciu. Pojawiało się też coraz więcej automatycznych zachowań. Odpowiadałam ,,mhm”, ,,aha”, ale nie było mnie w tym kontakcie naprawdę. I myślę, że to jest bardzo ważny sygnał – kiedy rodzicielstwo zaczyna być głównie wykonywaniem zadań, a coraz mniej jest w nim obecności i relacji. Wypalenie ma swoje etapy: najpierw wycieńczenie emocjonalne i fizyczne, później dystansowanie się od dzieci, a następnie utrata poczucia skuteczności i sensu.
Jak nasze wypalenie przekłada się na życie rodziny, na relacje z naszymi dziećmi?
– Wypalenie wpływa na relacje, bo relacje potrzebują zasobów. Kiedy człowiek funkcjonuje w przewlekłym przeciążeniu, dużo trudniej o cierpliwość, elastyczność, zaciekawienie drugim człowiekiem. Łatwiej o wybuchy, drażliwość, odcinanie się emocjonalne albo działanie mechaniczne. To nie wynika z braku chęci budowania bliskich i bezpiecznych relacji. Raczej z tego, że przeciążony układ nerwowy przechodzi w tryb przetrwania. W wypaleniu rodzicielskim codzienne życie emocjonalne bardzo się zawęża. Jakby z całej palety emocji zostawały głównie dwa kolory: złość i smutek. I nawet one bywają ,,przybrudzone” zmęczeniem, napięciem i poczuciem winy. Rodzice częściej reagują automatycznie, trudniej im o lekkość, spontaniczność czy dostęp do czułości. Pojawiają się wycofanie, drażliwość, poczucie dystansu wobec dzieci i przekonanie, że ,,nie jestem takim rodzicem, jakim chciałam lub chciałem być”.
Jak radzić sobie z tymi trudnymi emocjami w relacji z dzieckiem?
– Radzenie sobie zaczyna się od zauważenia tych emocji i uznania, że są ważną informacją, a nie dowodem porażki. W podejściu opartym na porozumieniu bez przemocy emocje traktuje się jako sygnały mówiące o naszych potrzebach. Te przyjemne zwykle informują, że jakieś potrzeby są zaopiekowane, a trudne – że czegoś nam brakuje. Złość, smutek czy frustracja nie są więc problemem samym w sobie. Problemem jest raczej sytuacja, w której przez długi czas próbujemy ignorować to, o czym te emocje próbują nam powiedzieć. Dlatego tak ważne jest, by zamiast walczyć z emocjami, zacząć się zastanawiać, czego naprawdę potrzebujemy. Czasem okazuje się, że dotychczasowe sposoby dbania o siebie przestały działać i potrzebujemy nowych. To trudne, bo wypalenie odbiera kreatywność i poczucie sprawczości. Samo wypalenie można też potraktować jako sygnał alarmowy organizmu, który mówi: ,,tak dalej się nie da”. Ogromnie ważne jest to, by nie zostawać z tym doświadczeniem w pojedynkę. Wsparcie specjalistyczne, rozmowa z drugim człowiekiem, psychoedukacja dotycząca emocji i układu nerwowego, a czasem po prostu możliwość wyznania: ,,jest mi bardzo trudno” – potrafią być początkiem odzyskiwania kontaktu ze sobą. Wypalenie rodzicielskie nie jest oznaką braku miłości do dziecka. Jest raczej sygnałem, że ktoś zbyt długo próbował dawać więcej, niż miał już w swoich zasobach. Wypalenie, jeśli je rozpoznamy i zaakceptujemy, ma potencjał pokazania bardzo wyraźnie, że nasza codzienność woła o zmianę, że potrzebna jest nam odnowa.
Co pani pomogło przejść od zniechęcenia i zwątpienia do poczucia sensu?
– Nie było jednej rzeczy. To nie było pyk i wyjście. To robienie wielu małych kroków w kierunku wyjścia, które raczej jest długim korytarzem niż przejściem przez drzwi. Bardzo ważny był odpoczynek, ale nie rozumiany jako ,,szybka regeneracja, żeby dalej wydajnie działać”. Pomogła mi terapia, bycie pod opieką psychiatry, wspólnota przyjaciół i znajomych, rozmowy z innymi rodzicami. Zrozumiałam też, że nie muszę budować rodzicielstwa wokół heroizmu i poświęcenia. Ogromnie ważna była zmiana pytań, które sobie zadawałam. Zamiast: ,,jak zrobić więcej?’, coraz częściej pytałam: ,,jak żyć inaczej, tak żeby było nam łatwiej?”
Jest pani mamą trójki dzieci, to najmłodsze poszło innym trybem i jest w edukacji domowej. Czy ta decyzja była również związana z poszukiwaniem spokoju, odzyskiwaniem radości?
– Edukacja domowa była dla naszej rodziny jednym z elementów szukania większego spokoju i większej elastyczności. Nie myślę o niej jako o rozwiązaniu dla wszystkich rodzin. Bardziej jako o jednej z możliwości. Nam pozwoliła trochę zwolnić, było mniej ciągłego pośpiechu i dostosowywania całego życia do godzin pracy szkoły. Szkoła stacjonarna jako miejsce wypełnione mocnymi dźwiękami, zapachami nie była przestrzenią, w której moje dzieci były w stanie rozwijać się i z niej skorzystać. Edukacja domowa pozwoliła nam na codzienność bardziej dopasowaną do możliwości naszego systemu rodzinnego.
Wielu rodziców mówi, że te relacje uległy poprawie, świat nie kręci się wokół ocen, prac domowych i sprawdzianów, czy pani udało się wzmocnić te więzi?
– U nas, kiedy dzieci nie musiały już chodzić do systemu, zniknęła ta codzienna ,,obsługa”, która jest często punktem zapalnym. Taka w stylu: ,,co masz zadane na jutro?’, ,,co musisz zrobić?”. Brak tej presji zdjął z nas ogromny stres. Mimo że edukacja domowa wymaga koordynacji, planowania, zdawania egzaminów – ostatecznie bardzo nas wsparła i uratowała nam relację. Dała możliwość rozłożenia etapu edukacyjnego na dwa lata, rozłożenie egzaminów w ciągu roku – to dało oddech. Znalazłam Centrum Nauczania Domowego, które oferuje platformę, webinaria przedmiotowe, kontakt z nauczycielami, wsparcie szkoły przyjaznej. Byłam zdziwiona, że tak można to wszystko dopasować do obowiązkowej edukacji.
Mówimy o wypaleniu rodzicielskim, ale mam wrażenie, że orbitujemy bardziej wokół ,,wypalenia macierzyńskiego”. Jak wygląda wypalenie u ojców? I czy te same symptomy mu towarzyszą?
– Mężczyźni też doświadczają wypalenia, ale przechodzą je nieco inaczej. Angażują się w pracę, znikają z domu na długie godziny i jest to traktowane jak pracoholizm. Z boku widać ,,idealnego ojca”, który dużo pracuje, a wewnątrz jest kompletne odcięcie. Z drugiej strony w opowieści o rodzicielstwie wciąż za mało jest o ojcach, niestety nadal mocno tkwimy w narracji, w której dzieci to przede wszystkim sprawa kobiet.
Czy trudno było pani uwierzyć, że jest wystarczająco dobrym rodzicem?
– To trudne pytanie. Z jednej strony głęboko wierzę w to, że jestem wystarczająco dobrym rodzicem, z drugiej zauważam, że czasem przychodzą momenty zwątpienia. To, co jest dla mnie ważniejsze niż to, czy wierzę w to, czy nie, to raczej: co robię w momentach, w których przychodzi to zwątpienie. A przychodzi najczęściej, gdy jestem zmęczona, gdy staram się jeszcze bardziej, zamiast dać sobie chwilę na przyjrzenie się temu, co się dzieje z boku, kiedy zapominam, że proszenie o wsparcie i korzystanie z siły grupowej jest okej.
Sylwia Włodarska: certyfikowana trenerka porozumienia bez przemocy (NVC), mediatorka i coach Needs-Based Coaching, facylitatorka Emotion Aid. Łączy NVC, wiedzę o regulacji emocji i praktyki regeneracji, by pomagać rodzicom i profesjonalistom wychodzić z przeciążenia i budować relacje oparte na potrzebach, granicach i dobrowolności. Twórczyni i prowadząca konferencji ,,Bliżej potrzeb, bliżej szczęścia”, współautorka podcastu ,,Pogadanki” z Agnieszką Stein, autorka książki ,,Wypalenie rodzicielskie”. Wystąpiła na TEDx w Norwegii. Mama trojga. Marzy o świecie, w którym łatwo się różnić i dbać o dobrostan.
Monika Kamińska: dziennikarka, filolożka, specjalista ds. komunikacji, rzeczniczka. Od ponad pięciu lat związana z sektorem edukacji. W ramach Centrum Nauczania Domowego prowadzi ,,Domowy punkt widzenia” – cykl live’ów w formie wywiadów z ekspertami z różnych dziedzin. Współtworzy podcast ,,Edukacja domowa – wolność czy dziwactwo?”, w którym bez lukru opowiada, czym jest edukacja domowa, rozmawia o alternatywnych sposobach edukacji i potrzebie zmiany w tradycyjnej szkole. Promuje misję edukacji domowej, opartej na założeniach edukacji 4.0 – edukacji przyszłości.
***
Kiedy nie można się rozsypać
Tekst: Olga Ptak. Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026
Z książki: ,,Guzikożerca na tropie słów”

Wewnętrzny konflikt, wstyd, ukrywanie trudnych myśli, lęk o przyszłość i poczucie winy za chwilę odpoczynku – z takimi emocjami często żyją rodzice dzieci wymagających stałej opieki. A bez zaopiekowania się tymi emocjami rodzicowi trudno jest w pełni dostrzec potrzeby dziecka ukryte pod warstwą trudnych zachowań. Jak zadbać o własną równowagę emocjonalną?
W codziennym życiu z dzieckiem w spektrum autyzmu rodzic mierzy się z emocjami, o których rzadko mówi się otwarcie. Jedną z najtrudniejszych jest ambiwalencja – jednoczesne odczuwanie głębokiej miłości i narastającej złości. Wyobraźmy sobie poranek, w którym dziecko po raz dziesiąty odmawia włożenia ubrania o konkretnej fakturze, co kończy się krzykiem i autoagresją. Rodzic, walcząc z czasem i własnym zmęczeniem, czuje narastającą furię, którą natychmiast próbuje stłumić. Zaciska zęby, by nie krzyknąć, podczas gdy w kuchni kipi mleko, a dziecko wpada w rozpacz, bo szew w skarpetce gryzie zbyt mocno. Kocha swoje dziecko, ale w tej samej chwili czuje, że zaraz wybuchnie.
Rodzic na linii frontu
Pojawia się poczucie uwięzienia i bezradności, kiedy powtarzalne zachowania dziecka lub trudności komunikacyjne sprawiają, że każda próba kontaktu kończy się fiaskiem. Rodzic może czuć złość na krzyk lub brak współpracy dziecka, a zaraz potem – silne poczucie winy i przekonanie, że jest złym rodzicem. Powstaje błędne koło: złość wywołuje wstyd, ten zwiększa napięcie, a ono obniża próg cierpliwości i prowadzi do kolejnego wybuchu. Dochodzą do tego chroniczne poczucie niesprawiedliwości oraz żal za utraconym życiem – chroniczny smutek. To naturalna reakcja na nienaturalną sytuację. W codziennym kontakcie emocje te są potęgowane przez brak przewidywalności – rodzic żyje w ciągłym napięciu, nie wiedząc, czy kolejny gest lub dźwięk nie wywoła u dziecka gwałtownego przeciążenia emocjonalnego. Taka stała presja prowadzi do erozji cierpliwości i narastającej drażliwości, która często wybucha w najmniej oczekiwanych momentach, na przykład podczas próby zjedzenia wspólnego posiłku, który kończy sie rozrzuceniem talerzy przez dziecko nadwrażliwe na zapachy. Wystarczy, że do zupy dostał się kawałek natki pietruszki, której miało nie być. Spokojna kolacja w ułamku sekundy zamienia się w sprzątanie resztek z podłogi w głuchej ciszy, przy akompaniamencie płaczu dziecka i własnego, dławiącego poczucia porażki. Badania wykazały, że profil kortyzolowy u matek dzieci z autyzmem jest niemal identyczny z profilem żołnierzy na polu walki. Stan ten charakteryzuje się hiperczujnością. Rodzic nieustannie monitoruje otoczenie, przewiduje potencjalne sensoryczne zapalniki u dziecka i reaguje na nagłe wybuchy agresji. Stan ciagłej gotowości do interwencji, mechanizm ,,walcz lub uciekaj”, prowadzi do trwałej dysregulacji układu hormonalnego. Klasyczna sytuacja w supermarkecie, gdzie dziecko kładzie się na podłodze z powodu nadmiaru bodźców dźwiękowych, dla postronnego obserwatora jest jedynie ,,niegrzecznym zachowaniem”. Dla rodzica to moment walki o przetrwanie – wyrzut adrenaliny, przyspieszone tętno i lęk przed oceną społeczną sprawiają, że organizm wchodzi w stan biologicznego wyczerpania. W głowie pulsuje tylko jedna myśl: ,,jak wyjść stąd bez oceniania, jak przetrwać te 10 metrów do samochodu?”. Według danych wskaźnik PTSD w Polsce jest bardzo wysoki, a w grupach opiekuńczych jest drastycznie potęgowany. Dom staje się miejscem stałego napięcia bojowego, gdzie linia frontu przebiega przez kuchnię czy pokój dziecięcy – tam, gdzie nagły trzask zamykanych drzwi może oznaczać godziny uspokajania i emocjonalnego wyczerpania.
Diagnoza i co dalej?
Wbrew stereotypowym przekonaniom diagnoza często nie niesie ukojenia. Zbadano, że 70 proc. rodziców ocenia proces diagnostyczny jako stresujący, w tym ponad 30 proc. – jako skrajnie stresujący. Rodzicom brak wsparcia po diagnozie. Wkraczają w codzienność z dzieckiem w stanie głębokiego zdezorientowania i osamotnienia. Twórcy projektu ,,Autyzm po ludzku” mówią: ,,Diagnozowaliśmy dzieci w różnych placówkach. Za każdym razem dostawaliśmy kartkę z instrukcjami, co załatwić, ale nikt nie zapytał o nasze uczucia. Jedyną pomocą ma być lista spraw do odhaczenia… A niektórzy nie dostają nawet tego”. Psychoterapeutka i psycholożka specjalna Anna Gagat-Matuła w swym artukule cytuje mamę dziewczynki w spektrum: ,,Był taki czas, kiedy często kłóciłam się z mężem – głównie o Matyldę i jej zachowanie. Ja jej broniłam, tłumaczyłam, bo już wtedy rozumiałam, z czego to wynika. W końcu wykrzyczałam mu, że to nie jest jej wina. Powiedziałam też, że jest mi bardzo ciężko, bo czasami czuję się, jakbym była po drugiej stronie lustra. I chyba właśnie wtedy nas opuścił”. Większość rodziców utyka w fazie pozornego przystosowania, traktując niepełnosprawność jako etap przejściowy. Pojawia się zjawisko traktowania dziecka jako projektu – zbioru deficytów do usunięcia. Naturalna więź emocjonalna ustępuje relacji zadaniowej: rodzic staje się terapeutą, a każda wspólna zabawa jest w rzeczywistości sesją ćwiczeń. Zamiast po prostu turlać autko po dywanie, rodzic nerwowo sprawdza, czy dziecko nawiązuje kontakt wzrokowy i czy odpowiednio chwyta zabawkę. Każda chwila relaksu jest podszyta lękiem, że jeśli teraz odpuścimy ,,terapię”, zaprzepaścimy szansę na lepszą przyszłość dziecka. Kiedy dziecko nie robi oczekiwanych postępów, rodzic czuje osobistą porażkę, co pogłębia stany depresyjne. Proces żałoby po dziecku wyobrażonym może obejmować zaprzeczenie, gniew, targowanie się, smutek i akceptację. Rodzic doświadcza straty wyobrażeń o przyszłości dziecka, mimo że ono fizycznie jest obecne. Żal, że dziecko może nigdy nie pójść na studia czy nie założy rodziny, nie świadczy o braku miłości, lecz o bólu po utraconej wizji życia. Ta strata jest niejednoznaczna i często nie ma wyraźnego końca, dlatego wymaga od opiekuna ogromnych zasobów psychicznych.
Relacja ponad diagnozą
Odzyskanie równowagi emocjonalnej przez rodzica nie jest jedynie kwestią jego komfortu, ale fundamentem, na którym buduje się autentyczna więź z dzieckiem. Bez zaopiekowania się własnymi emocjami rodzic nie jest w stanie w pełni dostrzec potrzeb dziecka, które ukryte są pod warstwą trudnych zachowań. Kiedy opiekun uczy się stosować techniki samoregulacji, zmienia się dynamika całego domu. Relacja przestaje być polem walki o ,,naprawienie deficytów”, a zaczyna być przestrzenią porozumienia. To zmiana perspektywy: z ,,dlaczego on mi to robi?” na ,,widzę, że jest mu teraz bardzo trudno”. Akceptacja chronicznego smutku oraz zrozumienie mechanizmu niejednoznacznej straty pozwalają rodzicowi porzucić rolę surowego terapeuty na rzecz roli wspierającego przewodnika. W tym nowym modelu relacyjnym niepełnosprawność przestaje być centralnym punktem odniesienia, a staje się jedynie tłem dla autentycznego spotkania dwóch osób. Ostatecznie to właśnie spokój rodzica jest najskuteczniejszym narzędziem terapeutycznym, jakie może on ofiarować swojemu dziecku.
Sposoby zapobiegania eskalacji emocji w sytuacjach kryzysowych to przede wszystkim umiejętność samoregulacji na trzech poziomach:
1. Rozpoznawanie sygnałów z ciała (interocepcja). Układ nerwowy wysyła sygnały ostrzegawcze znacznie wcześniej, niż następuje wybuch. Rodzic powinien nauczyć się skanować swoje ciało w poszukiwaniu napięcia. Gdy podczas próby odrobienia lekcji dziecko zaczyna przejawiać opór, rodzic może poczuć szczękościsk, nagłe uderzenie gorąca lub ,,gulę” w gardle. Warto uchwycić ten moment, kiedy w odpowiedzi na kolejny pisk dziecka opiekun czuje, jak jego ramiona mimowolnie wędrują ku uszom, a w brzuchu zawiązuje się ciasny supeł. To sygnał do natychmiastowego zastosowania ,,stop-klatki”. Wyjście do innego pomieszczenia na dwie minuty, by obmyć twarz zimną wodą, nie jest porzuceniem dziecka, lecz aktem ratunkowym dla własnego systemu nerwowego. 2. Techniki regulacji ,,Tu i teraz”. W momencie silnego napięcia, kiedy emocje zalewają korę przedczołową, skuteczne są techniki uziemiające. Metoda 5-4-3-2-1 polega na skupieniu się na 5 rzeczach widocznych, 4 słyszalnych, 3 dotykalnych, 2 zapachach i 1 smaku. Zamiast analizować w głowie scenariusz kolejnej awantury, rodzic zmusza się do zauważenia: bieli firanki, szumu lodówki, szorstkości blatu, zapachu parzonej kawy. To kotwica, która nie pozwala odpłynąć w stronę paniki. Pomocne może być także oddychanie pudełkowe. Technika stosowana w treningach odporności psychicznej Navy SEALs. Rytmiczne wstrzymywanie oddechu pozwala mechanicznie obniżyć poziom pobudzenia układu współczulnego. Sporej grupie rodziców pomaga dystansowanie poznawcze. Polega na powtarzaniu sobie komunikatu: ,,to jest trudne zachowanie wynikające z diagnozy, to nie jest atak wymierzony we mnie”. Oddzielenie zachowania od osoby dziecka pozwala na deeskalację gniewu. 3. Zarządzanie zasobami (Self-care jako obowiązek). Chwila oddechu od nieustannego czuwania, czyli opieka wytchnieniowa, jest kwestią bezpieczeństwa. Kiedy rodzic opada z sił, system rodzinny staje na krawędzi katastrofy. – Gdy samodzielny rodzic niealimentowanego dziecka z głęboką niepełnosprawnością zostaje sam, balansuje na cienkiej linie między życiem a śmiercią, a gdy opada z sił, społeczeństwo dziwi się, że wybrał samobójstwo rozszerzone zamiast wegetacji w depresji i bezsilności – mówi Dominika Chabin z Fundacji NieOdkładalni, która jako matka niesamodzielnego nastolatka wskazuje, że bez wsparcia opiekunki i własnej mamy nie miałaby ani minuty własnego życia. Dlatego ratunkiem dla rodzica dziecka prezentującego zachowania trudne jest tworzenie własnej sieci wsparcia – w oparciu o ludzi, którzy są wokół. Grupy w mediach społecznościowych, sąsiadki poznane na placu zabaw – każdy, kto wysyła rodzicowi komunikat: nie jesteś sam.
Olga Ptak: neurologopedka, terapeutka dziecięca, założycielka i prezeska Fundacji Kto Ukradł Jutro? wspierającej dzieci niepełnosprawne i zagrożone niedostosowaniem społecznym oraz ich rodziny. Absolwentka wczesnego wspomagania rozwoju dziecka, terapii pedagogicznej, integracji sensorycznej z diagnozą i terapią dzieci, edukacji i rehabilitacji osób z niepełnosprawnością intelektualną, autyzmem i zespołem Aspergera; nauczycielka współorganizująca kształcenie w szkole podstawowej.
***
Sztuka odzyskiwania równowagi

Nieprzypadkowo wiele nurtów terapeutycznych rozpoczyna pracę od prostych ćwiczeń sensorycznych, pomagających odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rzeczywistością. Arteterapia jest utkana z takich doświadczeń – zapachu farb, dotyku gliny, darcia papieru, rytmu, ruchu czy dźwięku. A neurobiologia coraz wyraźniej pokazuje, że to właśnie tutaj często zaczyna się proces regulacji emocji i układu nerwowego.
Dobra wiadomość brzmi: bycie idealnym rodzicem, opiekunem czy nauczycielką nie jest warunkiem dobrego wychowania. Idealne wychowanie po prostu nie istnieje. Tym, co rzeczywiście okazuje się kluczowe dla rozwoju człowieka, jest więź oparta na obecności, zaangażowaniu i poczuciu bliskości. Czy istnieje sposób, by połączyć troskę o siebie, dziecko i o naszą więź? Tak. Jedną z najważniejszych, najprzyjemniejszych i najskuteczniejszych odpowiedzi może być arteterapia.
Czym może być tworzenie?
Istnieje wiele sposobów definiowania arteterapii. Jedno z najbardziej praktycznych ujęć proponuje Erica Curtis w książce ,,Arteterapia dla dzieci”. To wykorzystanie szeroko rozumianej sztuki do poprawy samopoczucia, dobrostanu oraz jakości relacji z innymi ludźmi. A być może jeszcze lepiej byłoby zastąpić słowo ,,sztuka” określeniem ,,aktywność twórcza”. Istotą arteterapii jest bowiem sam proces twórczy – zwłaszcza proces twórczej ekspresji. I właśnie o jego wyjątkowej mocy wiemy dziś naprawdę dużo. Dzięki neuronauce i wiedzy o funkcjonowaniu emocji, a także dzięki badaniom pokazującym, jak silnie aktywność twórcza wpływa na nasze myśli, emocje, zachowania i zdolność regulacji układu nerwowego. Arteterapia nie oznacza wyłącznie działań plastycznych ani nie ogranicza się do gabinetu terapeutycznego. Tworzenie może stawać się – i realnie się staje – regulacją, rozwojem, odzyskiwaniem poczucia sprawczości, doświadczaniem sensu, stanem pogłębionej współobecności i bliskości. Dzieje się tak dlatego, że samo tworzenie może działać kojąco i wspierająco. Daje przestrzeń do spontanicznego, autentycznego wyrażania siebie, a przy okazji pomaga odzyskiwać równowagę, lepiej rozumieć emocje i budować poczucie spełnienia. W praktyce arteterapia leży na antypodach podejścia, które wiele osób pamięta z lekcji plastyki. Tu nie trzeba mieć żadnych zdolności artystycznych. Nie chodzi o tworzenie ,,ładnych” rzeczy, nie chodzi o ocenę. Kluczowe jest to, że wytwory powstające w procesie twórczym mogą być formą symbolicznej komunikacji, sposobem wyrażania emocji, odzyskiwaniem kontaktu ze sobą i budowania nowych perspektyw rozumienia siebie oraz świata. Arteterapia polega więc na tym, aby poprzez media kultury i sztuki odzyskiwać relację ze sobą, z własnym doświadczeniem, z innymi ludźmi i z rzeczywistością. Arteterapia staje się więc czymś więcej niż techniką czy metodą – jedną z najważniejszych odpowiedzi na kryzys współczesnego człowieka. Zwłaszcza, że twórczość służyła nam zawsze. Człowiek od tysięcy lat opowiada historie, śpiewa, tańczy i rytmizuje rzeczywistość. Z tej potrzeby wspólnego przeżywania świata wyrosła kultura. Dawniej wyrażało się to w pieśni, poezji i tańcu – wspólnych rytuałach, które pomagały budować więzi, wyrażać emocje i nadawać sens doświadczeniom. I do dziś intuicyjnie po tę moc sięgamy – być może najczęściej poprzez muzykę, której wpływ na układ nerwowy został przebadany wyjątkowo dokładnie.
Najważniejsze jest doświadczenie tworzenia
W arteterapii chodzi o proces, a w żadnym wypadku nie o jakość wyniku. Oczywiście czasem mamy do czynienia z talentem. Czasem czujemy estetyczną satysfakcję, być może zachwyt nad tym, co stworzyliśmy. Żaden z tych elementów nie jest jednak konieczny. Najważniejsze pozostaje bowiem samo doświadczenie tworzenia, akt ekspresji, obecności i bycia w procesie. Dzieci robią to naturalnie. A co z nami, dorosłymi? Być może wielu z nas nie utraciło kreatywności. Utraciliśmy raczej poczucie bezpieczeństwa potrzebne do tworzenia. Zastąpiły je ocena, wstyd, presja produktywności i przekonanie, że wszystko musi mieć praktyczny cel. Arteterapia nie zastąpi psychiatrii ani psychoterapii tam, gdzie są one potrzebne. Nie chodzi też o romantyzowanie sztuki. Chodzi raczej o zrozumienie czegoś prostego: w świecie, który nieustannie przeciąża nasze układy nerwowe, często trzeba zacząć od powrotu do ciała i zmysłów. Nieprzypadkowo wiele nurtów terapeutycznych rozpoczyna pracę od prostych ćwiczeń sensorycznych, pomagających odzyskać poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rzeczywistością. Arteterapia jest właśnie utkana z takich doświadczeń – zapachu farb, dotyku gliny, darcia papieru, rytmu, ruchu czy dźwięku. A neurobiologia coraz wyraźniej pokazuje, że to właśnie tutaj często zaczyna się proces regulacji emocji i układu nerwowego. Przy okazji pojawiają się zabawa i poczucie ,,flow”. Psychologia od dawna podkreśla, że zabawa nie jest stratą czasu, lecz naturalnym sposobem regulacji i funkcjonowania człowieka. Szczególną moc ma wtedy, gdy przeżywamy ją razem z bliskimi, bo nasz układ nerwowy najlepiej reguluje się we współregulacji. Dlatego wspólne tworzenie często okazuje się ważniejsze niż sam efekt końcowy.
Spotkanie w sztuce
I właśnie dlatego arteterapia może być tak ważna w relacji dorosłych z dziećmi. Badania pokazują, że zarówno twórczość, jak i doświadczenie bliskości obniżają poziom stresu i wspierają regulację emocji. W arteterapii oba te mechanizmy spotykają się jednocześnie. Z perspektywy neurobiologii interpersonalnej – dziecko potrzebuje rodzica obecnego, nie zaś tego perfekcyjnego. Wspólna aktywność twórcza może więc stawać się czymś niezwykle wspierającym – dla dziecka, ale i dla nas samych. Dobrostan dorosłego pozostaje jednym z kluczowych warunków dobrostanu dziecka. W praktyce mogą to być bardzo proste aktywności: wspólne wymyślanie historii, rysowanie bez poprawiania, domowy teatr, śpiewanie, budowanie światów z klocków czy fortów z poduszek i koców, tworzenie kolaży, skakanie do muzyki, pieczenie babeczek czy tworzenie mikroświatów z elementów natury. Znaczenie ma tutaj przede wszystkim samo doświadczenie współobecności, ekspresji i zabawy. Zwłaszcza jeżeli potem o tym wspólnym doświadczeniu rozmawiamy. A jeśli pracujemy w szkole? Czasem wystarczy metafora, krótkie ćwiczenie pozwalające wyrazić samopoczucie, muzyka w tle robienia zadań, drobny element ruchu albo jakakolwiek forma tworzenia pozbawiona oceniania. Nawet niewielkie doświadczenia twórcze mogą stać się dla młodych ludzi przestrzenią oddechu i odzyskiwania kontaktu ze sobą. A przecież to w takich warunkach umysł jest najbardziej gotowy na uczenie się nowych faktów i umiejętności. To działa jak sprzężenie zwrotne: my sami doświadczamy korzystnych skutków aktywności, które proponujemy naszym dzieciom czy uczniom i uczennicom. W szerokim rozumieniu arteterapia staje się więc nie tyle ,,leczeniem sztuką”, ile przestrzenią odzyskiwania równowagi i tak ważnego dla zdrowia psychicznego poczucia sprawstwa w świecie pośpiechu, przebodźcowania i nieustannej oceny. Twórczość nie przetrwała wszystkich epok tylko dlatego, że była dodatkiem do życia. Przeciwnie – ona od zawsze fundamentalnie pomagała człowiekowi przeżywać, rozumieć i radzić sobie z rzeczywistością.
Ćwiczenie: Kojąca kompozycja
Czas trwania: 15 minut
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wiele otaczających nas rzeczy może nam pomóc w radzeniu sobie ze stresem. Kojące zapachy, faktury, dźwięki czy smaki wysyłają do mózgu sygnał, że wszystko jestw porządku, nawet jeśli przeżywamy trudniejszy moment. W ramach tego ćwiczenia dziecko stworzy własny zestaw rzeczy, które je uspokajają i poprawiają mu nastrój, aby korzystać z niego w chwilach napięcia czy znudzenia.
- Potrzebne materiały: kartka, przybory do pisania, drewniane klocki lub kartony, aparat fotograficzny. 1. Wyjaśnij dziecku, że martwa natura to rysunek lub zdjęcie kompozycji przedmiotów codziennego użytku. Zadaniem dziecka będzie stworzyć kompozycję wyjątkowych i kojących przedmiotów. 2. Wspólnie sporządźcie listę przedmiotów, które dziecko będzie musiało zebrać. Uwzględnijcie na niej rzeczy związane ze wszystkimi zmysłami: ładnie pachnące, ładnie brzmiące, miłe w dotyku, dobrze smakujące, pięknie wyglądające. 3. Dodajcie również rzeczy, które wywołują przyjemne uczucia, na przykład sprawiają, że dziecko się uśmiecha, odpręża, czuje beztroskę i swobodę. 4. Rzuć dziecku wyzwanie, aby zebrało wszystkie rzeczy z listy. Niektóre dzieci lubią ścigać się przy tym z czasem, a inne wolą działać bez pośpiechu. 5. Kiedy dziecko zbierze wszystkie rzeczy z listy, niech stworzy z nich artystyczną kompozycję. Może wykorzystać przy tym klocki lub kartony, aby ułożyć zebrane przedmioty na różnych poziomach czy w ramkach. 6. Niech dziecko sfotografuje kompozycję.
- Pomocna wskazówka: jeśli dziecko ma trudności z przechodzeniem od jednego zajęcia do drugiego, wykorzystaj krótszą wersję tej zabawy – między jedną czynnością a drugą, albo przed wyjściem z domu poproś, by ono znalazło jedną kojącą rzecz. Ta rzecz może następnie towarzyszyć mu w przejściu do kolejnego zadania.
Tekst: Przemek Staroń, psycholog, wykładowca, trener i edukator, autor bestsellerowej serii ,,Szkoła bohaterek i bohaterów”. Nagrodzony przez Komisję Europejską, twórca Zakonu Feniksa, tutor ponad 50 olimpijczyków z filozofii. Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020. Digital Shaper 2020. Twórca #utrzy, wyróżniony w Konkursie im. Ireny Sendlerowej ,,Za naprawianie świata” i konkursie o Nagrodę im. Janusza Korczaka, nagrodzony LGBT+ Diamond 2019 Polish Business Award. Członek Buglo Experts Circle oraz partner MGA Entertainment.
Newsweek. Psychologia dziecka. 5/2026
***
Przypływ. O emocjach i seksualności dojrzałych kobiet
Co jest nie tak ze słowem ,,przekwitanie”? Wszystko z nim jest nie tak
Z dr Alicją Długołęcką rozmawia Paulina Reiter. Wysokie Obcasy, 1 października 2022

Zacznijmy od uderzeń gorąca.
Mam je jeszcze. Ale ja mówię o falach. W nomenklaturze medycznej mówi się o uderzeniach, uważam, że to nieszczęśliwe określenie – agresywne, militarne. Jakby ciało z nami walczyło. Tymczasem ja te fale odbieram jako sygnały. Mówię o tym: przypływ. To zwiastun zmiany. Porównuję transformację menopauzalną do fazy adolescencji. Tak jak dziewczynka czuje się ,,dziwnie”, gdy dojrzewa – ma bóle brzucha, zaczyna miesiączkować, odczuwa zmienność nastrojów, rozwija się u niej myślenie abstrakcyjne, tak podczas tego kolejnego dojrzewania pojawia się mnóstwo zmian. Objawy cielesne można traktować jako zwiastun większego procesu. Ale jeszcze rok temu, przed napisaniem książki ,,Przypływ”, tak o tym nie myślałam. Wiedzę na temat menopauzy czerpałam z książek medycznych. I się bałam. Gdy przyszły pierwsze objawy – fale gorąca, zmęczenie, problemy ze snem – byłam zła, że to już. Interpretowałam to jako znój. Koniec miesiączkowania może się łączyć z różnymi dolegliwościami: ze stanami zapalnymi, zmianami w cewce moczowej, z nietrzymaniem moczu, suchością pochwy. Zaczęłam mieć problemy z przemianą materii. Przytyłam. Potraktowałam to wszystko jako dolegliwość i oznakę ,,upadku ciała” zarówno w wymiarze kulturowym, jak i osobistym.
A gdy się złościłaś, to na co dokładnie?
Myślę, że ta złość była na kilka rzeczy. Przede wszystkim na to, że ciało mnie zmusza do zatrzymania się. Że nie mogę zasuwać jak zwykle. A ja mam tendencję do tyrania. Tymczasem podczs przypływów robiło mi się słabo. Wkurzało mnie, że ,,to” odciąga mnie od spraw bieżących i kieruje na siebie samą. Kolejna rzecz – zauważyłam, iż mimo deklaracji, że jestem feministką, zaczęłam być wściekła na swoje ciało w kwestii poczucia atrakcyjności jako obiektu seksualnego. To ważny moment. Bo można zobaczyć – poczuć i przemyśleć – co sobie deklarujemy, a co naprawdę czujemy. Deklarowałam sobie, że jest mi obojętne, jak moje kobiece kształty i moja energia kobieca odbijają się w męskich oczach. Uważałam, że mam to już dawno przerobione i że nie muszę się dostosowywać do kulturowego wzorca. Odkryłam, że nie do końca tak jest. Mimo, iż zasadniczo lubię swoje ciało, to zaczęłam mieć myśli, że może spodenki, w których wychodzę na rower, są za krótkie i bałam się, że narażę się na śmieszność. Czułam złość na ciało, że przytyłam. I że po weekendzie na żaglach na skórze zostały mi ciemne plamki od słońca, skóra reagowała inaczej niż zwykle. A przecież zawsze byłam taka silna, sprawna. To mnie podłamało.
Ale?
Ale na szczęście szybko poczułam, że nie chcę być w stosunku do siebie tak okrutna. Że chcę przez ten czas przejść świadomie, zrozumieć, dlaczego ta faza życia wiąże się ze smutkiem, złością, z lękiem, a nawet z poczuciem winy. Po roku od menopauzy – ostatniej miesiączki – nadal mam te przypływy, czuję te fale. Ale dzisiaj już odbieram je inaczej. Jako prośbę ciała: ,,Uspokój się, zwolnij. Za dużo na siebie bierzesz. Za bardzo się denerwujesz. Zatrzymaj się”. Zaczęłam bardziej dbać o siebie, o to, ile się ruszam, co jem, ile piję alkoholu, itp. Zrozumiałam, że tak jak nikt mnie nie uświadamiał, jeśli chodzi o sprawy związane z dojrzewaniem, tak samo nikt mnie nie przygotował na tę zmianę. I że jestem w niej bardzo samotna. A wszystkie książki, które czytałam, były książkami medycznymi, które tylko utrwalały stereotypy, pisząc o ,,uderzeniach gorąca” i ,,przekwitaniu”.
Poczułam, że chcę przejść przez ten czas świadomie i nie chcę być w stosunku do siebie tak okrutna
,,Przekwitanie”. To słowo, zdaje się, szczególnie cię złości. Co z nim nie tak?
Wszystko jest nie tak z tym pojęciem. Słowo ,,klimakterium” pochodzi od greckiego słowa ,,klimax” – drabina, i ,,klimakter” oznaczającego szczebel w rozwoju. A więc ma w źródło wpisane wznoszenie się, wspinanie. A przekwitanie to usychanie. Mnie to się kojarzy z gnijącymi roślinami w wazonie bądź na rabatkach. Nieużyteczne, niepotrzebne. Śmieci. Słowo ,,przekwitanie” niesie w sobie mizoginiczne podejście, traktujące zdolności reprodukcyjne jako wyznacznik wartości kobiecości. Porównując do cyklów rozwojowych rośliny, to koncentracja na fazie przywabiania pszczół do zapylenia. Podobnie jest w medycznym traktowaniu tej fazy. Jako edukatorka seksualna jestem dziś przeciwna mówieniu dziewczynkom, że stają się kobietami, gdy zaczynają miesiączkować. Bo to oznaczałoby, że przestajemy być kobietami, gdy przestajemy miesiączkować. Przecież to absurd. Przekwitanie nie koncentruje się na kumulacji energii, na rozwoju, lecz na utracie.
Za twoją książką ,,Przypływ” stoi idea kręgu?
Tak. Zrobiłam to, co podpowiada dawna wiedza i tradycja – stworzyłam krąg. Przywołałam do siebie mądre kobiety.
Piszesz, że to antyporadnik edukacji psychoseksualnej dla kobiet dojrzałych. Czyli jakich?
Myślałam o tym, by wyprzedzić zjawisko, przygotować kobiety na transformację menopauzalną, trochę tak jak dziewczynki przygotowujemy do kilkuletniego procesu dojrzewania, a więc pisałam tę książkę z myślą o kobietach po 35. roku życia. Ale ja mam 54 lata i mnie samej pozwoliło to spojrzeć na ten czas inaczej.
Kultura i medycyna kazały nam do tej pory patrzeć tylko w rubrykę ,,strata”. Ty i twoje rozmówczynie robicie uczciwy bilans – nie odwracacie oczu od strat, ale wypełniacie też rubrykę ,,zysk”.
Nie chciałam pisać huraoptymistycznego poradnika, który służyłby ku pokrzepieniu… już sama nie wiem, jakiego organu. Zależało mi na tym, by opisać to doświadczenie szczerze, prawdziwie. Dla mnie to jest książka o dojrzewaniu, kolejnej fazie rozwoju psychoseksualnego kobiety. I oczywiście, że są straty, które przeżywamy zależnie od tego, czemu wcześniej nadałyśmy znaczenie.
U ciebie?
U mnie klimakterium zbiegło się z momentem, gdy wypuszczałam córkę z domu. Byłam pełna obaw, chociaż wierzyłam, że jest jej to potrzebne i że tego pragnie. Mierzyłam się też z poczuciem samotności. Wiedziałam, że ta strata jest na zawsze, jak w świecie zwierząt – córka wyleciała z gniazda. Jednocześnie przez ten rok nasza relacja rozwijała się wspaniale – z dumą obserwuję, jak staje się autonomicznym człowiekiem i cieszy mnie miłość, która między nami teraz owocuje. A przede mną nagle otworzyły się nowe przestrzenie – zarówno przestrzeni fizycznej, jak i czasu i emocji. Miałam też pewne poczucie straty w kwestii budowania relacji. Mam świadomość, że z moim doświadczeniem i wiedzą pewne rzeczy już mi się nie przydarzą. Młodzieńcze poczucie, że jakaś osoba jest w stanie wypełnić pustkę, gdy wiąże się to z przeżyciami seksualnymi, daje niepowtarzalną jakość zakochania. Tylko że… już nie na tym etapie. To już nie jest możliwe. Budowanie świadomej relacji nie opiera się już na złudzeniach i oczarowaniach, jest w niej o wiele więcej miejsca na autonomię, czułość, wyrozumiałość dla siebie i drugiego człowieka.
Ale to chyba zysk?
Tak. Mam też poczucie utraty sprawności fizycznej – niestety, wiem, że na własnych nogach już do pewnych miejsc nie dotrę, na Kilimandżaro już pewnie nie wejdę. Przychodzi też refleksja o rzeczach, które mogłam zrobić, lecz ich nie zrobiłam. I do tego dochodzi uczucie, że mogłam postępować inaczej – że straciłam czyjąś miłość, przyjaźń, sympatię, szacunek i że mogłam pewne sprawy inaczej poprowadzić. Traktuję to jako naturalną kolej rzeczy – żal, smutek, wzięcie odpowiedzialności za błędy.
A odczuwałaś smutek z powodu rozstania z płodnością? Bardzo piękny film o egzystencjalnym dramacie kobiety, która przechodzi menopauzę, zrobiła Joanna Hogg – ,,Niezwiązani”.
Nie teraz, bo doświadczyłam tego wcześniej. Byłam po stracie ciąży i śmierci narodzonej córki. Trzecie dziecko, to, które żyje, urodziłam, mając 35 lat. I raczej już miałam świadomość, że więcej dzieci mieć nie będę. A potem, w wieku 44 lat, zakochałam się i oszalałam, i poczułam nagle, że to ostatni moment, by mieć jeszcze dziecko. Jednak wtedy podjęłam decyzję, że nie. Bardzo dobrze pamiętam tę chwilę, jechałam samochodem i widziałam swoją twarz w lusterku, jak w filmie, i miałam takie uczucie, że jestem w tym sensie dojrzała, że mogę zdecydować, że mój cykl rodzicielski się wypełnił i nie będę już nigdy w ciąży.
Wiele kobiet nie ma tego poczucia straty. Przeciwnie, koniec płodności przyjmują z ulgą.
Poczucie straty dotyczy kobiet, które nie zrealizowały swojej potrzeby macierzyńskiej z powodu choroby bądź dlatego, że nie spotkały ,,właściwej osoby”, a nie chciały się zdecydować na samodzielne macierzyństwo. Te, które zrealizowały tę potrzebę, uważają, że to czas zasłużonego odpoczynku.
Z pierwszą rozmówczynią, Agnieszką Czapczyńską, psycholożką procesu, mówicie o tym, że w straty często wpisujemy rodziców. To wiek, kiedy wiele z nas ich traci.
Tak. I znamy to obie, bo przecież ty i ja mniej więcej w tym samym czasie straciłyśmy ojców. To może być czas zamiany ról – zaczynamy sie troszczyć o starzejących sie rodziców. Czas czyszczenia relacji, jeśli były trudne. Jeśli rodzic odszedł, pojawić się może żal, że już coś między nami się nie wydarzy. Czujemy się sierotami, już dla nikogo nie jesteśmy dzieckiem. Straciłam też bardzo bliskich przyjaciół, i to jedno po drugim. Te śmierci – przyjaciół, rodziców – powodują, że dzieje się coś najważniejszego, co jest wpisane w tę fazę, czyli to, że uwzględniamy swoją śmierć. A nie godząc się na nią, nie przerabiając jej, nie da się być człowiekiem świadomym w tym wieku. Przerobienie własnej śmierci daje pewnego rodzaju wolność i wdzięczność za czas, który pozostał i który jest zagadką. To zupełnie zmienia sposób podejścia do życia. Możemy przestać walczyć z czasem, uciekać. Otwierają się drzwi do miejsca, gdzie jest moc, wdzięczność, życzliwość dla siebie i innych. I wolność.
Wykonałyśmy zadania i powinności i teraz możemy robić to, co chcemy. I już się nie będziemy przejmować sprawami, którym same nie nadamy znaczenia.
Wykonałyśmy zadania i powinności i teraz możemy robić to, co chcemy. I już się nie będziemy przejmować sprawami, którym same nie nadamy znaczenia.
A co z seksem? Co z tą suchością pochwy itd.?
To, że się zmieniamy na wielu poziomach, będzie się wiązało ze zmianami w tym obszarze życia. Czy z tego powodu należy mieć poczucie straty? Oczywiście można – mężczyzna, że nie ma erekcji na zawołanie, kobieta, że nie ma takiej lubrykacji jak kiedyś. Z rozmów z wieloma kobietami i z własnego doświadczenia wiem, że jeśli się nie wycofamy, staniemy się bardziej uważne, delikatne i asertywne w seksie. Często bardziej autentyczne i otwarte na partnera/partnerkę. Myślę o tym z czułością – że to naturalne tak jak to, że siwieją nam włosy. Można tęsknić za mocnymi włosami, mocnymi zębami, za gładką skórą, ale to jest przecież wpisane w życie.
Moja przyjaciółka martwi się, że zaczęły jej wisieć policzki. Podciąga skórę i pokazuje, jak chciałaby wyglądać – jak kiedyś.
Zaproponowałabym jako terapeutka, żeby się zastanowiła, dlaczego ją to tak dotyka. Jaki lęk leży pod tym zmartwieniem? Co w jej poczuciu zostanie jej zabrane przez to, że będzie miała zmarszczki, że policzki obwisną? W ,,Przypływie” jest rozmowa z Iwoną Demko, artystką. Iwona, osoba bardzo szczupła, opisuje w niej, jak dostrzegła, że zwisa jej brzuch w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie zwisał, i emocje, jakie ten widok wywołał. Rozmawiamy o starzejących się twarzach i o Marinie Abramović, awangardowej performerce, która robi sobie operacje plastyczne, bo nie może się pogodzić z upływem czasu. Uważam, że niech każda kobieta robi, co chce, jak czuje. Ja chciałabym być kiedyś siwa. Dla mnie operacja plastyczna to byłaby walka z sobą samą. Gdy złoszczę się na plamki na skórze lub siwy włos, to potem zadaję sobie pytanie: dlaczego jesteś wobec siebie tak okrutna? Przecież wiesz, że nie będziesz żyła wiecznie, i przyjmuj to. I staram się siebie samą otoczyć troską. Pod wpływem rozmowy z Katarzyną Skórzewską, ginekolożką i endokrynolożką, zwaną w social mediach Doktor Menopauzą, lęk przed starzeniem się zamieniłam w potrzebę dbania o siebie. Nawet dziś robiłam kolejne badania krwi. Dzięki Kasi wiem, że transformacja menopauzalna – bo tak dziś określają to ginekolożki – nie jest chwilą, to dość długi proces, rozciągnięty na 10-15 lat. Czyli mamy czas, by się z tą zmianą oswoić, przygotować do niej. Możemy podjąć decyzję o skorzystaniu z menopauzalnej terapii hormonalnej (odchodzi się dziś od mówienia o ,,terapii zastępczej”). Niektóre kobiety się na to decydują, inne szukają innych rozwiązań, by podnieść jakość życia w tym czasie: aktywność fizyczna, zmiana sposobu odżywiania, danie sobie prawa do odpoczynku.
Wiele kobiet mówi, że ten czas to dla nich czas odkrywania wolności.
Już w latach 50. ubiegłego wieku słynna amerykańska antropolożka Margaret Mead ukuła zwrot ,,zapał postmenopauzalny”. Mówiła: ,,Nie ma większej siły na świecie niż zapał kobiety po menopauzie”. Kobiety stają się bardziej wyzwolone, zdecydowane, stawiające granice, niezależne. Zrobienie czegoś wbrew sobie w naszej kulturze cenione jest wyżej niż zrobienie czegoś w zgodzie ze sobą. I mimo, że uważam to za krzywdzące i pozbawione sensu, to dalej działa. Dlatego czujemy się ciągle niewystarczające w różnych dziedzinach. Zwłaszcza jako matki. Naprawdę mnóstwo problemów wynika z tego, że się za bardzo poświęcałyśmy. Wtedy, przy takiej fali gorąca, możemy poczuć, że tego się nie da wytrzymać, że nie jesteśmy już w stanie więcej zrobić. I z tego może się coś zrodzić. To moment, żeby się zatrzymać i pomyśleć: czego jest w moim życiu za dużo? Na co się w życiu zgadzałam? Czy moja relacja z partnerem/partnerką jest dobra? Ma tak trwać czy zalewa mnie smutek i czuję, że to nie ma sensu? A może mogę coś zmienić? To bardzo poruszające dla mnie jako terapeutki, gdy klientki, które przez 15 lat nie mówiły ,,nie”, nagle zaczynają mówić, czego potrzebują. Może się okazać, że partner też ma jakieś niezaspokojone potrzeby i można się na nowo dogadać. Albo nadchodzi czas, by z tłamszącej relacji się wyzwolić. Podobnie było w pracy, gdy wchodziłyśmy w rolę ofiary, robiłyśmy rzeczy, których nie lubiłyśmy, miałyśmy poczucie, że nie rozwijamy swoich talentów. Albo w relacji z rodzicami, gdy nie umiałyśmy stawiać granic i doprowadziło to nasze życie do takiego absurdu, że nie chciało nam się już żyć. To moment, żeby się zatrzymać i zastanowić: po co? To pożywka dla rozwoju, dla dojrzewania. Albo możemy walczyć z czasem, albo zająć się swoim życiem.
Jedną z twoich rozmówczyń jest profesor Magdalena Środa. Rozmawiacie o mądrości. Czy mądrość i doświadczenie to coś, co wpisujemy w rubrykę ,,zysk”?
Tak. Podczas tej rozmowy poczułam, że to, co wiem, ma wartość. Poczułam szacunek dla własnej wiedzy i doświadczenia życiowego. To są zasoby, w których można korzystać i którymi można się dzielić. Gdy słucham najstarszych kobiet, które zaprosiłam do rozmowy – Marii Beisert, seksuolożki, Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej, psycholożki, Wirginii Szmyt, pedagożki, działaczki społecznej na rzecz seniorów, czyli słynnej DJ-ki Viki – gdy mówią o sobie, to napawa mnie to optymizmem. Ja i moje rówieśnice jesteśmy jeszcze trochę zaplątane w poszukiwaniach, a one są na następnym etapie mądrości. Chciałabym doświadczyć tej perspektywy. Nam się wmawia, żebyśmy się w ścieżce rozwojowej zatrzymały, udawały młodsze, niż jesteśmy. Mówi się o pięćdziesiątce, że jest jak trzydziestka, i to ma być komplement. Jak mi ktoś tak mówi, to dla mnie już nie jest komplement. Bycie pełnym energii, zaciekawionym wrzuca się do młodości, bo starość, dojrzałość są lekceważone, obśmiewane. A przecież nie wiek decyduje o tym. To błędny przekaz, którego ja nie kupuję.
Maria Beisert, seksuolożka, kobieta po siedemdziesiątce, która drugi raz wyszła za mąż po sześćdziesiątce, mówi ci: ,,Seksualność jest jednym z atrybutów życia, tak długo jak mamy ochotę na ekstazę seksualną, tak długo jesteśmy żywi. Nie znaczy to, że człowiek, który zrezygnuje z seksualności, staje się martwy, lecz niewątpliwie wyrzeka się bardzo ważnej części swojego życia”.
Maria mówi, że warto ten obszar życia hołubić, bo jest życiodajny. A dowodem na to, co mówi, jest Ewa Woydyłło, która o pewnych sprawach związanych z seksualnością mówi bardzo wprost, a jest od Marii o 14 lat starsza. Gdy rozmawiam z seniorami o seksie, często odnoszę wrażenie, że są w nim znacznie bardziej otwarci i wolni niż ludzie młodzi. Seksowi towarzyszy prawdziwa radość, docenianie faktu, że żyjemy, czujemy, dotykamy, widzimy, smakujemy. Łagodniejemy w stosunku do siebie i w stosunku do drugiego człowieka – jest więcej miejsca na wyrozumiałość, czułość, szczerość. Oczywiście jeśli się nie pozamykamy. Warto pamiętać też o samomiłości, masturbacji, która jest po prostu zdrowa zarówno dla naszego psychicznego samopoczucia, jak i dla ciała, bo sprzyja lepszemu ukrwieniu miednicy mniejszej.
Piszesz, że ,,Przypływ” jest buntem przeciwko wpisywaniu kobiet po menopauzie w obraz potulnej babci, z drugiej strony sama podkreślasz łagodność, mówisz, że to może być czas odpuszczenia, spokoju, nieszarpania się już tak bardzo.
Podpuszczasz mnie. Mówię, żeby o siebie zadbać, by mieć siłę. Posłużę się wyświechtanym porównaniem – najpierw matka zakłada maskę w samolocie sobie, potem zakłada ją dziecku. Kobieta postmenopauzalna, jeśli ma matkować światu, musi mieć na to czas i siłę. A działania kobiet w tym wieku są to z reguły działania dość spektakularne – jeśli walczy, to na całość, wali prawdę w oczy, bo ma odwagę, już się nie musi tak bardzo bać. I nie rozdrabnia się. Przychodzi mi do głowy przykład Katarzyny Augustynek, zwanej Babcią Kasią. Albo Jane Fondy, opisanej w książce. Siła, którą mają takie kobiety, pochodzi z pogodzenia ze sobą. Bardzo ciekawą rozmowę odbyłam z Agnieszką Graff, której analityczny umysł połączony z niezwykłą delikatnością i wrażliwością mnie zachwycił. Dokonuje analizy tego, na czym może polegać zmiana świadomości kobiety dojrzałej. Pokazuje też, jak można świadomie dokonywać wyborów w życiu osobistym, i jest przykładem kobiety, która idzie za głosem serca i wybiera człowieka, który jest jej najbliższy – i tym razem to jest kobieta. Ma odwagę łamać dużo schematów.
Wiele kobiet, z którymi rozmawiasz, odkrywa w wieku okołomenopauzalnym więź z przyrodą. Jak to rozumiesz?
Rozumiem to absolutnie egzystencjalnie. Odchodzimy tam, skąd przyszliśmy, więc to jest jasne, że im stajemy się starsi na poziomie komórkowym, tym bliżej nam do cyklów przyrody. Myślę, że to nas przygotowuje do śmierci. Mówię poważnie. Myślimy o sobie, jako o części tego pięknego świata. Łatwiej od niego nie odchodzić, tylko się nim stawać.
Pisanie ,,Przypływu” było dla ciebie procesem, piszesz. Jakim?
Stawaniem w prawdzie. Nadal jestem w tym procesie. Pewnie jeszcze trochę w fazie straty i żalu. Myślę o swojej młodości jako o niezwykle schematycznej w wymiarze relacji – i przyjacielskich, i miłosnych. Aż mnie to przeraża. Szłam za wzorcem – jakby został napisany scenariusz, a ja grałam rolę, jak w filmie. A teraz swoje życie reżyseruję sama.
***
Rozbieżność w pożądaniu.
W braku ochoty na seks, którego się nie lubi, nie ma nic dysfunkcyjnego. Główny problem, z jakim pary zgłaszają się na terapię, to rozbieżność w pożądaniu. Partnerzy zapytani, jak wyglądał ich ostatni seks, opowiadają o czymś ponurym i rozczarowującym. Z Emily Nagoski, amerykańską badaczką i edukatorką seksualną, specjalizującą się w seksualności kobiet, autorką bestsellerowych poradników rozmawia Zuzanna Kuffel. Wysokie Obcasy, 16.08.2025.

Zuzanna Kuffel: To bardzo odważne, że jako edukatorka seksualna przyznałaś w książce, że masz problemy w życiu seksualnym.
Emily Nagoski: – Częścią mojego przygotowania do zawodu była nauka rozróżniania, kiedy mówienie o sobie ma sens, a kiedy lepiej tego nie robić. Z założenia nie mówię o sobie. W mojej pierwszej książce ani jedna historia nie była o mnie. Martwiłam się, że jeśli przyznam, że też mam problemy, podważę swoją wiarygodność i ludzie przestaną brać mnie na poważnie jako ekspertkę. Zwierzyłam się jednak mojej agentce, a ona powiedziała: ,,Emily, nawet nie wiesz, jaka to ulga słyszeć, że dla ciebie to też czasem jest trudne”. Wtedy pomyślałam, że może warto opowiedzieć o swoim problemie. Po spotkaniach z publicznością wiele osób podchodzi podziękować za książkę i zawsze zdarza się ktoś, kto mówi, że w ciągu ostatniego roku tylko raz uprawiał seks. Od kiedy moja książka ukazała się w Stanach Zjednoczonych, dostałam dużo wiadomości od ludzi, którzy po lekturze przestali robić sobie wyrzuty, bo uznali, że jeśli ja mam problem, to każdy może mieć.
Podkreślasz, że ludzie chcą wiedzieć, co jest normalne w kwestii seksualności. Postanowiłaś znormalizować to, że w życiu seksualnym mogą pojawić się kłopoty?
– Taki miałam zamiar. Panuje przekonanie, że osoby zajmujące się zawodowo seksualnością mają szalone życie seksualne – pikantne, kinkowe, w każdym pokoju, w każdej pozycji i z każdą zabawką. A to przecież nieprawda.
Ekspercka wiedza nie uchroniła cię przed kryzysem?
– Mam w głowie pełno informacji, ale to nie znaczy, że moje ciało jest odporne na stres, zmęczenie, depresję i lęk. Starałam się rozwiązać problem, podążając za radami z mojej pierwszej książki. Liczyłam na pożądanie responsywne. Rozbierałam się, kładłam do łóżka, dotykałam mojego partnera i… zaczynałam płakać, po czym zasypiałam. Stwierdziłam więc, że potrzebuję więcej informacji. Zamiast czytać w internecie rady innych osób, szukałam artykułów naukowych o tym, jak pary utrzymują silną więź seksualną w długotrwałych związkach. Potem spróbowałam przełożyć tę specjalistyczną wiedzę na przystępny język w taki sposób, żeby ludzie mogli ją zastosować w codziennym życiu.
Podoba mi się metafora seksu jako współdzielonego przez parę ogrodu.
– Wolałabym, żeby nie była aż tak przydatna, jak się okazała, ponieważ mam wrażenie, że używają jej wszyscy. Jednak mają ku temu powód. Ogród reprezentuje cykle życia. Nikt go nie ocenia za to, że ma różne sezony. Nikt nie ocenia rośliny za to, że wzrasta w taki sposób, na jaki pozwalają jej warunki, w jakich ją posiano. Dlaczego więc oceniamy siebie za to, jak reagujemy na to, co dzieje się w naszym życiu?
Ta metafora przypomina, że piękny ogród nie rośnie w jeden dzień. Wymaga cierpliwości i pracy – tak jak seks w długim związku.
– Tak, ogród wymaga wysiłku, ale jeśli jest twoim hobby, sprawia ci radość. Nie każda część tej pracy jest tak przyjemna jak zrywanie plonów czy zjadanie owoców. Nie każdy dzień w ogrodzie jest cudowny, ale cieszysz się z tego na każdym kroku.
Seks wymaga podobnego zaangażowania.
– Trzeba się do niego nastroić, przygotowywać. Jak z wyjściem na imprezę, kiedy ubierasz sie elegancko, czeszesz, może w trakcie szykowania puszczasz muzykę i tańczysz.
W książce używasz innej metafory o wyjściu na imprezę. Że nie chce ci się szykować, ale gdy się tam pojawiasz, bawisz się świetnie.
– Tą metaforą podzieliła się ze mną znajoma terapeutka. Wcześniej bałam się, że jestem jedyną osobą, która odczuwa przedimprezową niechęć.
Ja jestem z generacji Z. W moim pokoleniu to raczej powszechne.
– Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie, gdybym jako 20-latka wiedziała to, co teraz. Mogłoby to wiele zmienić, zwłaszcza w moim podejściu do relacji. Dobrze byłoby, gdyby dojrzałe osoby chciały uczyć się od młodszych. Rewolucja seksualna tak naprawdę nie wyzwoliła w ludziach zbyt wiele. Zaczęli uprawiać seks pozamałżeński, ale pozostali uwięzieni w tym samym binarnym nonsensie. Podoba mi się, że pokolenie Z w ogóle tego nie kupuje. Im więcej się o tym dowiadujecie, tym bardziej uważacie, że to nie ma sensu, że nie musicie być taką kobietą albo takim mężczyzną, jakimi wpojono wam, że macie być. Starsi powinni się oduczyć binarnych podziałów płciowych.
Twoja książka może w tym pomóc.
– Zastanawiałam się, jak dużo pisać o płci. Ograniczyłam się do dwóch rozdziałów. ,,Podstawowe wprowadzenie do płci” uznałam za elementarne. Jest też rozdział dla heteroseksualnych par, bo te mają najwięcej problemów. Pary gueerowe musiały przedyskutować wiele z tych kwestii, co zapewnia im lepszy seks. Ich stosunki trwają dłużej. Bardziej cieszą się seksem. Częściej mówią ,,kocham cię”.
W związkach heteroseksualnych można przeżyć razem wiele lat w utartych schematach, w rolach zwycięzcy i dawczyni.
– Niedawno słuchałam podcastu, którego gospodynią jest edukatorka seksualna. Opowiadała o swoich zmaganiach z rolami płciowymi. Jej mąż, który nie zajmuje się edukacją seksualną, wciąż jest mocno zakorzeniony w patriarchalnej męskości, co bardzo ogranicza ich seksualną więź. Ona próbuje go przekonać, żeby odpuścił chociaż w niektórych kwestiach. To kolejny przykład, że można zajmować się zawodowo edukacją seksualną, a prywatnie cały czas walczyć z tym, co jest w nas głęboko zakorzenione. Od narodzin jesteśmy uczeni, jak powinniśmy żyć w swoich ciałach. Wierzę, że wspieranie ludzi w odkrywaniu, kim są naprawdę jako osoby seksualne, to część ruchu oporu wobec strasznych rzeczy, które teraz dzieją się w amerykańskiej polityce. Mówienie o płci, seksualności, kinku, przyjemności i pozwoleniu na eksplorację jest antyfaszystowskie.
W książce opisujesz odejście od zinternalizowanych imperatywów jako proces, który dzieje się w ciele. Zachęcasz, żeby umysł oduczył się pewnych prawd, ale przypominasz, jak ważny jest dotyk.
– Nasz układ nerwowy reaguje, kiedy otrzymujemy czuły dotyk od osoby, której ufamy. Zdolność do zaufania, odczuwania więzi i czucia się bezpiecznie w swoich ciałach są bardziej dostępne, kiedy możemy się wymieniać dotykiem z osobą, którą kochamy i która nas kocha.
Ten dotyk nie musi być zorientowany na orgazm czy wywołanie pożądania responsywnego.
– Jeśli jesteś z kimś, kogo podziwiasz i komu ufasz, samo objęcie się, trzymanie się nawzajem i oddech sprawiają, że po 30 sekundach poczujesz, że jesteś bezpieczna. To forma intymności, niekoniecznie seksualnej.
Ale odgrywa rolę w budowaniu kontekstu dla przyjemności?
– Zdecydowanie! Jedno z najczęstszych pytań, jakie dostaję, dotyczy par, w których jedna strona chce więcej seksu niż druga. W takich sytuacjach najlepiej, jeśli partner z większym popędem przestanie wywierać presję. To pozwoli partnerowi z mniejszą ochotą na seks otrzymywać i dawać czuły dotyk bez lęku, że chodzi o inicjowanie stosunku.
Presja to jeden z powodów, przez który ludzie przestają uprawiać seks, ale nie jedyny. Dlaczego dwie osoby, które się kochają, tracą ochotę na seks?
– Nie wiem. Trzeba poznać kontekst. Może coś się zmieniło w relacji, ale może ona jest w porządku. Może zaszły jakieś zmiany w ich życiu, np. dzieci absorbują dużo uwagi albo pojawiły się jakieś wyzwania w pracy. Może czyjeś ciało zmienia się przez perimenopauzę. Może rząd w ich kraju staje się coraz bardziej autokratyczny i nie mogą przestać o tym myśleć. Tak było w moim przypadku.
Zdarza się też, nie mamy ochoty, bo nie podoba nam się seks, który uprawiamy.
– Tak jest bardzo często. Główny problem, z jakim pary zgłaszają się na terapię, to rozbieżność w pożądaniu. Zapytane o to, jak wyglądał ich ostatni seks, nie opisują entuzjastycznego, radosnego, czułego i zabawnego doświadczenia. Opowiadają o seksie, który jest ponury i rozczarowujący. To seks uprawiany tylko dlatego, że jedna strona ma ochotę, a druga uznaje, że już trudno, odhaczy zadanie. Brzmi to jak truizm, ale w braku ochoty na seks, którego się nie lubi, nie ma nic dysfunkcyjnego. Niektórzy tracą ochotę na seks przez to, że przestał się wiązać z przyjemnością. U mnie wynikło to z wewnętrznych przeżyć. Na przeszkodzie stanął największy stres, z jakim się w życiu zmierzyłam. Dlatego tak pomocna była dla mnie mapa emocji.
W rozdziałach poświęconych mapie emocji pokazujesz, że nie ma drogi na skróty do dobrego seksu.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym, żeby była. Dla mnie jako edukatorki seksualnej byłoby dużo łatwiej, gdybym mogła dawać ludziom na tacy trzy kroki, które zagwarantują przyjemność i radość. Jednak nie ma drogi na skróty, potrzeba dużo emocjonalnej pracy. Ja tkwiłam w pokoju strachu. Dopiero kiedy z niego wyszłam i zajęłam się potrzebami mojego ciała, mogłam dostać się do któregoś z pokoi sąsiadujących z pożądaniem. Dla mnie był to albo pokój zabawy, albo poszukiwania. Stworzenie mapy emocji nie jest proste, ale warto to zrobić. Kiedy już raz ją przygotujesz, masz narzędzie, z którego możesz korzystać do końca życia.
To przydatne, bo udane życie seksualne nie jest dane raz na zawsze.
To ciagły proces. We wstępie do książki wyliczam trzy cechy charakterystyczne dla par, które podtrzymują silną więź seksualną. Są dobrymi przyjaciółmi, podziwiają się i ufają sobie nawzajem. Uważają seks za ważny. I podążają za własnymi zasadami dotyczącymi seksualności.
Dojście do tego miejsca to też długi proces.
– Jedni z moich ulubionych badaczy seksualności posługują się metaforą góry. Chcielibyśmy od razu znaleźć się na szczycie i podziwiać widoki. Tymczasem trzeba najpierw się tam wspiąć. Kiedy już osiągnie się szczyt, człowiek czuje się, jakby granice między nim i jego partnerem się zacierały. Takie przeżycia są możliwe. Doświadczyłam tego.
Mówisz o ekstazie? Ostatni rozdział twojej książki, który jest jej poświęcony, czyta się inaczej niż poprzednie.
– Cieszę się, że to zauważyłaś. Mogłam napisać o niej z perspektywy neuronauki. Zdecydowałam jednak, że opiszę ją przez pryzmat doświadczeń, bo kiedy zaczyna się rozkładać ekstazę na czynniki pierwsze, ona znika.

,,Ona ma siłę” jest przystępną, opartą na badaniach i jednocześnie bardzo wspierającą pozycją, która normalizuje różnorodność kobiecych doświadczeń seksualnych. To wartościowy punkt wyjścia do dalszej refleksji nad seksualnością, ciałem i relacją z własnym pożądaniem.

,,Wypalenie” sióstr Nagoski to przełomowy poradnik, z którego dowiesz się, dlaczego kobiety doświadczają wypalenia inaczej niż mężczyźni, a także poznasz prosty, oparty na wiedzy naukowej plan, który pozwoli ci zminimalizować stres, radzić sobie z emocjami i czerpać więcej radości z życia.
***
Życie z endometriozą
Choroba przypomina, że masz granice
Czego nauczyłam się, żyjąc z chorobą? Żeby leczyć nie tylko ciało, ale też umysł i serce. Ważny jest kontakt ze sobą
Z Karoliną Wigurą, autorką książki ,,Endo. Sztuka akceptacji choroby”, rozmawia Natalia Waloch (Wysokie Obcasy, 22-27 listopada 2025)

W swojej książce ,,Endo. Sztuka akceptacji choroby” piszesz, że gdy obudziłaś się po operacji na endometriozę, nie byłaś już królewną, lecz macochą. Dobrze odbieram, że brzmi w tym echo jakiejś utraty?
– Ja myślę baśniami. W szpitalu zaczęłam obsesyjnie myśleć o Śpiącej Królewnie, bo chciałam wyjaśnić sobie moment zaśnięcia i obudzenia się z narkozy. On był dla mnie fundamentalny. Królewna nie decyduje o swoim losie, coś ją usypia i coś ją potem budzi. A kiedy się budzi, dowiaduje się, że zaraz zostanie żoną i matką. Ale ja oczywiście nie jestem tu Śpiącą Królewną.
Zostaje ta druga.
– Ta, która perfidnie usypia Królewnę. Osoba, na której wszyscy zawsze wieszali psy. Wtedy zaczęłam myśleć, że może było inaczej. Może to ona uśpiła Królewnę – po angielsku to nie jest zresztą królewna, tylko ,,piękność”, Sleeping Beauty – bo chciała ją uchronić? A może uśpiła ją, bo taka po prostu jest kolej rzeczy? Bo kobieta musi przejść dojrzewanie seksualne i stać się seksualnie aktywna? W każdym razie macocha działa świadomie. Ona wie, że Królewna będzie jeszcze miała dzieci. A Macocha już dzieci mieć nie będzie, bo jest po menopauzie. Ona ma wiedzę o tym, czym jest ta druga życiowa zmiana.
Wie, więc jest groźna.
– Dla mnie Macocha to fascynująca postać, a Andersen jest tu jedynie przekazicielem wszystkich kulturowych strachów przed wiedźmą, jakie zachowane są w naszej kulturze. Więc moje stwierdzenie, że budzę się jako Macocha, nie jest wcale takie negatywne, wręcz przeciwnie. Fajnie jest być Macochą.
Masz rację, bo płodność kobiety jest z jednej strony jej supermocą, z drugiej kultura w związku z nią nakłada na nas cały szereg zobowiązań.
– Jest supermocą i superuwikłaniem. Uwielbiałam tę supermoc, w ogóle kochałam zawsze wszystko, co związane z dziećmi, poczynając od okresu, przez ciążę, aż po wychowywanie tych maluchów, ich zapach, głos, wygląd – to wszystko zawsze było dla mnie absolutnie wspaniałe. Ale to nie znaczy, że nie mam świadomości uwikłania, którym jest płodność. Tego, jak bardzo kultura nas w to wszystko wtłacza, jak bardzo struktura społeczna przez dekady zamykała nas w klatkach związanych z płodnością. Jednak jest we mnie po prostu gotowość do przyjęcia, że skoro była pierwsza zmiana i po niej było fajnie, to po drugiej też może być fajnie.
Pierwsza zmiana, czyli dojrzewanie?
– Pierwsza zmiana to – idąc za Ursulą K. Le Guin, na którą powołuję się w książce – rozpoczęcie życia seksualnego.
W książce wielokrotnie porównujesz pobyt w szpitalu na zabiegu związanym z endometriozą do pobytu tam z powodu porodów, co jest bardzo dojmujące przez pewną odwrotność tych doświadczeń.
– Nie można chyba polubić porodu, ale jego efekt bardzo mi się zawsze podoba. To był dar. Raz rodziłam w szpitalu Świętej Zofii w Warszawie. Potem miałam tam operację na endo i przypominała mi się atmosfera z porodówki, która była absolutnie fantastyczna. Pamiętam położne, które mówiły: ,,Pomogę pani, proszę mi dać noworodka i iść się umyć”. Na operację szłam z takimi przebitkami: że wtedy coś dostałam, a teraz coś tracę, wtedy miałam ze sobą w łóżku noworodka, a teraz mam w sobie tego pająka, jak nazywałam endometriozę, tę moją wewnętrzną agresorkę.
Jak długo trwało diagnozowanie choroby w twoim przypadku? W Polsce jest to średnio od sześciu do ośmiu lat.
– U mnie też trwało bardzo długo. Od momentu, kiedy zgłaszałam pierwsze objawy, które można było powiązać z endo, do diagnozy minęło 20 lat. Te objawy nie są oczywiste. Miałam na przykład bóle dna miednicy. To są bóle, które bardzo trudno umiejscowić, jest ci trudno odpowiedzieć lekarzowi na pytanie: ,,Gdzie dokładnie boli?”, ale wiesz, że boli strasznie, dosłownie zwala z nóg. To taki ból, że nie możesz wytrzymać. Próbujesz chodzić, ale w którymś momencie, jeśli nie położysz się tam, gdzie stoisz, wprost na podłodze, to zemdlejesz. Koszmar. Zgłaszałam to trzem lekarzom, kiedy miałam około 20, 21, 23 lat. I oni mówili takie bzdury, jakby żaden się nie zorientował, co to może być, żaden nie powiedział: ,,Wie pani co, jest taka choroba, w której coś takiego może się dziać. Proszę to sprawdzić”. Potem jest połowa moich lat trzydziestych, gdy już urodziłam dwójkę dzieci, i znów zgłaszam ginekologom różne sprawy, i oni znów o nic nie pytają i nic nie robią. Diagnozę dostałam, gdy miałam 40 lat.
Endometriozę ma co dziesiąta kobieta.
– Z moich szkolnych koleżanek dwie. A efekty tej choroby są różne: mogą być takie, jak u mnie, że rodzisz zdrowe dzieci, a potem jest takie zaostrzenie, że lądujesz w szpitalu, ale może być i tak, jak u wielu dziewczyn, które do mnie piszą – że nie mają szans na dziecko i zostaje im adopcja. I oczywiście wspaniale jest adoptować dziecko, ale gdyby bardzo chciały mieć własne, to może mogłyby, gdyby wcześniej je zdiagnozowano i zaoferowano pomoc.
W jakiej mierze za tak długim i niechlujnym diagnozowaniem endometriozy stoi fakt, że to choroba kobiet, a nauka była przez wieki tworzona głównie przez mężczyzn, i że większość ginekologów to mężczyźni?
– Statystycznie rzecz biorąc, to musi mieć znaczenie. W tej chwili we Francji prowadzi się badania nad krwią miesięczną, z których wynika, że ma ona niezwykłe właściwości m.in. przyspieszające gojenie. Słyszałam wywiad z naukowczynią, która przy tym pracuje; zapytano ją, dlaczego takie odkrycie następuje dopiero teraz, przecież krew miesięczna była tu zawsze. Ano dlatego, że od 2,5 tysiaca lat budowało się nasze wyobrażenie tego, kim jest kobieta w medycynie. Hipokrates twierdził, że jest źródłem wszystkich problemów. A problemy skąd wynikają? No przecież z macicy. A skoro macica jest puszką Pandory, to cóż dobrego może stamtąd wypłynąć? Nic wartościowego, same brudne, zanieczyszczone ciemne rzeczy. Więc wydaje mi się, że masz rację, że jest wielki problem z tym, że ginekologia stoi na wiekach męskiego myślenia. Przecież kobieta nie mogła być lekarzem, a jeśli już znała się na leczeniu, to była kim? Wiedźmą. Tą, która wie.
Do pewnego czasu menstruacją, ciążami, poronieniami i aborcją zajmowały się kobiety, ale potem zostało to przejęte przez mężczyzn lekarzy.
– Kobieta mogła co najwyżej pomagać mężczyźnie i to zostało przeszczepione do nowoczesnej ginekologii. A wiemy, co dwudziestowieczna ginekologia robiła z naszymi babkami i matkami, jeśli miały problemy. Wycinano wszystko, bo po co kobiecie macica. Potem dopiero okazało się, że wycięcie macicy i jajników ma wielki wpływ na gospodarkę hormonalną, może prowadzić do nadciśnienia i innych kłopotów ze zdrowiem. Zwróć uwagę, że jak mężczyzna ma problem z penisem, to nie zaczyna się od tego, że najlepiej go uciąć wraz z jądrami. Ale muszę dodać, że operował mnie lekarz mężczyzna i zrobił to dobrze.
Przy endometriozie to ty jesteś odpowiedzialna za swoją diagnozę, nikt cię do niej nie poprowadzi. Tak, jakby cię lekarze rozłożyli na części i każdy coś tam sobie oglądał, ale dużego obrazka nie ma.
Wydaje mi się, że problemem przy diagnozowaniu jest też to, że często biegamy od specjalisty do specjalisty i różne kawałki naszych działań się nie widzą. Nie ma spójnego systemu.
– Tak, biegamy od lekarza do lekarza, a że każdy ma swoją specjalizację, to najczęściej oni w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Finalnie to ty jesteś odpowiedzialna za swoją diagnozę, nikt cię do niej nie poprowadzi. To jest tak, jakby cię lekarze rozłożyli na części i każdy coś tam sobie oglądał, ale dużego obrazka nie ma.
W twojej książce jest zdanie ,,Jezus nie miał endometriozy”. Piszesz to przy okazji przypatrywania się życiu kobiet i mężczyzn, i konstatujesz, że życie kobiety jest doświadczeniem regularnego bólu. Jest to dla nas rzecz rutynowa.
– Wiesz, ja zostałam wychowana w poczuciu, że płeć do pewnego stopnia jest niewidzialna. Mój tata nie miał synów, więc gdy remontował auto albo naprawiał w mieszkaniu kontakt, to mówił: ,,Chodź, Kaja” – bo tak mnie nazywano w domu – ,,Pomożesz mi”. Częściowo dzięki temu miałam całe życie poczucie, że mogę wszystko, a poza tym, że jestem silna, wysportowana, atletyczna. Wiedziałam też, że jestem nadzwyczajnie wytrzymała. I dopiero w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem taka dlatego, że co miesiąc cierpię ból. I że tak jest z każdą kobietą.
Piszesz o tym, że choroba czasem uruchamia w nas próżność, jest sposobem na ściąganie na siebie uwagi.
– Oczywiście, ja to uwielbiam i nie wiem, kto tego nie lubi: ,,Och, jaka jesteś dzisiaj biedna”. Uwielbiam to, ale bardzo, bardzo się przed tym bronię, bo to wypłukuje relację z innych elementów, prowadzi do tego, że koncentrujesz uwagę na czymś, co jest nieinteresujące. Bo, bardzo przepraszam, choroba nie jest interesująca. Jest nudna, długa i niezbyt atrakcyjna erotycznie. A jeżeli chcesz budować z kimś realcję długotrwałą, musisz być interesująca, drugi człowiek musi się tobą ciekawić i na tym trzeba budować, nie na chorobie. Choroba może być też egzekwowaniem władzy: ,,Zrób to teraz, bo ja tak chcę, a że jestem chora, to cię do tego zmuszę”. To jest bardzo nieuczciwe. Dlatego ja za Michelem de Montaigne’em powtarzam, że lepiej się trochę w chorobie schować przed bliskimi. Oni i tak wiedzą, oni i tak pomogą, nie ma co ich epatować.
Opowiedz, proszę, więcej o tym filozofie. W książce cytujesz go kilkukrotnie i zaskakuje mnie, jak bardzo jego myśli są ponadczasowe.
– To filozof, którego główną maksymą życiową było ,,Po pierwsze, nie łżeć”. To oczywiście parafraza, on nigdzie tak tego nie stawia. Ale to przenika jego myślenie. Napisał ,,Próby”, esej, w którym poszedł w introspekcji dalej niż którykolwiek tzw. filozofów życia przed nim, i dlatego Francuzi do dziś się na nim wzorują. W Polsce filozofii życia jest bardzo mało, więc chciałam go nam trochę przywrócić. Jakoś też ufam Montaigne’owi, bo on strasznie cierpiał. Umiera na kamicę nerkową; opisuje, jak kamienie przechodzą przez jego członek. Nie opowiada głupot, nie opisuje siebie jako kogoś wyjątkowego.
Chcę cię spytać o narracje kulturowe o kobiecości, które ujawniają się w nazywaniu endometriozy chorobą menedżerek, pracoholiczek, zestresowanych lasek, które pognały za karierą. Mamy tu do czynienia z karą za próżność, jaka spada na kobiety, które chciały być takie jak mężczyźni.
– Choroba jako kara to metafora stara jak świat. Pięknie pisała o tym Susan Sontag, na przykład gdy poruszała temat AIDS jako kary za niewłaściwie uprawiany seks. W takim kontekście często umieszczano choroby jakoś związane z organami rozrodczymi. Endometrioza je po prostu niszczy. Kim jest menedżerka? To osoba pozbawiona emocji, sucha, bezpłodna lub niechętna dawaniu życia, czyli niegościnna, nieczuła. Krótko mówiąc, to nie kobieta, tylko po prostu czarownica. Taki jest stereotyp, który oczywiście nie ma żadnego sensu, bo na endo chorują kobiety wszystkich zawodów. To czyste przeniesienie stereotypu o wiedźmie wraz ze wszystkimi ocenami, jakie się wystawia kobietom, które pragną iść do góry.
W naszej kulturze stary mężczyzna, który na koniu już nie jeździ, miecza nie utrzyma, łbów wrogom nie ścina, zostaje mędrcem, przypina medale, uczy. Stara kobieta, czyli ta, która przestaje być płodna, idzie na śmietnik. Ty i przywoływana przez ciebie Ursula K. Le Guin proponujecie coś innego.
– Le Guin jest dla mnie bardzo ważna; tak jak zajeździłam baśnie Andersena, zajeździłam też jej trylogię ,,Ziemiomorze”. Ale jest też autorką esejów i wśród nich jest wiele poświęconych menopauzie i kobiecości. Wśród nich jest wspaniały tekst ,,Kosmiczna starucha”, w którym Le Guin pisze o dwóch zmianach, czyli o rozpoczęciu życia seksualnego i o menopauzie. I mówi nam, że menopauza nie jest klątwą, lecz szansą. Starucha jest wspaniałą postacią, bo jest wolna również od męskiego wpływu. Jak pisze Le Guin, mężczyźni znają sposób na dziewice. Boją się ich, ale z nimi – to prawie dokładny cytat, choć Le Guin jest jeszcze bardziej dosadna – wystarczy się pieprzyć. Natomiast na staruchę nie mają sposobu. Ona jest przerażająca, więc żyć może z nią tylko bardzo odważny mężczyzna. Reszta, jak pisze Le Guin, ucieka z podwiniętym penisem.
Endometrioza jednak nie zawsze splata się z menopauzą.
– Oczywiście, chorują na nią też dziewczyny dwudziestoletnie albo trzydziestoletnie, które właśnie starają się zajść w ciążę. U mnie po prostu to nałożyło się na perimenopauzę i stąd myślę o tej staruszce, bo ona już jest właściwie tuż przy mnie, czy też ja już nią prawie jestem.
A co się dziś dzieje na świecie, jeśli chodzi o podejście do kobiet dojrzałych i starych?
Tu jest dużo dobrych wiadomości. To jedna z najfajniejszych ewolucji kulturowych, które dokonują się w szeroko pojętym świecie zachodnim. Coraz częściej kobieta po menopauzie jest uważana za mądrą, atrakcyjną, zamożną i wpływową. Tylko też im bardziej takie jesteśmy, tym bardziej jest to przerażające dla tych panów, którzy nie wiedzą, co to jest okres i owulacja. To ich przerasta podwójnie. Zapytałam kiedyś premiera Bieleckiego o największe osiągnięcie trzeciej RP, a on mówi mi: ,,Pani”, mając na myśli pokolenie kobiet wykształconych, pewnych siebie, mobilnych, które w gruncie rzeczy mogą poradzić sobie bez mężczyzn, jeżeli mężczyźni nie przynoszą im szczęścia. I to jest przerażające dla tej grupy radykalnych, prawicowych mężczyzn, którzy w tym upatrują źródeł niepowodzeń swoich i świata.
W swoich rozważaniach odbijasz się od różnych myślicieli i myślicielek, m.in. od Susan Sontag.
– Odbijam się od jej twierdzenia, że choroba jest nocną stroną życia. To jest po prostu nieprawda. Choroba jest cały czas; teraz, kiedy mówię do ciebie, również, więc jest to jak najbardziej dzienna strona mojego życia. Nie ma żadnej nocnej strony mojego życia, żadnego zaplecza. Le Guin mówi ,,Tylko w ciemności światło”, dla mnie znaczy to tyle, że nie jest tak, że szczęścia szukamy poza chorowaniem czy poza cierpieniem. Cierpienie po prostu jest, życie każdego na różny sposób dojeżdża i szczęścia szukamy w tym, a nie w kontrze do tego. Z Sontag kłócę się jeszcze o jej stwierdzenie, że choroba jest faktem. My to wszyscy dziś wiemy, ale żeby ją wytrzymać, trzeba zapytać, jakim ona jest sensem. Jeśli wiem, że moja choroba się nie skończy, bo to nie jest przeziębienie, to muszę sobie znaleźć jakiś jej sens, bo inaczej trudno będzie ją znieść. Potrzebujemy sensu, żeby funkcjonować wartościowo.
I jak to było u ciebie z tym poszukiwaniem sensu w endo?
– Absolutnie nie mogłam pogodzić się z tym, że już nie mam takiego zdrowia jak dawniej. Że już nie jestem kosmonautką, czyli że nie jestem już idealnie funkcjonującym organizmem. To było dla mnie najtrudniejsze. Poza tym chciałam mieć trzecie dziecko, więc bardzo było mi trudno zaakceptować, że już szlus, koniec. Z czasem zrozumiałam, że chorując, musimy nauczyć się od nowa żyć dobrze. Z tym zdrowiem, które nam pozostało. I że jest tutaj jakaś misja, polegająca na tym, że kobiety mogą zacząć o tym wszystkim mówić. Możemy mówić o fizjologii naszego bólu, o naszych ciałach, i to uczyni nas mniej samotnymi. Pozwoli nam też znaleźć tych mężczyzn, którzy są otwarci i chcą słuchać, bo tacy też bez wątpienia istnieją. Ostatnio mój dawny instruktor pływania powiedział mi, że kupił sobie tę książkę. Pomyślałam – no to mogiła, przeczyta i powie, że to jednak nie dla niego. A on łapie mnie potem na basenie Ośrodka Inflancka i mówi: ,,Dziękuję, wiele się nauczyłem. I podarowałem przyjaciółce, która teraz będzie miała operację na endo”. Tak że bardzo się cieszę, że nie tylko dużo kobiet kupuje ,,Endo”, ale także mężczyźni chcą kupować ją komuś w prezencie. Mam też jakąś tam swoją misję profilaktyczną, bo wiem, że porządnie zbadana pacjentka może mieć szansę na wczesniejszą diagnozę. To są moje sensy. No i jest jeszcze jeden sens związany z miłością.
Czyli?
– Myślę sobie, że jeśli ja mam endo, ty masz coś innego, a nasza koleżanka jeszcze coś innego, przez coś cierpi, to skoro tylko w ciemności światło, to po prostu dbajmy o relacje z ludźmi, których kochamy, bądźmy w tym razem. Sensem tej ciemności jest miłość.
Jesteś osobą publiczną, naukowczynią, profesorką, a tu rzecz tak osobista. Chyba nie jest łatwo napisać o doświadczeniu z fotela ginekologicznego, zakładaniu spirali czy dziwnych napadach pożądania po operacji?
– Dużo myślałam o tych fragmentach o spirali i pożądaniu. Szczególnie ten ostatni mnie mocno odsłania. Myślałam sobie przy redakcji: ,,Wykreśl to, wiesz, co ci za to zrobią”. Ale potem myślałam: ,,No, ale Montaigne pisał: Nie łgać, nie łgać. To musi zostać, bo może jakaś kobieta to przeczyta i powie: ,,Ja też tak mam”. Rozmawiałam o tym fragmencie z pewną ginekolożką, która mi powiedziała: ,,Jaka ja jestem pani wdzięczna, że pani to nazwała, bo kobiece pożądanie buduje się inaczej niż męskie i my za mało o tym mówimy”. Pomyślałam: ,,O, rany, jaka ulga!”.
Żeby powiedzieć coś istotnego, musisz trochę zaryzykować. Jak można powiedzieć coś ważnego, jeżeli się w ogóle nie odsłoniłaś?
Kiedy czytałam ten fragment, pomyślałam: ,,Ależ ona odważna”.
– Byli ze mną różni przyjaciele literaccy. Czytając ich książki, pomyślałam, że aby powiedzieć coś istotnego, musisz trochę zaryzykować. Jak można powiedzieć coś ważnego, jeżeli się w ogóle nie odsłoniłaś?
Piszesz, że przetrwać ból pomagały ci myśli na przykład o tym, jak słońce świeciło, gdy biegałaś, i dochodzisz do wniosku, że być może te właśnie myśli, które przychodzą w takiej chwili, są jedynymi właściwymi.
– Żyjemy w pogoni za różnymi rzeczami, potrzebujemy jakoś wszystko pogodzić i to jest okropnie trudne. A jak cię naprawdę coś strasznie boli, to zmieniają się wszystkie hierarchie. Ja na przykład przestaję być taką straszną egoistką. Zaczynam zastanawiać się, co mogę zrobić dla mojego męża czy dzieci. Kiedy ostatnio dzwoniłam do rodziców? Ale myślę też o prostych rzeczach, że lubię słońce, konie i zapach dzieci. I to są najważniejsze rzeczy, prawda?
Postulujesz więcej wytchnienia, mniej dyscypliny.
– Bo jestem pracoholiczką. Jest mi strasznie trudno odpoczywać, więc zrobiłam z odpoczywania obowiązek. Założyłam sobie, że leżenie do góry brzuchem czy też, jak lubię mówić, do góry cyckami, musi być częścią codzienności.
Ostatnie dwie myśli chcę z tobą omówić. Świadome chorowanie wymaga umiarkowania.
– Żyjemy w bardzo nieumiarkowanych czasach. A kobiety, które chcą iść do góry, są perfekcjonistkami. Choroba jest przypomnieniem o tym, że masz granice. Więc działaj troszeczkę wolniej, nie spinaj się tak, spokojnie.
Podoba mi się twoje twierdzenie, że nie wierzysz w życie po śmierci, ale wierzysz w życie przed śmiercią. I że filozofia życia przed śmiercią jest filozofią regularności.
– Małych, codziennych rzeczy, które sprawiają, że żyje nam się troszkę lepiej. Myślę, że ateiści i wierzący mogą się zgodzić co do tego, że jakość życia tutaj jest ważna. Ja mam swoich 11 punktów. Jest tam, prócz codziennych wakacji, np. sport. Uprawiam go dużo w trybie często i mało. Czyli pływam codziennie, ale 20 minut. To, czego nauczyłam się, żyjąc z chorobą, to to, że nie o to chodzi, żeby leczyć tylko ciało, musisz też trochę leczyć swój umysł i serce. Niektórzy nazwą to duszą. Ważny jest kontakt ze sobą. U mnie to filozofowanie, dla niektórych może to być modlitwa, dla innych medytacja. To może zajmować naprawdę bardzo mało czasu dziennie, ale powinno być.
***
Czuję miętę do Pinokia!
Carlo Lorenzini przyszedł na świat 24 listopada 1826 r. we Florencji, w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Nazwisko Collodi przyjął do swojego pseudonimu w 1856 r. Collodi to nazwa miasteczka, z którego pochodziła jego mama, Angela Orzali, i w którym spędził większość dzieciństwa. Ze względu na trudną sytuację materialną, wcześnie podjął pracę zarobkową. Choć pierwsze kroki stawiał w księgarni, szybko zyskał uznanie wydawców lokalnych gazet. Zaczątkowe próby pisarskie młodego człowieka oscylowały wokół literatury adresowanej do osób dorosłych. Na tworzenie dla nieletnich zdecydował się w dojrzałym wieku.
Historia o Pinokiu po raz pierwszy została opublikowana w 1881 r., na łamach włoskiego czasopisma dla dzieci: Giornale per i Bambini. Początkowo była to seria krótkich odcinków, pt. Storia di un burattino (,,Historia marionetki”). Dopiero w 1883 r. opowieść została wydana jako całość pod tytułem: Le avventure di Pinocchio (,,Przygody Pinokia”).
Pajaca wystrugał z magicznego kawałka drewna ubogi, stary i samotny stolarz, Gepetto. Wyrzeźbiony chłopiec ożywa. Mówi, rusza się, odczuwa głód, nie obce mu ludzkie słabości. Jest ,,synem” krnąbrnym, leniwym i nieposłusznym. Za sprawą wielu niegodziwców, schodzi na złą drogę. Cechą charakterystyczną Pinokia jest nos, który wydłuża się z każdym kolejnym kłamstwem. Po wielu dramatycznych przygodach powraca do ,,ojca” i staje się… prawdziwym człowiekiem.
Nie sposób przejść obojętnie obok lektury. Determinacja starego człowieka w walce o dobro pajacyka jest godna podziwu. Wzruszający przekaz o odwadze, pokorze i sile miłości rodzicielskiej sprawił, iż powiastka ta stała się żywą częścią mojej świadomości. Niech historia Pinokia, pełna symboli wykraczających poza dosłowność, skłoni też Was do refleksji. Choć dla współczesnych miłośników książek język może momentami wydawać się nieco archaiczny, z pewnością dodaje dziełu uroku i sprawia, że czytelnik przenosi się w czasie, do świata pełnego magii. Co jest ważne? ,,Ważne jest to, co nosimy w sercu”. Tak, to uniwersalna opowieść o dorastaniu, odpowiedzialności i sile marzeń.
Collodi zmarł 26 października 1890 r., tamże. Został pochowany na cmentarzu przy bazylice San Miniato al Monte. Spoczął na wzgórzu, z którego widać miasto i toskańską wieś. Nie podejrzewał, że historia o drewnianym chłopcu, który nieustannie wpada w tarapaty, stanie się jednym z najbardziej znanych utworów literatury dziecięcej na świecie. Początkowo planował zakończyć opowieść tragedią, co było dość typowe dla jego stylu, bowiem często obnażał mroczną stronę ludzkiej natury. Jednak pod wpływem opinii publicznej, oczekującej bardziej optymistycznego zakończenia, zdecydował się na zmianę.
Urodził się pod innym nazwiskiem, był w seminarium, walczył o niepodległość swojego kraju i odszedł, nie wiedząc, że napisał dzieło, które przyniesie mu miedzynarodową sławę.

Książki widoczne na zdjęciu zostały przywiezione z różnych miejsc. Stanowią wyposażenie naszej domowej biblioteki.

